Wywiad tygodnia:                  05-05-2019 r.
rozmowa Ewy Sudoł z Bogdanem Rzońcą
-posłem na Sejm RP

 
     Ewa Sudoł:   
 
          - dzień dobry Panu, chciałabym naszą dzisiejszą rozmowę zacząć trochę nietypowo, mianowicie czy gdyby dziś miał Pan wybierać swoją przyszłość czy nadal chciałby Pan zostać politykiem czy wybrałby Pan jednak inną profesję?  
 
     Bogdan Rzońca:

          - bardzo lubię takie pytania i nie mam problemu z odpowiedzią! Zawsze odpowiadam, polityka jest nie tylko w Polsce, jest wszędzie, nawet w USA i Wenezueli!!! Żenujące jest to dla mnie, że wszyscy politykują: sołtys, wójt, burmistrz, bo każdy z nich ma poglądy, tylko mówią, ....o nie, ja się w to nie mieszam oficjalnie. A w domu mówią głosuj na Kazka, on jest nasz, ..., bo ma własny komitet wyborczy, nam pomoże, ciotki nie zwolni z urzędu...Idąc dalej, jestem za tym, by wyborcy oficjalnie wiedzieli na kogo głosują, np. jestem za karą śmierci, jestem przeciw karze śmierci, chcę pomagać biedniejszym poprzez 500 plus, jestem przeciw małżeństwom homoseksualnym adoptującym dzieci...

         Po co tworzyć komitety wyborcze, gmatwać wybór... chować szyld Platformy w jakiejś Koalicji...wyrzekać się ludowości, chrześcijaństwa na chwilę wyborczą, żeby oszukać wyborcę. Czyli: ideologia, doktryna, program... Chcesz w gminie religii w szkole to powiedz to otwarcie...chcesz sprzedawać lasy państwowe to powiedz to otwarcie..., nie chcesz też powiedz... Nie mów, że to oni tak mówią tak zwani liderzy, jakaś koalicja. Odpowiadając wprost na pytanie powiem tak: nie ma państwa bez polityki, rzecz w tym, żeby dużo porządnych ludzi chciało w niej uczestniczyć, a nie przypadkowi ludzie...marionetki!!!

      Ewa Sudoł:

          - proszę, aby oszacował Pan zyski i straty z faktu bycia politykiem, chciałabym, aby Pan trochę rozjaśnił naszym czytelnikom, że polityka to nie tylko splendory, błyski fleszy i dosyć duże wynagrodzenia (przynajmniej do niedawna), ale to także zaniedbywanie rodziny, wieczny brak czasu i nieraz agresja wyborców. Proszę powiedzieć więcej na ten temat, szczególnie ciekawi mnie jak znosiły Pana polityczną karierę pańskie córki i żona i jak często miały dość tata pracy.

    Bogdan Rzońca:

          - mnie w polityce nie dokucza brak czasu czy agresja, tylko brak wiedzy niektórych osób, które uważają, że wszystko mogą bezkarnie komentować. Zacni ludzie mówią jedną stroną buzi, że polityka ich nie interesuje, a drugą podchodzą do odpowiednich organów i załatwiają... z politykami. Błyski i flesze pozostawiam osobom, które kupują kilka kolorowych marynarek, żeby zaistnieć w mediach. Dla mnie konkurencją są osoby ubrane klasycznie i nie chodzi tu o ubiór dosłownie, tylko o takie osoby, które mniej czasu poświęcają fryzjerowi a więcej analizom.

           W domu u mnie jest ok, praca, którą wykonuje ma charakter służebny, mam na to zgodę rodziny, choć wiem, że wkurzam żonę, gdy zapomnę do domu kluczy i dzwonię o 23.15, że już jestem. Odpowiadając dalej na pytanie, powiem tak: o resztę tą najważniejszą, czyli córki zadbała moja teściowa Józefa i żona. Ja bym tego lepiej nie zrobił. W kluczowych sytuacjach zawsze byłem obecny, tylko że wcześniej już problemy zostały rozwiązane. Po prostu dobrze trafiłem...

      Ewa Sudoł:

          - biorąc pod uwagę Pana dotychczasowe osiągnięcia zawodowe a ma ich Pan niemało: był Pan dyrektorem Zespołu Szkół Ekonomicznych w Jaśle, Wojewodą Krośnieńskim, Marszałkiem Województwa, Wicemarszałkiem a obecnie drugą kadencję jest Pan posłem do Sejmu RP czy mimo wszystko nie czuje Pan niedosytu, że brakuje w Pana życiorysie funkcji ministerialnych, rządowych, czyli takich, gdzie ma się realny wpływ na to co się dzieje w Polsce?

     Bogdan Rzońca:

          - bardzo sobie cenię poprzednie funkcje, które pani wymieniła, ale też odpowiem, że następne nie są nieważne. Jako wojewoda podejmowałem jednoosobowo decyzje, na przykład dotyczę budowy przejścia granicznego Krościenko - Smolnica w Bieszczadach. Jako Marszałek Województwa zawalczyłem o Państwową Wyższa Szkołę Zawodową w Krośnie... Teraz jestem przewodniczącym sejmowej Komisji infrastruktury i chcę wyraźnie powiedzieć, że na wiele spraw mam wpływ, czyli na ustawy, które decydują o rozwoju różnych obszarów. Nie sądzę żebym był pokrzywdzony...I nie myślę, że sukces zależy od stanowiska. Sukces to PRACA.

      Ewa Sudoł:

           - wracając jeszcze do Pana kariery politycznej to trzeba przypomnieć naszym czytelnikom, że nie zawsze było łatwo, miło i przyjemnie. Były w Pana życiu takie momenty, kiedy po zakończeniu kadencji samorządowej stracił Pan fotel Marszałka województwa, powrócił Pan do pracy w szkole w Jaśle i wiele osób nawet z bliskiego Panu otoczenia skreśliło Pana już jako polityka. Kto wtedy w tych trudnych momentach Panu pomógł i jak to się stało, że w stosunkowo krótkim czasie powrócił Pan z powrotem do tej dużej polityki?

     Bogdan Rzońca:

           - jeśli wchodzi się do polityki to trzeba mieć na względzie koniec ,,tej rzeki” czyli suszę po przegranych jakichś wyborach. Osoby, które myślały, że powrót do szkoły to porażka dla mnie to raczej biedni ludzie. Jeśli powróciłem do szkoły, to znaczy, że przegrałem w jakiejś walce politycznej i wróciłem do zawodu. Czyli wygrałem w innym obszarze...zostałem nauczycielem i mogłem uczyć, wychowywać.

      Ewa Sudoł:

          - słynie Pan z wielu pytań i interpelacji poselskich, jest Pan bardzo aktywnym posłem, ale największym echem w prasie i w telewizji odbiły się Pana niektóre kontrowersyjne wypowiedzi na twitterze czy facebooku. Czy nadmierna szczerość jest Pana zaletą czy wadą?

     Bogdan Rzońca:

          - szczerość jest zawsze zaletą, w dyskusjach mam prawo mówić i prezentować własny pogląd. A gdy ,,głowa jest zbyt gorąca” i kogoś obraziłem to, jak najbardziej na miejscu jest przeprosić kogoś kto poczuł się obrażony....Kiedy mówisz prawdę nie ma obaw że się pomylisz...

      Ewa Sudoł:

          - wiem od wielu ludzi, że jest Pan jednym z nielicznych polityków, który nigdy nie odmawia pomocy osobom w potrzebie bez względu na poglądy i przekonania polityczne i w dodatku nie oczekuje Pan niczego w zamian, jest to chyba najmniej znana strona Pana działalności. Dlaczego okrywa Pan tajemnicą tę formę swojej działalności?

     Bogdan Rzońca:

          - racjonalne postępowanie powinno być zasadą naszego życia. Wiem, że wiara czyni cuda. Ale czasem trzeba racjonalność złamać, w tak zwanych beznadziejnych sytuacjach. Doradzam więc żeby w takich sytuacjach postępować niestandardowo, czy romantycznie... Na przykład, zamarł mój znajomy, żona w szoku, bo mąż był wysokim urzędnikiem, córka nie dostała się na studia, świat się zawalił... Słucham żony śp. Augustyna, która prosi mnie o pomoc... Napisałem list do Rektora Uniwersytetu Śląskiego....Cały mój kochany urząd kpił ze mnie... Po miesiącu żona zmarłego Augustyna przyszła mi podziękować...Nie okrywam tajemnicą niczego, raczej ciągle brakuje mi czasu, żeby pogadać, opowiedzieć..., bo przychodzą nowe problemy.

      Ewa Sudoł:

          - ponieważ jest Pan także nauczycielem, to oczywiście muszę zadać Panu pytanie dotyczące oceny strajków nauczycielskich, które ostatnio przetoczyły się przez Polskę. Jak Pan je ocenia jako były nauczyciel, a jak już z perspektywy polityka?

     Bogdan Rzońca:

          - krótko: strajk był słuszny, ale forma szantażu i ,,brania uczniów jak zakładników „i to jeszcze, żeby obalić rząd” pogrążyła organizatorów. No i niestety etos nauczyciela trzeba będzie odbudowywać długo wśród innych grup zawodowych. Trochę mniej, nas, nauczycieli będą lubić inne grupy zawodowe, ale dobrych nauczycieli potrzebuje każde państwo, dobrych i najlepszych trzeba najlepiej nagradzać.

      Ewa Sudoł:

           - kiedy miewał Pan największe chwile zniechęcenia i zwątpienia podczas pełnienia mandatu posła RP? Na kim najbardziej się Pan zawiódł podczas swojej kariery politycznej?

Bogdan Rzońca:

          - zawiodłem się na politykach z Podkarpacia, którzy wdali się w program PO i PSL że trzeba sprzedawać...spółki, kopalnie, lasy...Mam nadzieję, że ludzie pamiętają ten podsunięty problem... . I wiem , kto był przeciw tej wyprzedaży.. kto zachował się godnie.

      Ewa Sudoł:

          - proszę powiedzieć, czy istnieją prawdziwe polityczne przyjaźnie, czy polityka to jednak tylko relacje, które powstają na potrzeby chwili? Czy ma Pan przyjaciół wśród polityków czy nie?

     Bogdan Rzońca:

          - mam kolegów, dobrych polityków...Sądzę, że to moi przyjaciele...Raczej powiedziałbym, że te przyjaźnie działają ...

      Ewa Sudoł:

          - czy przeszkadza Panu dzisiejszy sposób uprawiania polityki, coraz bardziej agresywny i wulgarny, coraz mocniej dzielący społeczeństwo, czy uważa Pan jednak, że dziś się już nie da inaczej?

     Bogdan Rzońca:

          - jakie czasy taka polityka. Nigdy nie było inaczej. Nie uważam, że ktoś kogoś dzieli sztucznie, po prostu dzielą nas poglądy na taki czy inny temat. Mylę się ja, mylą się inni... Najważniejsze by znaleźć w gronie polityków, którzy tworzą prawo dobre rozwiązanie dla większości. Agresję do polityki wprowadził pewien polityk - Palikot, moim zdaniem na zlecenie Platformy Obywatelskiej, żeby odwrócić uwagę od nieudolności rządów PO i PSL. Część ludzi to ,,kupiła” i posługuje się wulgaryzmami np. Niesiołowski.

