Odcinek drugi MIRAŻE - Jacek Piecuch    01-03-2019r.

          Mężczyzna znów uśmiechnął się tym swoim niezwykłym uśmiechem. Minęło jednak długie kilka sekund zanim odpowiedział.

          - A nie naczytałeś się czasem za dużo literatury rosyjskiej? Albo nie naoglądałeś? Myślisz, że to scena z „Ludzi i aniołów”? Szenderowicz jest opozycjonistą a nie prorokiem…
– zabrzmiało to tak wiarygodnie, że Krzysztof poczuł się niemal idiotą.

           – Nie, nie jestem śmiercią… Przynajmniej nie twoją… Niemniej nie zmienia to faktu, że moja wizyta u ciebie wiele ma wspólnego z twoją przeszłością i… przyszłością… Krzysztof westchnął ciężko i po chwili milczenia zdobył się w końcu na głupie pytanie, na które znał już odpowiedź.

           - To kim jesteś?

           - Aniołem stróżem.

           - Moim?

          - Nie.

          - To po co tu jesteś?

          - Chcę pogadać…

          - Spadaj…

          - Jak chcesz…

          - Siedź…!

          Wymiana zdań, a raczej wyartykułowanych myśli trwała zaledwie kilka sekund, ale na dobre zmieniła wszystko w powietrzu, w relacjach i myślach. Nic już nie było takie jak jeszcze kilkanaście minut wcześniej, nic już nie było proste, nic już nie było jasne, choć właśnie wiele się – pozornie – wyjaśniło… Od tego momentu Krzysztof przestał być tym samym człowiekiem, którym był jeszcze dzisiaj rano, kiedy pierwsze łyki kawy zwiastowały nadejście nieuchronnego. Od tego momentu poczuł, że właśnie przestał być, właśnie przestał istnieć, właśnie przestał żyć. Była to myśl tak bolesna i jednocześnie tak ciepła i dobra, że niespodziewanie dla niego samego stała się początkiem, przyczyną, pragenezą niemal czegoś nowego i niezwykłego, choć bardzo głęboko zakorzenionego w przeszłości, w nim samym, gdzieś na samym dnie serca, gdzieś w tych pokładach duszy, do których nie zaglądał już od wieków.

          Niemożliwość tego co się działo była tak dojmująca, że nawet najdoskonalsza próba roz-strzygnięcia, z góry była skazana na niepowodzenie. Wracając do – nazwijmy to – rzeczywistości, Krzysztof starał się odpędzać myśli, które tłoczyły się w jego głowie. Czuł się jeszcze starszy, jeszcze niepotrzebniejszy i jeszcze bardziej zdezorientowany tym wszystkim co działo się w jego świadomości i nieświadomości, w jego duszy i w jego oczach, w jego zmysłach i w tym wszystkim, co zmy-słom się wymykało. Jednocześnie chciał pytać i jednocześnie bał się odpowiedzi. Jednocześnie chciał mówić i równocześnie nie miał ochoty na jakiekolwiek wywnętrzania się. Gość wpatrywał się w niego wyczekująco, ale nie do końca jasne było czy oczekuje aż gospodarz zacznie opowiadać, czy raczej czekał na zachętę, aby samemu rozpocząć... dialog? monolog? cokolwiek…? Tak czy inaczej trwała dziwna cisza, której nie przerywał żaden z nich, a która miała w sobie jakiś pierwiastek dziwaczności, metafizycznej ułomności, niedotykalnej delikatności. Nie mogło to jednak trwać w nie-skończoność i Krzysztof doskonale o tym wiedział.

           - Dobra, mów – odezwał się wreszcie.

          - Ja? To ty masz mówić.

           - Niby o czym?

          - Wiesz o czym.

          - Nie wiem.

           - Wiesz… – mężczyzna niemal wyszeptał to słowo, ale zabrzmiało w uszach Krzysztofa jak uderzenie pięścią w stół.

          - Jej już nie ma… – niemal wykrzyczał szeptem.
          - Tak? A jak ma na imię twoja pierwsza myśl po przebudzeniu i ostatnia przed zaśnięciem???