      Ewa Sudoł:

           - czy ma Pan jakiś pomysł, aby to nasze skłócone, podzielone społeczeństwo w jakiś sposób skleić, skupić wokół jakiegoś celu lub osoby?

      Bogdan Rzońca:

          - tak. Kultura, ta prawdziwa może nas połączyć. Kultura polityczna, kultura osobista, dobre wychowanie, rzetelna analiza danych ekonomicznych, troska o wspólne dobro. Nie możemy zapomnieć, że dziś też są zagrożenia dla Polski. Bądźmy razem!!!

      Ewa Sudoł:

          - proszę powiedzieć co skłoniło Pana aby wystartować do Parlamentu Europejskiego, czy to, że partia wyznaczyła Pana do tego zadania czy ma Pan jakieś wewnętrzne przekonanie aby to zrobić?

      Bogdan Rzońca:

          - bez patosu powiem tak: chcę powalczyć o pieniądze na drogi, na kolej, na ochronę środowiska, walka o sprawy polskie. Jestem Polakiem i mam obowiązki polskie.

          Europa przeżyje jeśli wróci do chrześcijaństwa, jeśli pokona wlasną niemoc czyli wygodnictwo polegające na sprowadzaniu ludzi do pracy na kluczowe stanowiska. To oni w odpowiednim momencie ,,wyłączą „ prąd Europie. Wtedy obudzimy się w innym domu niż Europą chrześcijańską .

      Ewa Sudoł:

          - a czy start w do Parlamentu Europejskiego z list PIS jest dla Pana ukoronowaniem Pańskiej kariery politycznej, czy jak mówią niektórzy jest to powolne odchodzenie na boczne tory polityki?

      Bogdan Rzońca:

          - Ani jedno, ani drugie. Biorąc pod uwagę znaczenie UE i dyskusje o tym czym ma być UE powiem tak...jesteśmy w drodze...Twórzmy Europę Ojczyzn.

      Ewa Sudoł:

          -to jak powinna wyglądać Pana zdaniem ta wspólna Europa?

      Bogdan Rzońca:

          - obecni politycy UE nie mają pomysłu na Europę, raczej bawią się nią, żyją wizją żaby, byle dziś, byle jutro... igrzyska, dotacje, biznes. Zostawili prawo naturalne, desakralizują wszystkie świętości. Tę pustkę trzeba zapełnić życiem.

     Ewa Sudoł:

           - dziękuję Panu za rozmowę i z ciekawością będziemy się z czytelnikami przyglądać Pana dalszym poczynaniom i wynikom w wyborach do PE.

      Bogdan Rzońca:

          - pozdrawiam wszystkich Czytelników Zasłyszane w Bieszczadach.

Wywiad tygodnia - rozmowa Ewy Sudoł z Dariuszem Wojciechowskim - Prezesem Stowarzyszenia Proekologicznego "Czyste Ustrzyki Dolne"

Człowiek, który zatrzymał Gryfskand

      Ewa Sudoł:

          -jak to się stało, że trafił Pan w Bieszczady i dlaczego w Bieszczady a nie inny teren Polski, Pan człowiek znad morza, marynarz-żołnierz?

     Dariusz Wojciechowski:

          -gdy podjąłem decyzję o swoim odejściu na emeryturę postanowiliśmy wspólnie z żoną, że chcemy odpocząć od wielkiego miasta i że wyprowadzimy się z Gdyni. Braliśmy pod uwagę różne miejsca, także Słowację, Czechy a nawet Niemcy, ale jak to w życiu bywa przypadek sprawił, że trafiliśmy w Bieszczady. Gdzieś około 2008 roku mój kolega z pracy udostępnił mi klucze do swojego domu w Postołowiu, tam bardzo szybko zaprzyjaźniliśmy się z sąsiadami. Do Postołowia przyjeżdżaliśmy jeszcze przez następne dwa lata i mojej żonie tak się tutaj spodobało, że zaproponowała abyśmy kupili tu dom.

           Zaczęliśmy więc szukać jakiegoś domu, już prawie zdecydowaliśmy się na drewniany domek w Wojtkowej, jednak stwierdziliśmy, że robimy się „coraz młodsi” więc nie możemy mieszkać aż tak daleko od miasta. Szukaliśmy więc nadal, któregoś dnia jadąc pod górę Żuków tzw. „drogą miłości” bardzo nam się tam spodobało. Na szczęście był tam właściciel działki więc od razu zaczęliśmy się dogadywać i w 2011 roku staliśmy się właścicielami tej ziemi.

      Ewa Sudoł:

          - czyli mieszka Pan w Bieszczadach stosunkowo niedługo, ale jest Pan już mocno zintegrowany z tutejszą społecznością?

      Dariusz Wojciechowski:

           - żonie się tutaj bardzo spodobało, mnie oczywiście też, cisza, spokój, ptaszki ćwierkają, sarny podchodzą pod dom, o niedźwiedziach też co nieco słyszeliśmy. Do dziś w domowym archiwum posiadam filmik, który nagrała żona, kiedy to po raz pierwszy jechaliśmy z Gdyni do Ustrzyk na nasze ledwo co zakupione „ranczo”. Żona cieszyła się jak dziecko mówiąc to są nasze kochane Bieszczady, nasze kochane Ustrzyki, a teraz podjeżdżamy pod naszą działkę i tutaj kiedyś zamieszkamy. Myśmy w Bieszczady się sprowadzili, bo je pokochaliśmy a nie jak to niektórzy mówią, podobnie jak burmistrz, że przyjechaliśmy tu robić swoje własne interesy. Irytują mnie takie wypowiedzi, a zwłaszcza, kiedy padają z ust ludzi, którzy uważają się za „kwiat” ustrzyckiego magistratu. Powtarzam to jak mantrę, że przyjechaliśmy tu, aby odpoczywać spokojnie i jak to się mówi „dożyć pięknego młodego wieku”.

      Ewa Sudoł:

          - ale spokoju to raczej Pan w Bieszczadach dotąd nie zaznał. Stanął Pan na czele Stowarzyszenia Proekologicznego „Czyste Ustrzyki Dolne” i nie jest to bynajmniej spokojne zajęcie. Pamiętam pańską pierwszą aktywność związaną z planowaną budową kompostowni na terenie po byłych zakładach drzewnych. Jak to się stało, że nie będąc człowiekiem stąd potrafił Pan zgromadzić tyle ludzi wokół siebie, że nie wspomnę o tym, że wybrano Pana na Prezesa Stowarzyszenia. Czym sobie Pan zasłużył na takie zaufanie u tych ludzi?

      Dariusz Wojciechowski:

          - zaczęło się to chyba gdzieś w 2014 roku, gdy zamieszkaliśmy z żoną w naszym nowym domu przy „drodze miłości”. Od razu było mnie wszędzie pełno, jeździłem po gminie, po Bieszczadach i oczywiście poznawałem ludzi, tu mieszkających. Pewnego dnia do naszego domu zapukały panie z petycją i zaczęły mnie przekonywać do jej podpisania. Okazało się, że niedaleko mojego domu na terenie po byłych zakładach drzewnych gmina planuje budowę kompostowni. Zdziwiłem się ogromnie, ponieważ byłem przekonany, że znajduje się tam tylko centralna kotłownia dla miasta, bo z daleka widoczny był wysoki komin oraz ruiny po jakimś starym zakładzie. Panie z petycją szybko naświetliły mi sytuację, jaka ma miejsce na terenie po byłym przedsiębiorstwie. W życiu nie przyszło mi do głowy, że już jest tam usytuowana stacja segregacji odpadów, z której szczury rozchodzą się po całym terenie a smród w lecie jest nie do zniesienia. Oczywiście podpisałem petycję, ponieważ nie wyobrażałem sobie tego, aby w pobliżu mojego wymarzonego domu powstała kompostownia.

          Mój podpis pod petycją, jak się okazało za jakiś czas, doskonale zapamiętał pan burmistrz. Kiedy to wiosną (bodajże 2014 r.) zawitałem do urzędu gminy z pismem od mieszkańców, aby poprawił nam przejezdność drogi, to oczywiście o to mnie spytał. Nie zaprzeczyłem, bo przecież listę podpisałem, ale na drodze gminnej burmistrz też dziury załatał.

          Wracając do sprawy kompostowni, pamiętam, że gdy latem wyjeżdżałem do Gdyni, ludzie zaczęli się już organizować, aby zapobiec jej budowie. Postanowili powołać stowarzyszenie i wtedy padła propozycja abym to ja został jego prezesem.

     Ewa Sudoł:

          -proszę powiedzieć, dlaczego Panu złożono taką propozycję a nie komuś miejscowemu?

      Dariusz Wojciechowski:

          -pewnie dlatego, że nie jestem stąd, nie mam układów, nie jestem od nikogo uzależniony, nikt nie może mnie niczym zastraszyć i robię to co powinienem. Myślę też, że ludzie po prostu bali się sami to firmować, bali się tych układów, układzików, które są w każdym mieście, ja się nie bałem i zgodziłem się na to, aby być prezesem. Z perspektywy czasu widzę to coraz bardziej jak ludzie się boją, jak są bardzo zastraszeni. A tak wracając do burmistrza to muszę przyznać, że bardzo cenię tego Pana za jego talenty polityczne, ale moim zdaniem i tak popełnił kilka błędów.

          Pierwszy z nich to wtedy, gdy na zawodach sportowych pod Żukowem wręczałem petycję w sprawie Gryfskandu marszałkowi województwa Ortylowi, poprosiłem wtedy do wspólnego zdjęcia Pana burmistrza. Burmistrz bardzo się oburzył i zarzucił mi, że uprawiam politykę i on nie będzie ze mną wspólnych zdjęć robił. A przecież mógł zrobić coś innego, mógł podejść do nas i znowu wydeklamować tę swoją formułkę o zawieszeniu postępowania i tak dalej i tak dalej. Przecież wtedy byłoby to o wiele bardziej przyzwoite i zamknąłby mi buzię. Muszę Pani powiedzieć, że wtedy po raz pierwszy zobaczyłem „strach i przerażenie” w oczach burmistrza. Tego nie zapomnę do końca życia. Powiedziałem burmistrzowi, dlaczego Pan ucieka, dlaczego Pan nie chce rozmawiać, dlaczego Pan politykuje.

          Drugi jego błąd (moim zdaniem) to zorganizowanie tej słynnej konferencji, którą przeprowadził w godzinach pracy urzędu, konferencji, o której nikt z nas członków stowarzyszenia nie wiedział, nie zaproszono mieszkańców gminy, którzy walczyli o to, aby Ustrzyki były czyste i o to, żeby Gryfskandu tu nie było, nie zaproszono żadnych mediów, które wcześniej interesowały się sprawą, a którym sam burmistrz udzielał wywiadów. Na konferencji z zewnątrz była tylko telewizja Rzeszów. Nasza lokalna telewizja i ja dowiedzieliśmy się o tej konferencji całkiem przypadkowo i tylko dzięki temu mogliśmy na nią przyjść.

          Konferencja zaczęła się, jak dla mnie, nietypowo. Rzecznik prasowy burmistrza pan Szot chciał mnie z niej wyprosić, a chcę nadmienić, że byłem jedynym przedstawicielem ustrzyckiego społeczeństwa. Czy tak wygląda konferencja, na której, jak się potem okazało, firma Gryfskand wycofuje się z Naszych Kochanych Ustrzyk, z Naszych Kochanych Bieszczad? Jeżeli tak, to aby ta konferencja się obroniła należało rzecznikowi dać do przeczytania informację, że Gryfskand wycofał się z inwestycji, że Ustrzyki będą wolne od zanieczyszczeń i tyle, a nie prezentować na kolanie napisanych „Zielonych Ustrzyk”, bo jak inaczej można mówić o założeniach, gdzie dziwnym trafem na pierwszym miejscu znajduje się decyzja podjęta przez właścicieli firmy Gryfskand o zaniechaniu inwestycji, decyzji, o której burmistrz dowiedział się bodajże dwa dni wcześniej. Tak szczerze mówiąc żal mi, że ta konferencja nie odbyła się w sobotę, na którą byliby zaproszeni zainteresowani mieszkańcy. Wtedy byłaby możliwa debata, gdzie każda ze stron mogłaby się wypowiedzieć. Burmistrz mógłby wtedy opowiedzieć co się wydarzyło, czym to się zakończyło i co należy zrobić, aby w przyszłości takie sprawy nie miały miejsca. Jednak burmistrz tak naprawdę nie chce rozmawiać z mieszkańcami ani ze mną, ani ze starostą.

     Ewa Sudoł:

     -przyzna Pan, że jednak grzechem pierworodnym, który wywołał kłopoty naprzód z kompostownią a potem z Gryfskandem był brak planu zagospodarowania przestrzennego na terenach po byłym PPD Ustjanowa.

     Dariusz Wojciechowski:

           -moim zdaniem w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to padło przedsiębiorstwo drzewne w Ustjanowej, nikt nie miał czasu, nie myślał nad planami zagospodarowania, wtedy to powstały te małe firmy, które sobie jakoś funkcjonowały, jakieś manufaktury, ale to były inne czasy. Natomiast burmistrz rządzi już drugą kadencję, miał czas, aby zająć się tym, żeby te plany powstały, a nie teraz zwalać winę na poprzedników, że brak planu spowodował problemy z Gryfskandem.

             Jeżeli możemy jeszcze wrócić do stacji segregacji odpadów, to mogę powiedzieć tylko tyle, że nie tylko tutaj na miejscu nie znalazłem zrozumienia, ale również u wojewody. Jeździłem do Rzeszowa, tłumaczyłem, że na tym miejscu, praktycznie w środku wsi nie można robić kompostowni, bo smród z niej nie pozwoli nam tam żyć, że nie wspomnę o zagrożeniu dla ludzi jak i środowiska. Teraz jak słyszę, że na terenie stacji segregacji odpadów ponoć dzieją się cyrki, brud, smród i biegające szczury to mówię ludziom: idźcie do burmistrza, zapiszcie się na spotkanie i zgłoście problem, no to niestety każdy ma to w nosie. Wszyscy czekają, że jest taki Wojciechowski, taki wariat, który nikogo się nie boi, pójdzie i narobi rozróby a wtedy może uda się sprawę załatwić.

           Sprawę stacji segregacji odpadów trzeba załatwić już, bo to jest tykająca bomba ekologiczna, za chwilę jak stanie się nieszczęście to może być za późno. Co ciekawe w propozycji do studium dalej było zapisane, że tam będzie stacja segregacji odpadów i kompostownia. My oczywiście jako mieszkańcy oprotestowaliśmy to i zmieniliśmy zapisy, że jeżeli ma być sortownia odpadów to tylko dla gminy Ustrzyki Dolne. W tej chwili hałda odpadów przewyższa wysokość budynku, a jak przyjdzie lato, to nawet w maseczce na ustach nie przejdzie się, bo będzie tak śmierdziało. Miałem poruszyć ten problem na ostatnim spotkaniu, ale stwierdziłem, że znów będą mówić, że oszołom znowu nic nie robi tylko śmieciami się zajmuje, albo odpadami, albo Gryfskandem.

     Ewa Sudoł:

          -to był właśnie jeden z powodów dla którego Pana poprosiłam o wywiad, ponieważ Pan zachowuje się bardzo bezkompromisowo, bez oglądania się na innych. Mam wrażenie, że podczas całej akcji z Gryfskandem wiele osób bardzo chętnie się z Panem lansowało, ale jak przychodziło do decyzji i podejmowania działań to Pana nimi obarczano. Czy nie czuł Pan dyskomfortu w takich sytuacjach?

     Dariusz Wojciechowski:

           -proszę Pani mnie to za bardzo nie przeszkadza, tym bardziej, że jednak bardzo dużo ludzi zaangażowało się w zbieranie podpisów czy organizowanie akcji protestacyjnych, spotkań z mediami. Nawet jeżeli ktoś tam na naszej akcji coś próbował ugrać dla siebie to jednak mogę powiedzieć, że ci co z nami pracowali to nie szczędzili sił. Bezkompromisowo to ja się czasami wypowiadam, teraz jak chodzę po różnych zebraniach i jak słyszę, jak to ludzie mówią, że burmistrz im wybudował boisko lub wybudował świetlicę, to przepraszam, że tak powiem, ale rozśmiesza mnie to. Tłumaczę wtedy, że tak naprawdę to nie burmistrz im wybudował, bo to są ich pieniądze, z ich podatków, a burmistrz tylko zorganizował tę budowę. Co ciekawe i tu mówię moje osobiste spostrzeżenia i wiem, że wiele osób nie podziela mojego zdania, to u nas wcale nie potrzeba tych wszystkich świetlic, boisk czy placów zabaw na każdej wsi. Według mnie, lepiej wybudować jedno porządne boisko, taki orlik, gdzie będzie można pograć w siatkówkę, koszykówkę, tenisa ziemnego. Jak już ma być to niech to będzie jedno, ale dobre.

     Ewa Sudoł:

          - proszę, aby Pan opowiedział o swojej innej działalności społecznej, bo to przecież nie tylko Gryfskand, ale również Pana zaangażowanie w pracę we wsi, pomoc innym mieszkańcom.

     Dariusz Wojciechowski:

           - Gryfskand jednak był najważniejszą moją sprawą, przynajmniej jak dotąd. Chcę tutaj jeszcze jedną rzecz zauważyć, że jak burmistrz i jego poplecznicy opowiadają, że nasze banery Ustrzyki dymne zaszkodziły miastu w rozwoju turystyki to nie jest prawda. Rozmawiałem z wieloma osobami, które się na tym znają, które turystyką zajmują się od dawna i mają ogromną wiedzę na ten temat, to oni też twierdzą, że to nie miało żadnego a to żadnego przełożenia na to ilu turystów tutaj przyjeżdża. Natomiast banery, nasza presja, nagłośnienie tematu w mediach zarówno lokalnych jak i ogólnopolskich spowodowały, że Gryfskand się wycofał i trzeba powiedzieć, że to jest nasze wspólne zwycięstwo całego społeczeństwa, które opowiedziało się przeciwko Gryfskandowi.

          Uważam, że burmistrz o sprawie chęci ulokowania zakładu produkcji węgla drzewnego Gryfskand w Naszych Kochanych Ustrzykach wiedział już na początku 2016 roku, Pan Romowicz po raz pierwszy burmistrzem został w 2014 roku i doskonale wiedział, że na terenach po byłym PPD Ustjanowa nie było planów zagospodarowania przestrzennego, dlatego nie wierzę w to, że sprawa Gryfskandu jest zakończona. Tereny są ich własnością i w każdej chwili mogą wrócić do pomysłu budowy zakładu, a pan burmistrz jest inteligentnym człowiekiem i jak pojawiła się sprawa Gryfskandu doskonale wiedział z jaką firmą mamy do czynienia i nic nie zrobił w kierunku, by temu zapobiec, a możliwości miał i do tej pory ma wiele.

          Mógł wziąć „pod lupę” zakład. Mógł zarządzić opracowanie studium uwarunkowań i kierunków rozwoju zagospodarowania przestrzennego, planu zagospodarowania przestrzennego, aby od razu wpisać w tych aktach, że na tych terenach będą tylko małe zakłady nie szkodliwe dla środowiska. No ale przecież burmistrz zamiast się tym zajmować to woli dziś zwalać winę na poprzedników, że nie zrobili planów. Uważam, że „Aktywni dla Bieszczad” to nie mają w tej chwili żadnego pomysłu na naszą gminę a raczej to oni ją „aktywnie psują”. Zadam pytanie publicznie, jakie pomysły ma radny Mazur czy Tymejczyk? Niech nasi radni razem z burmistrzem popatrzą na sąsiednie gminy, na to co się dzieje w Olszanicy, w Lesku czy w Uhercach. Przecież tam co rusz powstają nowe ciekawe inicjatywy a u nas to tylko stare zdezelowane wyciągi i właściwie nic więcej.

     Ewa Sudoł:

           - co będziecie robić jako Stowarzyszenie, gdy sprawa Gryfskandu zakończy się całkowicie. Potrafiliście zaangażować praktycznie połowę gminy, zebraliście ponad 5000 podpisów, to świadczy o niezwykłej mobilizacji i dlatego mam pytanie co dalej z ruchem Czyste Ustrzyki Dolne?

     Dariusz Wojciechowski:

          - muszę powiedzieć, że faktycznie sami nie spodziewaliśmy się takiego odzewu, przede wszystkim nie dotarliśmy do tych wszystkich osób które również by nam podpisali naszą petycję, nie byliśmy w każdej wsi, nie dotarliśmy na każdą ulicę, ale ludzie sami do nas dzwonili, pisali z zagranicy, że chcą się podpisać, bo chcą, aby Ustrzyki były czyste i wolne od dymu. Wracając jeszcze do pracy naszego Stowarzyszenia, to powiem szczerze, że ja cały czas nie jestem pewien czy Gryfskand któregoś dnia nie wyskoczy jak „królik z kapelusza”. Dlatego uważam, że musimy cały czas trzymać rękę na pulsie. Mam pytanie do państwa z Gryfskandu, dlaczego sobie nie zrobią w Szwecji takiej fabryki a u nas mogą sobie zrobić na przykład punkt pakowania tych swoich produktów, wtedy u nas będzie cicho, spokojnie i ekologicznie a u siebie niech się trują.

     Ewa Sudoł:

          - faktem jest, że ludzie się boją i wiele osób nigdy by się nie zdecydowało na to, żeby stanąć w obronie naszego miasta, gdyby nie było Pana, poza tym udało się Panu to, że połączył Pan ze sobą ludzi o różnych poglądach którzy nigdy by razem nie stanęli. Ponawiam więc moje pytanie, czym będziecie się zajmować jako Stowarzyszenie, gdyby sprawa Gryfskandu zakończy się definitywnie?