          Krzysztof zaniemówił. Jeśli jeszcze jakieś miał dotąd wątpliwości, to teraz rozwiały się one całkowicie. Zastanawiał się chwilę co odpowiedzieć, szukał czegoś błyskotliwego, jakiejś ciętej riposty, ale zdobył się tylko na niezwykle głębokie:

          - Zamknij się…

         Wyraz oczu mężczyzny był zaiste przedziwny – jednocześnie zdawało się, że jest coraz bar-dziej rozbawiony, a równocześnie miał w spojrzeniu jakąś tak głęboką troskę, że było to niemal wzruszające. Zwłaszcza owo „zamknij się” spowodowało, że to niezwykłe patrzenie stało się jeszcze bardziej niejednoznaczne i Krzysztof powoli przestawał rozumieć cokolwiek. I właśnie wtedy dotarło do niego, że jego gość nie przybył po to, żeby go pognębić, a wręcz przeciwnie – wyglądało na to, że jest jak najbardziej życzliwy i raczej przyszedł by pomóc niż żeby dołować. Kiedy z całą precyzją to sobie uświadomił, kiedy pojął, że jego opryskliwość jest co najmniej nie na miejscu, że pyskowaniem więcej straci niż zyska, właśnie wtedy mężczyzna odezwał się łagodnym głosem:

          - Zamiast pyskować, lepiej zastanów się jak rozwiążemy twój problem…

          - Ja nie mam żadnego problemu – Krzysztof wciąż jeszcze upierał się przy obronie atakiem, choć sam czuł, że głupio to wszystko wychodzi.

          - Masz… I dopóki będziesz się stawiał, to nie dojdziemy do niczego… I zrozum wreszcie, że nie przyszedłem tu, bo mi się tak chciało, tylko jestem, bo mnie potrzebujesz… Oboje mnie potrzebujecie…

          Ostatnie zdanie zawisło w powietrzu niczym ciężki smog nad Krakowem. Zabrzmiało jedno-cześnie tak przejmująco i tak niewiarygodnie, że nagle umarło wszystko co do tej pory zdążyło się ustabilizować, wszystko co zaistniało w ciągu ostatnich lat, wszystko co dawało zapomnienie, ukojenie i ciszę spokojnego – w miarę – trwania. Zdało się, że krążący po niebie jastrząb również zamarł w bezruchu oczekiwania na dalszy ciąg niezwykłej sytuacji, jaka zaistniała niespodziewanie w środku dzikich Bieszczadów. Ciepły jesienny dzień niespodziewanie dla świata zdawał się być przełomem we wszystkich dziedzinach ludzkiego (i nie tylko) życia. To tak, jakby wrócił moment, kiedy nagle wyginęły niektóre gatunki zwierząt, aby dać im szansę na przetrwanie jeszcze kilkunastu stuleci. Jakby wrócił moment powstania gwiazd i planet. Jakby wrócił moment oddzielenia się Ameryk od Superkontynentu, aby większe mogło stać się jeszcze przemieszanie flory i fauny na kuli ziemskiej. Nadszedł moment, kiedy cisza zrobiła się tak pełna, że niemal czuło się ją w palcach… I chciałoby się, żeby ten moment trwał w nieskończoność, ale on musiał przeminąć…

          Nie dało się inaczej. Po prostu. Krzysztof – mimo, że bardzo tego nie chciał – musiał zadać to pytanie, choć długą chwilę zajęło mu znalezienie odpowiednich słów, aby nie zabrzmiało to bez sensu, dziwacznie, po prostu głupio.

           - Co masz na myśli?

          - Dokładnie to co powiedziałem – odpowiedział gość – ani mniej ani więcej oprócz tego co usłyszałeś.

           - Czyli…?

          - Czyli skup się na słowach… Jako literat powinieneś znać znaczenie prostych słów… Nie użyłem skomplikowanego języka technicznego, usłyszałeś proste zdanie i jesteś w stanie zrozumieć jego znaczenie.

          - Nie dręcz mnie… – Krzysztof poczuł gwałtowny brak sił – po prostu wytłumacz. Doskonale wiesz, że nie rozumiem tego co powiedziałeś… Rozumiem słowa, rozumiem treść… Nie rozumiem sensu… Mam to nazwać przekazem? Nie rób ze mnie głupca… większego niż jestem w rzeczywistości…

          - Dobrze – gość miał w głosie cierpliwość nauczyciela, który ze świadomością braków intelektualnych ucznia, próbuje wyjaśnić skąd biorą się wyniki dodawania – Monika jest wciąż w twojej głowie… Nie powiem, że w sercu, bo to zabrzmi patetycznie, skupmy się na fizjologii… Nie zapomniałeś o niej ani na minutę przez te wszystkie lata… Zamykasz oczy i widzisz ciemnobrązowy kolor jej tęczówek, zasypiasz z jej uśmiechem pod powiekami, słuchasz muzyki i słyszysz wyraźnie brzmienie jej głosu… Upłynęło… ile lat?

           - Siedem…

          - Właśnie… A w twojej głowie siedzi wciąż kobieta o ciemnobrązowych oczach i porażającym uśmiechu… Więc czego nie rozumiesz?