     Dariusz Wojciechowski:

          - no cóż, wiedziałem, że zada Pani to pytanie. Powiem Pani, że my jesteśmy stowarzyszeniem zwykłym, zarejestrowanym tylko w powiecie, ja się wszystkim zajmuję osobiście, to jest zbieraniem składek, mobilizowaniem ludzi, prowadzeniem całej tej potrzebnej dokumentacji. Na razie nie mamy zamiaru się przekształcać, robić coś więcej niż dotychczas. My nadal będziemy pilnować, aby nasze Ustrzyki były czystym i nie zanieczyszczonym miastem, to jest nasz główny cel. Staliśmy się takim stowarzyszeniem na wypadek „W” czyli reagujemy wtedy, gdy dzieje się coś złego. W tej chwili wydaje się, że sprawa zakładu produkcji węgla drzewnego Gryfskand jest zakończona, a raczej przełożona na bliżej nieokreślony termin. No ale mamy jeszcze następną sprawę, sprawę wytwórni mas bitumicznych, która ma powstać na terenach PEC-u i na dobrą sprawę, do dziś Pan prezes Wnuk nie odpisał, jak ma się sprawa z tą firmą która chciała wydzierżawić od nich teren.

     Ewa Sudoł:

           - jak to się stało, że udało Wam się zainteresować tą sprawą media regionalne a także ogólnopolskie?

     Dariusz Wojciechowski:

          - na początku ani prasa, ani telewizja w ogóle nie była zainteresowana, aby do nas przyjechać. Myśli Pani, że telewizja chciała tu przyjechać? Absolutnie nie, powiedzieli, że dopiero przyjadą i zrobią reportaż, jak wybudują fabrykę. Na początku nikt nie chciał nam pomóc, byliśmy załamani. Moja żona była tak załamana, że prawie chciała stąd wyjeżdżać. Tym bardziej, że na początku niewiele osób wierzyło, że nam może się udać. Udało się jednak naszą determinacją przekonać telewizję, a potem to już inne media same zaczęły się tą sprawą interesować.

     Ewa Sudoł:

          - proszę powiedzieć kto pomagał Wam najbardziej?

     Dariusz Wojciechowski:

           - wszyscy, którym na sercu leżą Czyste i Zdrowe Bieszczady, Czyste i Zdrowe Ustrzyki Dolne. Ludzie, którzy przyjeżdżają tu, by „naładować baterie”, odpocząć od miejskiego zgiełku i hałasu. Mogę powiedzieć, że są również ludzie, którzy byli przy nas, ale woleli być „schowani” za naszymi plecami, byli też tacy, którzy bardzo mocno się angażowali i pomagali nam, ale byli również tacy, którzy tylko czekali, aż nam się noga podwinie. Bardzo mnie denerwuje, że niektórzy ludzie, którzy mieszkają w bliskim sąsiedztwie planowanej fabryki, nie tylko nie pomagali w naszej walce, ale czekali na to, aby się nam nie udało. Wszystkim takim osobom mówię i mówić będę, aby przeprowadzili się do dużej aglomeracji miejskiej i poczuli to, co tam czuć. Niech porozmawiają z mieszkańcami tych miast a może wtedy dotrze do nich, jakie mają szczęście, że właśnie tu mieszkają, żyją, tu w Bieszczadach, jeszcze nie zniszczonych postępem cywilizacji.

     Ewa Sudoł:

           - może jednak powinniście bardziej sformalizować swoje działania, bo wtedy możecie liczyć na jakieś pieniądze?

     Dariusz Wojciechowski:

          - proszę Pani, my nie chcemy absolutnie bawić się w jakiejś formalności i prowadzenie dokumentacji, my jesteśmy po to, aby pilnować Nasze Ustrzyki Dolne przed nieprzemyślanymi, mogącymi zniszczyć środowisko, a co za tym idzie i nasz samych decyzjami włodarzy.

     Ewa Sudoł:
 
          -a czy myślał pan o tym, aby zorganizować jakąś debatę, na którą by zaprosić członków stowarzyszenia, sympatyków i spytać co dalej chcą robić?

     Dariusz Wojciechowski:

           - myślałem, poza tym chcę powiedzieć, że to, że sprawę Gryfskandu, jak gdyby zawiesiłem, to nie oznacza, że nie zacznę w innym miejscu wojować. Jestem taki trochę „niespokojny duch”, bo tak naprawdę nie wiem w którym kierunku powinno się to rozwijać.

     Ewa Sudoł:

          - no ale nie myśli Pan po tych wszystkich perypetiach uciekać z Ustrzyk Dolnych?

     Dariusz Wojciechowski:

           - ależ absolutnie! Jak patrzę na te drzewa za oknem, jak patrzę na to miejsce, gdzie mieszkam, proszę Panią, to jest niemożliwe i chciałbym, aby cały czas wokół mnie się coś działo Jeszcze wrócę do „Aktywnych Bieszczad” przecież jacy oni aktywni, oni nie mają żadnego pomysłu co dalej robić, czym się zajmować, w którym kierunku mają się rozwijać Ustrzyki. Jeden z radnych z „Aktywnych Bieszczad”, to mnie wprost zaatakował i powiedział: przecież to przez was nie ma u nas kompostowni i dlatego śmieci są takie drogie. No i jak ja mam skomentować taką wypowiedź, głupotę, „ręce i nogi opadają człowiekowi”.

      Ewa Sudoł:

           - a czy Pan i Stowarzyszenie będziecie się także angażować w innych sprawach, które ewentualnie miałyby miejsce w naszej gminie, które nie dotyczyłyby ochrony środowiska? Czy włączyłby się Pan ze Stowarzyszeniem do spraw np. związanych z likwidacją części szpitala czy likwidacji kolejnych szkół na terenie gminy?

      Dariusz Wojciechowski:

           - Stowarzyszenie Proekologiczne, jak sama nazwa wskazuje, a jest to również ujęte w naszym regulaminie, ma za zadanie uświadamianie, dbanie i ochronę środowiska dla ludzi. Oczywiście będziemy aktywnie włączać się w sprawy Naszej Gminy, bo przecież w niej żyjemy. Wszystko co dotyczy Gminy osobiście dotyczy i nas samych.

      Ewa Sudoł:

           - wracając jeszcze do Pana życiorysu z tego co wiadomo jest Pan bardzo mocno już z tą naszą społecznością związany. Słyszałam, że pracował Pan w różnych ciekawych miejscach, pomimo zasłużonej emerytury nie siedzi Pan w fotelu z fajką, ale jest Pan cały czas bardzo aktywny, czy mógłby Pan nam coś więcej o tym opowiedzieć?

      Dariusz Wojciechowski:

          - wiadomo, że jak przyjechałem tutaj do Ustrzyk Dolnych, to jak człowiek siedzi na emeryturze to ma dużo czasu. Zaczęło mnie to już trochę nudzić, usłyszałem we wsi, że nie ma kto pracować w zlewni mleka. Pomyślałem przecież tam nie ma zbyt wiele pracy, to mogę się przecież tym zająć, no i przez jakiś czas w Równi przyjmowałem mleko. By poznać jeszcze lepiej ludzi, ich poglądy, obyczaje, jak żyją oraz piękno Bieszczadów przez jakiś czas jeździłem z kolegą i pomagałem w montażu anten satelitarnych i naziemnych, nawet u Pani w domu byłem (zdziwiłam się ogromnie). Pracowałem również u naszego miejscowego masarza Pana Jana. Zaprzyjaźniłem się z nim, tak jak zaprzyjaźniłem się między innymi z Panem Adamem od telewizji satelitarnej, byłym radnym miejskim Panem Bogusławem.

          Mam jeszcze wielu innych znajomych w Ustrzykach i okolicy. Byłem prezesem biura podróży w Ustrzykach Dolnych. W chwilach wolnych zabezpieczam grupy zwiedzające wnętrze naszej Zapory na Solinie. Spróbowałem również sił w miejscowym tartaku. Wychodzę z założenia, że żadna praca nie „hańbi”, a życie jest zbyt krótkie, żeby nie spróbować wszystkiego, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku i zgodnie z prawem.

      Ewa Sudoł:

           - można powiedzieć, że ma Pan bardzo duże grono znajomych?

      Dariusz Wojciechowski:

          - tak, jestem człowiekiem bardzo kontaktowym i towarzyskim. Lubię przebywać wśród ludzi, szkoda tylko, że pan burmistrz nie ma o mnie dobrego zdanie i nie chce nawiązać współpracy. Już parę razy było tak, że stawaliśmy naprzeciw siebie, twarzą w twarz. Niestety nie przywitał się, nie podał ręki. No cóż kultury człowieka się nie nauczy, z nią trzeba się urodzić.

      Ewa Sudoł:

          - czy nie myślał Pan, aby wejść do polityki i mieć realny wpływ na to co dzieje się w gminie? Ma Pan przecież za sobą dużą grupę ludzi, z którymi Pan razem pracował walczył o czyste Ustrzyki? Przecież to jest bardzo dobry początek do stworzenia wspólnej platformy do startu w samorządzie?

      Dariusz Wojciechowski:

           - mnie nie interesuje polityka, już w 2014 roku próbowano mnie namawiać abym wystartował na sołtysa we wsi, wtedy też odmówiłem. Ale nigdy nie mówi się nigdy, może kiedyś, ale na pewno jeszcze nie teraz.

      Ewa Sudoł:

          - w taki razie bardzo dziękuję Panu za rozmowę i myślę, że z wieloma Czytelnikami będziemy czekać na Pana nowe pomysły i aktywności, życząc już dziś wielu sukcesów.

     Dariusz Wojciechowski:

           - również dziękuję za rozmowę i pozdrawiam wszystkich Czytelników Zasłyszane w Bieszczadach.
Wywiad tygodnia

  Bartosz Romowicz - Burmistrz Ustrzyk Dolnych rozmówcą Ewy Sudoł 

       Ewa Sudoł:

           - Bartek, zaczniemy ten wywiad trochę nietypowo, muszę Ci zadać pytanie o twoje ambicje, podobno będąc jeszcze dzieckiem na pytanie kim chcesz zostać w przyszłości, odpowiadałeś, że będziesz prezydentem kraju. Ile w tej plotce jest prawdy a ile to tylko miejska legenda?

       Bartosz Romowicz:

           - ja zawsze chciałem być w miejscach gdzie coś się dzieje, tak jak byłem przewodniczącym samorządu uczniowskiego w szkole podstawowej, potem byłem przewodniczącym samorządu uczniowskiego w szkole średniej w Lesku, na studiach byłem przewodniczącym samorządu wydziałowego, byłem w parlamencie studenckim. Miałem takie trzy marzenia, jedno to wystartować na radnego gminy i w 2006 roku wystartowałem z własnym komitetem, sam się finansowałem, sam się rozliczałem a wynik miałem o wiele lepszy niż oczekiwałem.

          Drugim marzeniem było wystartowanie na posła i w 2011 roku wystartowałem do Sejmu z listy Polskiego Stronnictwa Ludowego. Trzecim moim marzeniem było wystartowanie na burmistrza Ustrzyki Dolnych. Uważam że marzenia trzeba zawsze mieć żeby coś osiągnąć a czy chciałem być prezydentem? Powiem tak człowiek zawsze ma ambicje, ale dzisiaj tu i teraz jestem burmistrzem Ustrzyk Dolnych i staram się dla mieszkańców Ustrzyk Dolnych zrobić jak najwięcej aby po mnie coś zostało.

       Ewa Sudoł:

          - moje następne pytanie dotyczy Twojej przyszłości parlamentarnej, podobno wybierasz się do parlamentu, wprawdzie „ulica” nie precyzuje do jakiego, ale wszyscy jesteśmy ciekawi czy to prawda?

      Bartosz Romowicz:

          - nie mam takich planów aby startować w najbliższych wyborach ani do Parlamentu Europejskiego ani jesienią do polskiego parlamentu ale uważam, że powinniśmy wystawić jednego kandydata z powiatu bieszczadzkiego ewentualnie bieszczadzkiego i leskiego.

       Ewa Sudoł:

          - a czy widzisz taką osobę, która miałaby szansę zdobyć mandat posła?

      Bartosz Romowicz:

          - nawet jak widzę taką osobę to wiem, że w tej chwili jest to niemożliwe, ponieważ nasza scena polityczna jest tak spolaryzowana, że PIS i partie opozycyjne nie są w stanie wystawić wspólnego kandydata zarówno ze względów lokalnych jak i politycznych. Może senat jest takim miejscem gdzie obydwa powiaty i wszystkie miejscowe partie polityczne dogadałyby się aby wystawić wspólnego kandydata, który w parlamencie reprezentowałby nasze interesy, zgłosiłby poprawkę do budżetu, dbałby o nasze bieszczadzkie sprawy. Uważam, że żaden parlamentarzysta czy to z Krosna czy Przemyśla nie będzie tak dbał o nasze sprawy jak człowiek związany z naszym terenem, pochodzący od nas.

      Ewa Sudoł:

          - czy gdyby na przykład PIS wystawiłoby swego kandydata czy byłbyś w stanie dla dobra wspólnego zagłosować na taką osobę?

       Bartosz Romowicz:

          - jestem w stanie zagłosować na każdego dobrego kandydata ale muszę być przekonany, że będzie on reprezentował wszystkich a nie interes partyjny Prawa i Sprawiedliwości.

       Ewa Sudoł:

           - a wracając na nasze lokalne podwórko, czy spodziewałeś się tego, że jesteś tak silny, że wygrasz w pierwszej turze?

       Bartosz Romowicz:

          - startując w wyborach trzeba do wyborców podchodzić z pokorą, przez minioną kadencję pracując w urzędzie każdego dnia powtarzałem, że pracuje się po to aby mieszkańcy po tych czterech latach tę pracę zweryfikowali. I nie ukrywam, ze wynik wyborczy dał mi taką większą chęć do pracy, że to co robiłem razem ze swoimi ludźmi, to co robiłem ja, wyborcy ocenili pozytywnie. Zdobyłem 51,5% głosów co zapewniło wygraną w I turze i bardzo się z tego cieszę ale nie był to przypadek.

          Przez cztery lata bardzo aktywnie uczestniczyłem w życiu gminy, to nie jest tak, że raz w roku gdzieś tam się pojawiałem. Przez cztery lata prawie w każdą sobotę czy niedziele uczestniczyłem w różnych imprezach gminnych, czy to w domu kultury, czy w bibliotece czy w zebraniach strażackich lub sołeckich. Tak naprawdę przez całą kadencje spotkałem się z każdą grupą zawodową, każdą grupą społeczną. Wyborów na burmistrza nie wygrywa się na miesiąc czy dwa przed wyborami co pokazała ta kampania. Pozostali kandydaci próbowali ostatnie trzy miesiące przed wyborami zaistnieć, niekoniecznie mówiąc prawdę i wyborcy ich ocenili. Czy spodziewałem się? Cieszę się że wygrałem, że mam większość w radzie a to daje komfort rządzenia. Cieszę, że ludzie których zaproponowałem wygrali ze swoimi konkurentami i zostali dobrze ocenieni przez wyborców.

      Ewa Sudoł:

          - a jak się czułeś, gdy Twoi kontrkandydaci zamiast walczyć o wyborców zaczęli walczyć z Tobą?

       Bartosz Romowicz:

          - jeżeli mówisz tutaj o wspólnym wystąpieniu trzech burmistrzów Ustrzyk Dolnych w spocie wyborczym, to moim zdaniem to nagranie mi pomogło, bo mieszkańcy zobaczyli jaki jest ich prawdziwy cel, czyli powrót do władzy. Ja jak zostałem burmistrzem to na pewno wielu grupom skończyły się przywileje, jakieś prywatne korzyści z tytułu sprawowania władzy przez rodzinę i znajomych. My jesteśmy bardzo transparentni, ja jestem bardzo internetowy, o wszystkim szybko informujemy. Ma to jednak dobre i złe strony, czasami można zginąć od własne broni ale liczyliśmy się z tym.

          Wracając do wyborów, uważam, że wszelkie sojusze i dogadywanie się przed wyborami nie jest dobre. My mieliśmy tez takie propozycje i rozmowy przed wyborami aby wystawić jednego kandydata do gminy albo podzielić się samorządami na zasadzie wy powiat a my gmina. Nie zgodziliśmy się na te propozycje. Wystawiliśmy swoich kandydatów do zarówno do gminy jak i do powiatu bo wychodzimy z takiego założenia, że koalicja tak ale po wyborach a nie przed wyborami. Do wyborów każdy staruje ze swoim programem, każdy próbuje przekonać do siebie wyborców a dopiero po wyborach zaczynamy tworzyć koalicje, szukać wspólnej platformy do współpracy.

       Ewa Sudoł:

          - mieszkańców gminy bardzo interesuje czym zakończyły się doniesienia do prokuratury komisji rewizyjnej gminy na ciebie i co o ty sądzisz?

       Bartosz Romowicz:

           -takie działania wzmacniają i budują w myśl zasady co cię nie zabije to cię wzmocni. Bardzo dużo czasu poświęciłem na odpisywanie pism do prokuratury, CBA i innych instytucji kontrolnych. To wszystko mnie utwierdziło w tym, ze skoro konkurencja nie może mnie pokonać w demokratyczny sposób, że boi się porażki to próbuje mnie zniszczyć za pomocą innych narzędzi. Najbardziej mnie zabolało to, że radni gminy zapomnieli na rok przed wyborami, że przez trzy lata dobrze ze sobą współpracowaliśmy. Tak naprawdę w poprzedniej kadencji aż 92% moich uchwał zostało przyjętych. Kilka z nich nie znalazło uznania ale ja to rozumiem, że można mieć inne zdanie ale takie kwestie jak nie powołanie BCIiP czy obniżenie mi wynagrodzenia na kilka miesięcy przed wyborami to były ewidentnie kwestie polityczne, aby obniżyć moje notowania w oczach mieszkańców.

          Podobnie wyglądało zgłoszenie do prokuratury sprawy BARR, poinformowanie o niej wszystkich posłów, nadzór prokuratora generalnego oraz sprawdzenie prokuratury ze wszystkimi środkami poza karnymi. Takie wielowątkowe działania pokazują, że opozycja czuła się słabo i szukała innych środków do osłabienia mnie. Czas pokazał ze w zakresie BARR wszystko zostało umorzone, sądy to podtrzymały a prokuratura nie znalazła żadnych działań, które by miały charakter przestępczy. Nie pomogły też interwencje jednego z posłów do Ministra Sprawiedliwości, ponieważ wszystko okazało się zgodne z prawem. Dziś oczekiwałbym tylko jednego aby te osoby, które w maju ściągały telewizję do Ustrzyk, informując media, jak to burmistrz Ustrzyk Dolnych działa niezgodnie z prawem, powiedziały tylko jedno słowo: przepraszamy i tyle.

       Ewa Sudoł:

          - czyli miałeś bardzo wyboistą kampanię do samorządu?

       Bartosz Romowicz:

           -ostatni rok przed wyborami był takim okresem, że zamiast skupić się na pracy, musiałem tłumaczyć się z tego, ze nie zrobiłem nic złego. Najbardziej zatrważające w tym wszystkim było to, że pod niektórymi zawiadomieniami do prokuratury podpisywały się osoby sprawujące funkcje publiczne w naszym powiecie. Uważam, że nigdy nie powinno być tak, że starosta donosi na burmistrza czy burmistrz na starostę.

       Ewa Sudoł:

          - powiedz w takim razie, kiedy ta współpraca pomiędzy gminą a powiatem się popsuła, co było jej powodem?

       Bartosz Romowicz:

           -nie użył bym słowa, że współpraca się popsuła, jesteśmy różnymi ludźmi z Panem Starostą, dzieli nas wiek, poglądy, pochodzimy z różnych środowisk więc siłą rzeczy musimy się różnić. Starosta jest prawicowy ja nie mam poglądów prawicowych ale powinna nas łączyć jedna sprawa a mianowicie praca na rzecz naszych mieszkańców. Wyobrażam sobie to tak, że Starosta siada z burmistrzem przy jednym stole i razem rozmawiają.

       Ewa Sudoł:

          - a czy dziś siadacie i rozmawiacie?

       Bartosz Romowicz:

          - spotkaliśmy się w ubiegłym tygodniu w sprawie utworzenia szkoły mistrzostwa sportowego.

       Ewa Sudoł:

          - czyli nadal nie ma dziś między wami zbyt ciepłych relacji ?

       Bartosz Romowicz:

          - nie ma rozmów o rozwoju naszego terenu, o naszych pomysłach, aczkolwiek ja nie ukrywam, że próbuję rozmawiać chociażby o bibliotece publicznej, która jest także powiatowa. Dużo lepszy kontakt mam z wicestarostą, rozmawiamy częściej. Nie ma jednak spotkań, które powinny być gdzie ja siadam ze Starostą, mówię słuchaj Marek (jesteśmy na ty) może byśmy zrobili wspólnie tą drogę a może tamtą, może inne działanie. Każdy robi swoje, nie wchodzimy sobie w drogę i tak to właśnie powinno wyglądać. Natomiast ja otwarcie i publicznie deklaruję i zapraszam do rozmów, nie mam z tym żadnych oporów aby wykonać pierwszy telefon tylko aby ten telefon został odebrany.

       Ewa Sudoł:

          - czy sprawa Gryfskandu jeszcze bardziej popsuła stosunki powiatu i gminy?

      Bartosz Romowicz:

          - nie można popsuć stosunków, których nie ma. Uważam, że w całej sprawie Gryfskandu powiat chciał wyjść na tego dobrego, a gmina miała być tym złym.

       Ewa Sudoł:

          -wracając do sprawy Gryfskandu, po Ustrzykach krążą plotki, że firma ta przybyła na nasz teren na Twoje zaproszenie, czy to jest prawda? A jeżeli to jest prawda czy zdawałeś sobie sprawę z tego czym ona się zajmuje?

       Bartosz Romowicz:

          - historia firmy Gryfskand na terenie powiatu bieszczadzkiego jest taka, że była ona już na tym terenie w 2003 roku, gdzie z innym przedsiębiorcą wspólnie prowadzili już tu działalność, więc doskonale znali teren. Po drugie Firma Gryfskand wielokrotnie zwracała się do mnie z zapytaniem, czy jak zakupią teren po byłym PPD czy będą mogli prowadzić taką i taką działalność. Zawsze odpowiadałem im to samo, że po spełnieniu wszystkich wymogów przewidzianych prawem, po uzyskaniu decyzji środowiskowych, lokalizacyjnych i dostaną odpowiednie pozwolenia będą mogli wtedy działalność prowadzić. Natomiast nigdy nie dostała zapewnienia ani ustnego ani pisemnego, że firma Gryfskand będzie mogła na naszym terenie wybudować fabrykę, więc kupując działki w licytacji komorniczej musiała się liczyć z tym, że będzie musiała uzyskać szereg pozwoleń.