           - Nie rozumiem… – Krzysztof nagle poczuł zniecierpliwienie – Kurde, dobrze wiesz czego nie rozumiem. Powiedziałeś, że twoja obecność tu i teraz jest potrzebna mnie i… jej… Jej nie ma… Jej nie ma, rozumiesz?? Nie ma!!

          - Rozumiem… Ale jakie to ma znaczenie? Jakie znaczenie ma, że ja rozumiem? Znaczenie ma tylko jedno – czy ty rozumiesz. A ty rozumiesz? Rozumiesz?

          - Niczego nie rozumiem… A już najmniej tego wszystkiego co się dzieje… Ze mną… z dzisiejszym dniem… z tobą… kim ty jesteś? Pieprzysz coś o aniele stróżu… Zacznij zachowywać się racjonalnie… albo chociaż gadać do rzeczy…

          - Racjonalnie, powiadasz… Racjonalnie… Dobrze, zacznijmy od początku – mężczyzna wciąż nie okazywał zniecierpliwienia, choć Krzysztof odniósł przez moment wrażenie, że lekko zmrużył powieki – Od początku, od samego początku. Opowiedz mi… w jaki sposób ona znalazła się w twoim życiu?

          - Przecież wiesz wszystko… Po co mam to opowiadać..?

          - I co z tego..? Ja wiem, ty wiesz… opowiedz… rozdrap to jeszcze raz, zedrzyj przyschnięte opatrunki z tej rany, niech krew pocieknie po twojej twarzy, po twojej duszy… Niech ci zaleje serce… niech utopi twoje serce… a może uda się potem cię reanimować           –anioł, jak zaczął go już Krzysztof w myślach nazywać, nagle w oczach począł mieć ogień, którego wcześniej nie było – może wyjdziesz z tego jednak bez szwanku, może wreszcie, do cholery, zaczniesz żyć!!!

          - Żyć????? Ja przecież dawno umarłem… Bicie serca i oddychanie nie znaczy, że żyję…

          - I dlatego powiadam: opowiedz… Zapal se, puść jakąś muzykę… nie wiem, Garbarka…? I zaczynaj… i wiesz co… zaufaj mi – anioł uśmiechnął się takim uśmiechem, który sprawił, że Krzysztof bez słowa wstał i wrzucił płytę do odtwarzacza…

          Muzyka spłynęła nagle gwałtownym potokiem, zalewając ciszę słodkim brzmieniem saksofonu. To nie była zwykła gra, to było coś, co ogarnęło jednocześnie i umysł i duszę i ciało… Zawładnęło nie tylko przestrzenią, ale i czasem, nie tylko dotknęło słuchu, ale też wszystkich pozostałych zmysłów – łącznie z dotykiem i powonieniem. Jakby niespodziewanie dwanaście księżyców zaja-śniało na nocnym, roziskrzonym gwiazdami niebie… Krzysztof zapalił papierosa. W oczach gościa wyraźnie odczytał „nie, dziękuję i ty też nie powinieneś” i nawet nie zaproponował, wzrokiem odpowiadając „wiem, kurde, wiem”... Po chwili skupienia odezwał się spokojnym już głosem skazańca, pogodzonego ze światem i śmiercią.

          - Ukradła mi pieniądze…

          Krzysztof oczekiwał jakiegoś zaskoczenia, jakiegoś zdziwienia choćby na twarzy swojego gościa, ale jego oblicze pozostało kamienne, a raczej życzliwie zaciekawione, choć gospodarz nawet nie zauważył w jego spojrzeniu, że przecież i tak wie wszystko…

II

           To był parszywy dzień. Wyjątkowo parszywy. Wśród wszystkich ostatnich parszywych dni ten był parszywy nad wyraz, parszywością najbardziej parszywą z parszywych. I nie chodziło nawet tylko o pogodę, choć od rana lało i było zimno, a kamienne w kolorze niebo robiło wrażenie, jakby nie miało się rozpogodzić już nigdy. Ogólnie dzień z samego rana zapowiedział się źle i tej zapowiedzi ściśle się trzymał, jakby nie był odcinkiem czasu, ale człowiekiem, który – złośliwie – postanowił zepsuć nastrój wszystkim wkoło. Najpierw bowiem Krzysztof poparzył palce wrzątkiem, później rozbił kubek – swój ulubiony, z napisem – nomen omen – „dobrego dnia”, następnie omyłkowo posolił kawę, potem odebrał telefon z wydawnictwa, że publikacja zbioru opowiadań się przesunie w czasie, aż w końcu zadzwonili z lotniska, że jego samolot do Kopenhagi jest odwołany, a następny jest dopiero za dwa dni. To była ostatnia kropla, która przelała czarę goryczy. Krzysztof postanowił spędzić ten dzień w domu, nie wystawiając nawet nosa na zewnątrz… a najlepiej po prostu go przespać… Niestety spojrzenie do lodówki natychmiast spowodowało, że jego chytry plan szybko legł w gruzach. Ponieważ więc i tak musiał iść po zakupy, sprawdził czego jeszcze w mieszkaniu nie ma, zrobił (w pamięci) długą listę sprawunków, założył marynarkę, wziął parasol i wyszedł z domu.