          Przedsiębiorcy, który kupuje działkę gmina nie może zabronić takiej transakcji, tym bardziej, że nie mieliśmy prawa pierwokupu. W 2015 lub 2016 spotykałem się z byłym właścicielem tej nieruchomości w Częstochowej i chciałem przejąć dla gminy drogi aby umożliwić komunikację dla mieszkańców tamtych terenów. Niestety nie było żadnego zainteresowania aby je nam przekazać a co dopiero mówiąc o działkach. Wracając do gruntów po byłej PPD Ustjanowa to w 2002 lub 2003 roku należało zrobić porządek z tymi gruntami. przejąć je od firmy Uniprofil i zrobić plan zagospodarowania przestrzennego.

          Wtedy jeszcze nie było domów mieszkalnych i można było sensownie zagospodarować ten teren, tak jak zrobiły to inne gminy. A tak otrzymałem w spadku kukułcze jaja. Pierwsze, które otrzymałem w 2015 roku to kompostownia a drugie to brak planu zagospodarowania przestrzennego na terenie po byłym PPD. Dlatego gdy teraz będziemy sporządzać plan zagospodarowania przestrzennego należy pamiętać o tym, że będzie bardzo trudno pogodzić interesy wszystkich właścicieli gruntów. Zbyt wiele rzeczy już się wydarzyło i praktycznie jest nieodwracalne. Dlatego ja bardzo mocno zachęcam wszystkich zainteresowanych do dyskusji nad tym aktem prawa miejscowego w tym także przedstawicieli Stowarzyszenia CUD aby się merytorycznie na ten temat wypowiedzieli.

      Ewa Sudoł:

          - czy fakt, że Firma Gryfscand odstąpiła od budowy fabryki w Ustrzykach Dolnych uważasz za swój sukces czy efekt presji mieszkańców nie zgadzających się na to przedsięwzięcie?

       Bartosz Romowicz:

          -to sukces na pewno mieszkańców. Ubolewam nad tym tylko, że tyle nieprawdziwych rzeczy na mój temat padło ze strony Stowarzyszenia CUD i jego prezesa w jego walce przeciwko Gryfskandowi. Trudno mi sobie wyobrazić jakąkolwiek współpracę z tym Panem.

       Ewa Sudoł:

          - mam jeszcze jedno pytanie, jaki jest koszt sporządzenia takiego planu bo z tego co mi wiadomo są dosyć spore wydatki dla gminy?

       Bartosz Romowicz:

           - koszt sporządzenia planu jak ten dla obszaru od działek Nadleśnictwa Ustrzyki Dolne do ulicy Przemysłowej i do torowiska czyli około 5 ha będzie wynosił około 100 tysięcy złotych.

       Ewa Sudoł:

          - czyli trzeba sobie jasno powiedzieć, że mając do dyspozycji określoną ilość środków w budżecie Ty jako burmistrz oraz Rada Miasta musicie dokonywać wyborów czy robić np. plan zagospodarowania przestrzennego czy 500 m drogi gminnej. Jak widać nie są to łatwe wybory.

       Bartosz Romowicz:

          - takie wybory staną przede mną i radą już wkrótce, ponieważ w Ustrzykach Dolnych tylko około 5% gruntów objętych jest planami. My dopiero teraz kończymy nowe studium , które zaczęliśmy sporządzać w 2016 roku, ponieważ poprzednie straciło ważność kilka lat wcześniej. Na tym przykładzie widać jak w soczewce jakie było myślenie strategiczne moich poprzedników.

       Ewa Sudoł:

          - zadam ci jeszcze jedno pytanie, które gdzieś tam krąży po mediach społecznościowych i pośród mieszkańców naszej gminy. Zdaniem niektórych, firmę Gryfskand sprowadziłeś do Ustrzyk Dolnych aby sobie zabezpieczyć intratne stanowisko pracy na wypadek przegranych wyborów.

       Bartosz Romowicz:

          - dziwię się tym pomówieniom, ponieważ ustawa o zakazie zajmowania stanowisk mówi wyraźnie przez jaki okres burmistrz, wójt czy starosta nie może zajmować stanowisk kierowniczych w podmiotach, co do których wydawał decyzje administracyjne. Dziś ja jestem w takiej sytuacji, ze właściwie dla każdego podmiotu na terenie gminy podpisywałem jakieś decyzję administracyjne wobec tego co najmniej przez dwa lata po odejściu ze stanowiska burmistrza nie będę mógł podjąć zatrudnienia na terenie naszej gminy na kierowniczym stanowisk. Dlatego chcę uspokoić wszystkich tych co martwią się moim zatrudnieniem, że po zakończeniu kadencji burmistrza nie będę ani pracownikiem Hotelu Arłamów, ani firmy Gryfskand ani Pamoplastu ponieważ zakazuje mi to ustawa.

       Ewa Sudoł:

          - zapomniałeś jeszcze dodać, o ile jeszcze dobrze pamiętam, że odpowiedzialność za zatrudnienie takiej osoby ponoszą obie strony tj. pracodawca jak i były burmistrz.

      Bartosz Romowicz:

          - oczywiście masz rację, dlatego chcę powiedzieć, że jeżeli takie sugestie będzie ktoś publicznie przedstawiać, to na pewno sprawa skończy się w Sądzie o pomówienie.

       Ewa Sudoł:

          - chęć przeprowadzenia z Tobą wywiadu wynikła właśnie z potrzeby zweryfikowania tej ogromnej ilości przeróżnych plotek, którymi karmią się nasi mieszkańcy. Myślę, że znamy się na tyle dobrze, że możemy porozmawiać jak partnerzy, bez zbędnej kokieterii tak aby Czytelnicy byli usatysfakcjonowani pytaniami, które dla Ciebie przygotowałam a mam ich jeszcze kilka. Słyszę ostatnio sporo opinii, że po wygranych wyborach mścisz się na swoich kontrkandydatach, że utrudniasz im życie, że obniżyłeś im wynagrodzenie? Czy te opinie są prawdziwe?

       Bartosz Romowicz:

          - moi pracownicy jeżeli dobrze wykonują swoją pracę, to mogą być spokojni o to czy będą dalej pracować. Natomiast żaden pracodawca nie pozwoliłby sobie na to aby jego pracownik publicznie kwestionował jego kulturę osobistą w sposób jakichś listów czytanych na sesjach, do tego są instrumenty prawne z kodeksu pracy, które stosuję. Wracając do pytania, jeśliby tak było to już dawno by nie pracowali, to po pierwsze, a po drugie jest to pytanie do moich kontrkandydatów, którzy wystartowali przeciwko mnie.

          Nie jestem człowiekiem mściwym a że tak jest to mam sporo przykładów, chociażby taki jak ten, że dyrektorem basenu nadal jest Pan Kazimierz Matwiej, kojarzony z poprzednim burmistrzem, prezesem MPGK -u jest Pan Marian Stebnicki a prezesem PEC-u do końca swojej kadencji był Pan Wiesław Jasiński, że kierownicy wydziałów zostali w większości ci sami a tych co odeszli na emerytury zastąpili dotychczasowi pracownicy, którzy zostali awansowani. Nie zrobiłem po moim przyjściu do urzędu żadnej czystki, jeżeli ktoś odchodzi to zazwyczaj na emeryturę. Jestem człowiekiem bardzo koncyliacyjnym, jeżeli ktoś chce pracować to będzie pracować. Natomiast kwestię wynagrodzeń to pytanie raczej do osób, których to dotyczy czy chcą się na ten temat wypowiadać czy nie. Mnie w tej kwestii obowiązuje tajemnica służbowa więc niestety nie będę na ten temat się wypowiadać.

       Ewa Sudoł:

          - mam wobec tego następne pytanie a dotyczy sołtysów. Niektórzy z nich się skarżą, że jedni traktowani są lepiej a inni gorzej. Jedne sołectwa dostają dużo pieniędzy a inne bardzo mało. Czy to prawda a jeżeli tak to czym to jest spowodowane?

       Bartosz Romowicz:

          - jak kończy się rok budżetowy to zawsze robię sobie taką tabelkę w exelu, gdzie mam poszczególne okręgi wyborcze i sołectwa. Zawsze się staram aby dofinansowanie ich było równomierne w całej gminie i paradoks jest taki, że w tym momencie największe inwestycje są prowadzone w sołectwie gdzie nie mam swojego radnego i dotyczy to Dźwiniacza i Brelikowa. W poprzednim roku najwięcej pieniędzy zostało przeznaczone na Ropienkę, Stańkową i Zawadkę czyli okręg wyborczy radnej z Bieszczadzkiego Stowarzyszenia Samorządowego i jednocześnie sołtys Ropienki.

          Dlatego dziwię się takim zastrzeżeniom bo to wszystko można sprawdzić. Oczywiście inna skala inwestycji jest w Ropience gdzie jest 600 mieszkańców a inna skala w Serednicy gdzie mieszkańców jest 60. Jest takie powiedzenie, że jeszcze się taki nie urodził co wszystkim by dogodził, bo nie ma takiej możliwości. Ale można popytać sołtysów kojarzonych z BBS czy innymi partiami np. z Leszczowatego czy Łodyny czy mają z tego tytułu jakieś niedogodności. Raczej nie mają, bo dlaczego ja mam karać mieszkańców tego czy tamtego sołectwa, że ich sołtys ma inne poglądy polityczne niż burmistrz. To jest demokracja, ja mam 31 lat i całe życie byłem wychowywany w demokracji i nie widzę powodu, dla którego ludzie mieliby być karani za swoje poglądy.

       Ewa Sudoł:

          - odpowiedz mi na jeszcze jedno pytanie dotyczące inwestycji. Dosyć często słyszę głosy, że w związku z tym, że w kraju i województwie rządzi Prawo i Sprawiedliwość a ty reprezentujesz Polskie Stronnictwo Ludowe to masz trudności w pozyskiwaniu środków zewnętrznych, czy czujesz się z tego powodu w jakiś sposób dyskryminowany?

       Bartosz Romowicz:
 
          - każda władza przemija a w Polsce co dwie kadencje , już w październiku mamy następne wybory, więc zobaczymy jak będzie. Ale z każdą władzą trzeba rozmawiać, korzystamy z programów rządowych, korzystamy z programów operacyjnych, gdzie są jasno określone kryteria.

      Ewa Sudoł:

          - czyli nie czujesz się w żaden sposób pomijany w rozdziale tych środków?

       Bartosz Romowicz:

          -tego nie powiedziałem, musimy podzielić pieniądze na dwie grupy: tam gdzie mamy jasne i sztywne kryteria i tam gdzie jest uznaniowość. W przypadku jasno określonych warunków startujemy do konkursów i wygrywamy ale tam gdzie jest to tylko w gestii decyzji ministra to już wygląda różnie, na pewno jest nam trudniej.

       Ewa Sudoł:

          - Bartosz, dziękuję Ci za poświęcony mi czas, pytań które chciałabym Ci jeszcze zadać mam bardzo dużo ale mam nadzieję Ci je postawić przy następnej rozmowie. Zatem do zobaczenia do następnego wywiadu.

       Bartosz Romowicz:

          - Dziękuję za miłą rozmowę. Na pewno jeszcze będzie nie jedna okazja do zadania pytań i udzielenia odpowiedzi mieszkańcom.
Wywiad tygodnia
Andrzej Olesiuk-Starosta Leski rozmówcą Ewy Sudoł
Poniżej zdjęcie przedstawiające Andrzeja Olesiuka z kolegą na drzewie na Placu Zamkowym w Warszawie. Rok 1982.

KIEDYŚ WSZYSTKO BYŁO PROSTSZE - rozmowa ze starostą leskim Andrzejem Olesiukiem

      „Wtedy - rozpoczyna rozmowę starosta - w tamtych czasach wszystko było dużo prostsze, wszyscy ludzie Solidarności działali w tym samym celu, chcieliśmy obalić komunę, razem walczyliśmy i staliśmy po tej samej stronie barykady.

      Dziś niestety wiele się zmieniło. Z dawnych kolegów, nieraz przyjaciół staliśmy się totalnymi przeciwnikami. Przykre jest to, że dziś nie umiemy nawet ze sobą rozmawiać, a przecież Solidarność wtedy była czymś więcej niż tylko ruchem społecznym. W Solidarności byli ludzie o różnych poglądach, różnych wizjach ale wspólnym celu” mówi z ogromnym smutkiem Andrzej Olesiuk, człowiek niezwykłej uczciwości, prostolinijny i dobry, który nawet wśród przeciwników politycznych nie ma wielu wrogów.

             Ewa Sudoł:
               - Powiedz Andrzeju (z Andrzejem Olesiukiem znamy się od wielu lat, dlatego nasza rozmowa jest mniej formalna), jak taki człowiek jak Ty, uczciwy, prostolinijny, dobry, odnajdujesz się w tej brudnej i brutalnej grze jaką jest polityka.
Jak Ty to wszystko układasz, że nawet opozycja jest w końcu z Tobą, jak to się dzieje, że pomimo Twojej dobroci ludzie wybierają Cię na przywódcę?

           Andrzej Olesiuk:
               - aby to wszystko jakoś wyjaśnić musimy się cofnąć do mojej młodości, do okresu moich studiów w Warszawie pod koniec lat siedemdziesiątych, gdy złapałem bakcyla działania dla dobra innych, ideę która jest we mnie, idea która jest treścią mojego życia. Oczywiście tego mojego działania nigdy nie traktowałem jako pracy dla osiągania zarobku, bo przecież nie o to w tym wszystkim chodziło a ja pracowałem. W pewnym momencie mojego życia tak się poukładało, że jest to moja praca ale ja nadal tą ideą żyję, poświęcam się jej całkowicie.
           Wrócę jeszcze raz do czasów gdy będąc jeszcze na uczelni, po wprowadzeniu stanu wojennego, mocno zaangażowałem się w roznoszenie i rozrzucanie ulotek, dowożenie prasy do druku, w malowanie na ścianach budynków różnych symboli i urządzanie wspólnie z kolegami różnych akcji wkurzających ówczesną władzę.
          Pamiętam jak pewnego razu, chyba w 1982 roku, odbywała się kontrmanifestacja solidarnościowa do pochodu pierwszomajowego. Wtedy ja i moi koledzy studenci biorący w niej udział musieliśmy uciekać gdy milicja zaczęła nas gonić. Chowaliśmy się po kościołach, aż w końcu nas zepchnięto na Błonia.
          Tam patrol konny milicji zatrzymał mnie, milicjant w pełnym rynsztunku zabrał mi legitymację studencką i kazał zgłosić się do oddalonej około 100 m dalej budy milicyjnej. Wyobraź sobie, że w tej swojej naiwności, ale też przestraszony, zacząłem iść w jej kierunku i tym momencie podeszła do mnie starsza pani, która chyba widziała całe zdarzenie i powiedziała mi : gdzie Pan idzie, przecież oni tam Pana zaraz pobiją, niech Pan ucieka.
          Wtedy dopiero uświadomiłem sobie, co mnie może spotkać i najzwyczajniej w świecie uciekłem. Wsiadłem w tramwaj i pojechałem na uczelnie. Dopiero gdzieś na trzeci dzień dostałem informację, już nie pamiętam od kogo, że mam się zgłosić na posterunek milicji na Jezuicką, tam gdzie pobito i zamordowano Przemyka, - aby odebrać legitymację studencką. Pojechałem na tą Jezuicką ci milicjanci zaczęli mnie wypytywać a ja oczywiście udawałem durnia, że byłem tam przypadkowo ze swoją dziewczyną a oni mnie wylegitymowali i zabrali legitymację. Oczywiście mi nie uwierzyli ale powiedzieli, że moich dokumentów już u nich nie ma i że mam się zgłosić na posterunek na Wilczą gdzie był areszt śledczy.
          Pojechałem na tą Wilczą a tam już było kilkanaście osób takich jak ja, naiwnych, wystraszonych i nieco zdezorientowanych. Kazali mi tam czekać i dali do podpisania kartkę, ponieważ zajmowali się w tym czasie innymi więc zacząłem czytać co mam podpisać. Tam było napisane, że ja byłem jednym z prowodyrów tej kontrmanifestacji, że wykrzykiwałem różne hasła. Jedna z milicjantek, jak zauważyła, że ja to czytam to wyrwała mi tą kartkę i kazała natychmiast podpisać.
Nie wiedząc co zrobić napisałem, że kwituję odbiór legitymacji studenckiej i się podpisałem. Potem się trochę bałem, że zrobią mi kolegium, albo wyrzucą mnie z uczelni, bo nas tym straszyli.

           Ewa Sudoł:
             - miałeś bardzo ciekawą i burzliwą młodość. Czy te lata tak Cię właśnie ukształtowały, że stałeś się człowiekiem ideowym, bezkompromisowym i człowiekiem czynu. Więcej robiłeś niż mówiłeś? Czy pamiętasz jeszcze inne zdarzenia z tamtego okresu, które w jakiś szczególny sposób wpłynęły na Twoje życie?

           Andrzej Olesiuk:
              - wiesz, z tamtego okresu jeszcze jedno zdarzenie chciałbym przetoczyć, które nawet mam udokumentowane zdjęciami. Jedno z nich nawet na Facebooka wrzuciłam, jak na Placu Zamkowym siedzę z kolegą na drzewie i trzymamy transparent: „Uwolnić Lecha”. Oczywiście chodziło o uwolnienie Lecha Wałęsy, wyobrażasz sobie ?
           Pamiętam też, jak jechaliśmy tramwajem, a ja byłem pod kurtką owinięty transparentem.   Wtedy w tamtych czasach wszystko było dużo prostsze, wszyscy ludzie Solidarności działali w tym samym celu, chcieliśmy obalić komunę, razem walczyliśmy i staliśmy po tej samej stronie barykady. Dziś niestety wiele się zmieniło z dawnych kolegów, nieraz przyjaciół staliśmy się totalnymi przeciwnikami. Przykre jest to, że dziś nie umiemy nawet ze sobą rozmawiać a przecież Solidarność wtedy była czymś więcej niż tylko ruchem społecznym, w Solidarności byli ludzie o różnych poglądach, różnych wizjach ale wspólnym celu.

           Ewa Sudoł:
              - Powiedz jak to się stało że wasze drogi się rozeszły. Kiedy i dlaczego przestałeś Michnika i jego środowisko uważać za kogoś, kto już przestał być swój a z czasem stał się wręcz wrogiem?

           Andrzej Olesiuk:
             -trudno jest odpowiedzieć na takie pytania. Ze środowiskiem, którego najbardziej znanym przedstawicielem był Adam Michnik zetknąłem się niedługo po zamordowaniu księdza Popiełuszki, gdzie ja i kilku moich kolegów studentów pilnowaliśmy symbolicznego grobu księdza przed próbą sprofanowania, który znajdował się przy kościele Stanisława Kostki w Warszawie.
           Przy tym kościele na Żoliborzu w podziemiach spotykali się również ludzie, którzy potem tworzyli Gazetę Wyborczą, między innymi Adam Michnik i inni ludzie z pierwszych stron gazet.
          Moi koledzy i ja gdy pełniliśmy dyżury przy grobie ks. Popiełuszki również tam chodziliśmy na jakąś herbatę czy kanapkę i traktowaliśmy ich jak tych, którzy stoją po tej samej stronie co my.
          To byli ludzie z naszego środowiska i było tak chyba do momentu gdy został odwołany rząd Premiera Olszewskiego. Przy czym my dalej żyliśmy Solidarnością, czytaliśmy Gazetę Wyborczą, komentarze i artykuły tam zawarte były dla nas ważne i opiniotwórcze, ale zaczęły się wkradać momenty zwątpienia, kiedy zaczęto atakować ten rząd a przecież to był nasz premier i nasz rząd.

          Ewa Sudoł:
              - To co w takim razie się stało, że dziś jesteśmy tak strasznie podzieleni skoro były czasy że byliście jedną drużyną?

          Andrzej Olesiuk:
              - To nie stało się z dnia na dzień. Po bardzo dobrym wyniku w wyborach prezydenckich Jana Olszewskiego chyba w 1995 roku zaczęliśmy w Lesku budować struktury Ruchu Odbudowy Polski, udało się nam zmobilizować około 50 osób.
           Wtedy zauważyłem, że coś złego dzieje się w naszej organizacji mówię tu oczywiście o strukturach ogólnopolskich, przegrywaliśmy ważne głosowania, nasi ludzie nie wchodzili do Zarządu, zaczęły się kłótnie, nieporozumienia, dziwne sytuacje aż w końcu doszło do rozłamu w ROP-ie.
          Również wtedy zaczęły dochodzić do nas informacje, że ktoś próbuje rozbijać nas od wewnątrz. Podejrzewam, że za tymi zdarzeniami stały służby ale nie jestem tego całkowicie pewien.
           Poza tym my, mówię tu o szeroko pojętej grupie działaczy solidarnościowych jeszcze dalej byliśmy przekonani, że naszym wspólnym wrogiem była komuna ale zaczęliśmy dostrzegać, że to co było takie oczywiste w latach osiemdziesiątych niekoniecznie już takie jest w latach dziewięćdziesiątych. Coraz więcej było różnic między nami, inaczej niektórzy z nas widzieli naszą przyszłość jako narodu.
           Na twoje pytanie niestety nie mogę jednoznacznie odpowiedzieć, czasami ktoś coś za dużo powiedział, ktoś inny nie pozostał dłużny i tak to wszystko powoli zaczynało się dzielić.

           Ewa Sudoł:
              - Wróćmy do czasów współczesnych.
Wytłumacz mnie i naszym czytelnikom, co powoduje, że ludzie Ci wierzą, ufają że będziesz ich przywódcą ? Dlaczego powierzono Ci po raz drugi funkcję Starosty Leskiego? Czym przekonywałeś swoich kolegów, że będziesz najlepszym kandydatem na starostę ? Czy może po prostu powiedziałeś im: „zróbcie mnie starostą ? Opowiedz jak to się odbywało?