           Samochód stał zaparkowany bardzo blisko drzwi od klatki schodowej, więc Krzysztof szybciutko znalazł się przy nim, nawet nie otwierając parasola. Niestety okazało się to nie być najlepszym rozwiązaniem, ponieważ – jak się wkrótce przekonał – kluczyki od samochodu zostały w mieszkaniu. Nie chciało mu się wracać na górę, zwłaszcza, że supermarket był oddalony zaledwie o kilka ulic. Lekko więc już przemoczony rozłożył parasol i – starając się omijać przynajmniej największe kałuże – ruszył w stronę sklepu. Mimo lipca było tak zimno, że co chwilę zmieniał rękę, w której trzymał parasol, drugą wkładając do kieszeni. Dotarł do sklepu, wziął koszyk i zaczął nieco nieskładnie błądzić pomiędzy półkami, jako że – rzecz jasna – lista zakupów, owszem, była w pamięci, ale musiał kilka razy przemierzyć supermarket wzdłuż i wszerz, gdyż wszystkie potrzebne rzeczy były porozmieszczane w takich miejscach, że w momencie kiedy przypomniał sobie co jeszcze ma kupić, okazywało się, że już minął akurat to stoisko. Dotarłszy w końcu do kasy – oczywiście – zorientował się, że nie ma przy sobie karty płatniczej (została w samochodzie) i z trudem wygrzebawszy i wyli-czywszy pieniądze (oczywiście pani w kasie nie miała wydać) zapakował zakupy w plastikowe reklamówki i ruszył w stronę wyjścia. Kilka sekund stał przy drzwiach, bo automat otwierający akurat się zaciął i dopiero po tych kilku sekundach drzwi się rozsunęły. Wyszedł i rozłożył parasol. Natych-miast silny poryw wiatru niemal wyrwał go z jego ręki, ale udało mu się jednak utrzymać w dłoni uchwyt, niemniej właśnie wtedy rozerwała się jedna z plastikowych siatek i część zakupów wypadła na mokry asfalt. Kiedy próbował wykonać gwałtowny ruch całym ciałem, aby ustrzec przynajmniej część – pękła druga reklamówka i cała reszta – łącznie z portfelem – znalazła się w sporej kałuży.

           Soczyste przekleństwo wypłynęło z jego ust i wobec całości tego parszywego dnia za-brzmiało to w sumie bardzo naturalnie i niespecjalnie wulgarnie. Schylił się i zaczął zbierać zakupy, upychać je po kieszeniach marynarki, wiążąc jakoś porozrywane kawałki plastiku z reklamówek, ale niestety nie szło mu to zbyt dobrze. Wtedy właśnie od grupy młodzieży stojącej pod dachem przy drzwiach supermarketu oderwała się jedna z dziewczyn i podbiegła do niego, przykucnęła i zaczęła zbierać razem z nim. Z kieszeni dżinsów wyjęła zmiętą reklamówkę i do niej pakowała to co nie zmieściło się do kieszeni i do skleconych naprędce popękanych siatek. Jakoś udało się to wszystko ogarnąć i kiedy oboje się wyprostowali Krzysztof dopiero wtedy spojrzał na dziewczynę. Pierwsze co zauważył, to był kolor jej oczu – ciemnobrązowy, Krzysztof jeszcze nie widział tak niezwykle głębokiego brązu tęczówek i za chwilę złapał się na tym, że gapi się na nie, nawet nie mówiąc „dziękuję”. Po chwili oderwał wzrok od jej oczu, mruknął jakieś słowa wdzięczności i dopiero wtedy przyjrzał się jej lepiej. Mogła mieć – na oko – 16 lat, może trochę mniej, może trochę więcej… Była ładna, bardzo ładna… Nie tylko oczy, ale jej uśmiech, rysy twarzy… Była szczupła i nie bardzo wysoka, miała na sobie dżinsy i przemoczone trampki oraz różową kurtkę. Deszcz spływał po jej włosach na ramiona. Uśmiechała się.

          - Daleko pan mieszka? – zapytała i kolejna rzecz na jaką zwrócił Krzysztof uwagę, to był jej niski głos.

           - Całkiem blisko, kilka ulic – odpowiedział.

          - Pomogę panu to zanieść – dziewczyna uśmiechnęła się jeszcze bardziej.

          - Nie trzeba, dziękuję, dam radę…

          - Pomogę – odpowiedziała tonem, który spowodował, że Krzysztof już nie protestował.

          Wsunęła się pod jego parasol i oboje ruszyli w stronę bloku, w którym Krzysztof mieszkał. Przez całą drogę nie zamienili ani jednego słowa. Dziwacznie pewnie to trochę wyglądało z boku, kiedy usiłowali jednocześnie nie wchodzić w kałuże, chronić się pod parasolem i utrzymywać w jakiś sposób popakowane naprędce i prowizorycznie zakupy. Kiedy doszli do drzwi do klatki schodowej jego bloku, Krzysztof odebrał od dziewczyny zakupy, spojrzał jeszcze raz w jej oczy…

          - Dziękuję – powiedział jakoś tak, że sam odniósł wrażenie, że powinien bardziej okazać wdzięczność za pomoc.

          - Nie ma za co – dziewczyna odwróciła się i pobiegła z powrotem, przeskakując kałuże.

            Krzysztof wszedł do mieszkania, położył zakupy na stole w kuchni, zaniósł mokry parasol do łazienki, zdjął mokrą marynarkę i stwierdził, że pod marynarką koszula też była przemoczona, a spodnie aż do kolan wychlapane błotem. Przebrał się w suche ubranie i wrócił do kuchni. Zaczął układać wszystko co przyniósł do domu – część w lodówce, część po szafkach… I właśnie wtedy zauważył brak portfela. Szybko się ubrał i pobiegł do supermarketu, ale – rzecz jasna – nie spotkał ani dziewczyny, ani nikogo z grupki młodzieży, która stała koło wejścia do sklepu. Wrócił do domu wściekły na siebie i resztę świata. Ponieważ znów przemoczył ubranie – z pośpiechu nie wziął parasola – przebrał się po raz kolejny. Usiadł, zapalił papierosa i bezmyślnie wpatrywał się w ścianę.

          Za dużo było tych nieszczęść jak na jeden dzień, a przecież było dopiero południe. Krzysztof nie bardzo wiedział co teraz ma zrobić. Po dłuższej chwili zaczął powoli analizować sytuację. Co było w portfelu… Może 200, może 300 złotych… dowód osobisty, prawo jazdy, karta… nie karta została w samochodzie, chociaż tyle, że nie musiał dzwonić do banku… Bilet na samolot też został w samochodzie… Tylko teraz – co robić? Bez dowodu nie poleci, a załatwienie nowego to kwestia tygodni… Dzwonić na policję? A co oni poradzą? Przyjmą zgłoszenie i na tym sprawa zawiśnie – pewnie na wieki… Był coraz bardziej wściekły. I jeszcze ta pogoda – ponury dzień, ponura sytuacja… Dzwonić do Kopenhagi, odwoływać spotkanie… Może jeszcze się wstrzymać… Tylko na co czekać? Im później tym gorzej… Ale jak odwoła to co? Nic – iluż w końcu Polaków mieszka w Danii? I ilu z nich przyjdzie na spotkanie z pisarzem? Tak czy inaczej – sytuacja stała się beznadziejna… I właśnie wtedy rozległo się głośne, gwałtowne pukanie do drzwi.

           Krzysztof pomyślał, że to pewnie sąsiad, albo listonosz, albo ktokolwiek inny, kto chce uczynić ten dzień jeszcze gorszym niż był do tej pory. Wściekłym krokiem podszedł do drzwi i gwałtow-nie je otworzył. Na korytarzu nie było nikogo. Wyszedł i rozejrzał się, mrucząc pod nosem przekleństwa pod adresem dowcipnych dzieciaków, które pukały i znikały. Nie było śladu po kimkolwiek. Złość narastał w nim coraz większa i zgrzytając zębami wrócił do drzwi od mieszkania i wówczas zauważył swój portfel leżący na wycieraczce. Podniósł go i otworzył… dowód osobisty… szpargały, które dawno miał wyrzucić, kilka banknotów i trochę bilonu… i paragon… Krzysztof nigdy nie brał paragonów ze sklepów, uważając to za bezsens, a już z całą pewnością nie przechowywał ich w portfelu. Wyjął go więc i obejrzał – data dzisiejsza, czas sprzed 20