           Andrzej Olesiuk:
             - to wszystko działo się w sposób niejako samoczynny. Od wielu lat działałem w różnych organizacjach zarówno w tych legalnych jak i nielegalnych, oczywiście mówię tu o czasie stanu wojennego i później. Pod koniec lat osiemdziesiątych przyjechałem do Leska. Nie jestem rodowitym leszczaninem, dlatego z początku ludzie z którymi pracowałem traktowali mnie trochę nieufnie. W Szkole Podstawowej nr 1 w Lesku, w której pracowałem, chyba w 1989 roku zaproponowałem wspólnie z kolegą, abyśmy reaktywowali Solidarność nauczycielską, która w tej szkole powstała w 1980 roku ale jej działalność z powodów politycznych się niedługo się zakończyła.
Do tej naszej propozycji przychyliło się sporo osób, tym bardziej, że ludzie Solidarności z Polski zarekomendowali mnie, że nie jestem jakimś oszustem oraz potwierdzili moją dotychczasową działalność.

Praca w Solidarności bardzo mnie pochłonęła, przyłączyli się do niej ludzie, którzy ją kiedyś tworzyli. Bardzo mocno angażowałem się w pierwsze samorządowe wybory w 90 roku, w których nie startowałem, ale mieliśmy swoich przedstawicieli. Początek lat dziewięćdziesiątych był takim czasem, gdzie jeszcze wszyscy sobie wierzyliśmy. Gdzie Michnik, Gazeta Wyborcza to byli nasi ludzie i nasza gazeta. Tak jak mówiłem wcześniej tworzyłem w Lesku Ruch Odbudowy Polski, potem działałem w ZCHN-ie a następnie w 2005 roku wstąpiłem do PIS. Ludzie pamiętają mnie z mojej działalności społecznej, która trwa nieprzerwanie od wczesnej młodości.

W 2006 roku startowałem nawet na Burmistrza Leska, ale z powodu ciężkiej choroby moich sióstr bliźniaczek, którym wtedy pomagałem i udzielałem wsparcia moja kampania prawie nie istniała. W dodatku na jakieś dwa tygodnie przed wyborami zmarła jedna z moich sióstr a w odstępie niecałego tygodnia druga. Wtedy już zupełnie nie miałem głowy do prowadzenia kampanii. W moim życiu wydarzyły się rzeczy, które swoją nieuchronnością i bólem całkowicie przewartościowały mi punkt widzenia na wiele spraw.

          W kolejne kampanie angażowałem się już bardzo mocno. Wymierne efekty przyszły w 2014 roku, gdzie mając swoich 5 radnych w powiecie, stworzyliśmy koalicję z PSL-em, który także miał 5 mandatów. Będąc Starostą w poprzedniej kadencji rozwiązywaliśmy wszystkie palące problemy, szczególnie dotyczyło to dróg, szkół i oczywiście szpitala.
          W tej kadencji, gdzie zdobyliśmy już 8 mandatów, mogę powiedzieć, że możemy rządzić samodzielnie, ale mimo to zapraszam do współpracy całą opozycję, bo to przecież nie o władzę chodzi ale o dobro naszego powiatu.
Obecnie szpital będzie dla mnie priorytetem, poza tym moją ideą jest stworzenie w naszym powiecie takiej instytucji lub wymyślenie innego przedsięwzięcia, które by dało impuls do rozwoju powiatu, zastanawiam się jeszcze co to mogłoby być.

          Ewa Sudoł:
              - Andrzej, jeżeli pozwolisz, podrzucę Ci mój pomysł, którym próbowałam zainteresować naszego Starostę Bieszczadzkiego a nawet napisałam w tej sprawie list do Prezesa Kaczyńskiego z prośbą o pomoc.
Myślę, że chyba był nim zainteresowany, gdyż wystosował w tej sprawie pismo do Ministra Zdrowia i do naszego Zarządu Powiatu z prośbą o opinię w tej sprawie.
Niestety, do dziś nie wiem co w tej sprawie odpowiedział Starosta i czy w ogóle odpowiedział. Niemniej jednak uważam, że jest to pomysł, który warto zrealizować.

          Andrzej Olesiuk:    
              - opowiedz więcej o swoim pomyśle, bo mnie zaintrygowałaś.

           Ewa Sudoł:
             - moim marzeniem było stworzenie w Ustrzykach Dolnych, na bazie naszego szpitala Transgranicznego Centrum Szkoleniowo-Dydaktycznego, które miałoby kształcić praktycznie lekarzy z Polski, Ukrainy, Słowacji czy nawet Białorusi, przez najwybitniejszych lekarzy światowego formatu, którzy jednocześnie, sprowadzaliby do naszego szpitala najnowocześniejszy sprzęt dla oddziałów chirurgii, ortopedii czy np. okulistyki.

          Najnowsze technologie medyczne byłyby wykorzystywane podczas prezentacji w czasie kursów i szkoleń. Poza tym mając dostęp do najnowszych odkryć naukowych w zakresie medycyny, można by pokusić się o stworzenie ośrodka badawczego przy planowanym Centrum, wykorzystując kadrę z Uniwersytetu Rzeszowskiego z Wydziału Lekarskiego.

          Oczywiście wiązałoby się to z koniecznością poniesienia kosztów na budowę nowoczesnego bloku operacyjnego, z odpowiednio wyposażoną salą szkoleniową, przebudowę szpitala i jego unowocześnienie. Koszt takich inwestycji to kwota rzędu 60 mln złotych, co w skali budżetu jest możliwe do wygospodarowania.
          Natomiast w regionie taka inwestycja spowodowałaby co najmniej kilka pozytywnych zjawisk. Pierwszą z nich to zatrzymanie w powiecie najlepiej wykształconych młodych ludzi, ponieważ na miejscu mogliby oni realizować swoje ambicje. Powstałe Centrum wygenerowałoby atrakcyjne miejsca pracy o dużym stopniu specjalizacji a w Bieszczady zaczęliby zjeżdżać lekarze zainteresowani swoim rozwojem zawodowym.

          Rozwiązałoby to problem chronicznego deficytu kadry lekarskiej na terenie powiatu a mieszkańcom i turystom zapewniono by fachową pomoc medyczną.
          Powodzenie swego pomysłu upatruję także w tym, że blisko Ustrzyk Dolnych znajduje się Ośrodek Wypoczynkowy w Arłamowie o bardzo wysokim standardzie. Ośrodek stanowiłby bazę noclegową dla potencjalnych kursantów i szkolących. Znajdują się tam również nowoczesne sale szkoleniowe, które za pomocą łączy internetowych byłyby połączone online z dydaktyczno - szkoleniową salą operacyjną. Na pewno też nie brakowałoby chętnych na takie szkolenia, ponieważ obecnie najlepsi lekarze z Ukrainy, Słowacji czy Polski wyjeżdżają do USA, Francji czy Austrii na bardzo kosztowne szkolenia tego typu.

          Stworzenie takiego ośrodka w Polsce w miejscu styku trzech granic uważam za absolutnie konieczny, ponieważ o tym samym mogą pomyśleć nasi sąsiedzi za wschodnią czy południową granicą. Bieszczady możemy tylko wtedy rozwijać w sposób zrównoważony i nie szkodzący otaczającej nas przyrodzie gdy tu na miejscu zamiast ciężkiego przemysłu, czy chaotycznie rozwijającej się turystyki rozwiniemy wysokospecjalistyczne usługi szkoleniowe, stojące na światowym poziomie. Dlaczego nie mamy chcieć rzeczy wielkich ale przecież nie niemożliwych.

           Andrzej Olesiuk:
              - Ewo, czy dajesz mi prawo wykorzystania swojego pomysłu?
To, co powiedziałaś test tym o czym już wcześniej myślałem ale nie miałem sprecyzowanego planu. Nadałaś mojej idei praktycznej treści i bardzo chciałbym ją zrealizować.

           Ewa Sudoł:
             - oczywiście, masz moją zgodę; będę się bardzo cieszyła, gdyby udało Ci się ten pomysł zrealizować. Będę z tego bardzo dumna. Przejdźmy jednak do naszego wywiadu, bo chwilowo nasze role się odwróciły. Wspominałeś wcześniej, że po śmierci Twoich sióstr w Twoim życiu wiele spraw się przewartościowało. Powiedz coś więcej na ten temat.

           Andrzej Olesiuk:
               - zmienił się bardzo mój stosunek do wiary, do modlitwy, do uczestnictwa w nabożeństwach. Z wiekiem jest on coraz bardziej głęboki, dojrzały a wręcz powiedziałbym, że radykalizuję się w wierze. Zacząłem inaczej postrzegać nieuchronność pewnych procesów, wiem, że jesteśmy śmiertelni i śmierć jest częścią naszego życia. Nie można buntować się przeciw Bogu, że ta śmierć przychodzi, czasami szybciej innym razem później ale wiara w Boga pozwala inaczej patrzeć na te sprawy, daje mi poczucie bezpieczeństwa.

          To jak dziś pojmuję wiarę to jest wielka zasługa mojej żony, która kiedyś powiedziała, że ja w niej rozpaliłem tę iskierkę jaką jest miłość do Boga ale tak naprawdę to ona rozpaliła we mnie ogień. Myślę, że moja żona jest mądrzejsza ode mnie, ma większą intuicję i o wiele szybciej dostrzega rzeczy ważne niż ja, naprawdę wiele jej zawdzięczam.

          Ewa Sudoł:
              - bardzo pięknie mówisz o swojej żonie, nie każdy mąż tak potrafi, powiedz mi, czy to że jesteś tak głęboko wierzący pozwala Ci funkcjonować w polityce w sposób prawie nigdzie niespotykany?

            Andrzej Olesiuk:
             - oczywiście ma to ogromne znaczenie, dlatego też jest mi tak blisko ideowo do Prawa i Sprawiedliwości, partii z którą się bardzo utożsamiam a jej główne hasła i postulaty to są właśnie wartości, które wyznaję.
Tutaj w Lesku staram się, aby do naszych struktur przyciągać ludzi mądrych, prawych i dobrych, bez względu na to jakie poglądy wyznają. Staram się tych ludzi przekonać nie tyle do partii, co do wspólnej idei, która nam wszystkim przyświeca a jest nią niewątpliwie dobro naszej wspólnoty samorządowej.

          Dziś w naszych leskich strukturach PIS-u mamy około 120 członków i sporą liczbę sympatyków, ale tak naprawdę najważniejsze jest to, że chcemy budować zgodę w naszym środowisku, chcemy ludzi łączyć i jednoczyć wokół wyzwań, które przed nami stoją.

           Ewa Sudoł:
               - bardzo dziękuję Ci Andrzeju za bardzo szczerą i ciekawą rozmowę. Myślę, że moglibyśmy jeszcze godzinami rozmawiać, ponieważ Twoje życie obfituje w wiele interesujących zdarzeń. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wrócimy do tematów, które zdążyliśmy tylko pobieżnie omówić.

          Andrzej Olesiuk:
               Dziękuję również za rozmowę i pozdrawiam wszystkich czytelników Twojego portalu.


O czym przeczytacie Państwo w następnych dniach

Wkrótce Państwo przeczytacie:
 Bieszczadzkie Pogotowie Ratunkowe -podsumowanie
Wojna plemion
Marian Nosal -poeta pojednania
Zasłyszane w Bieszczadach - portal opinii
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redaktor Naczelny - Ewa Sudoł
Liczba odwiedzin: 46511
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem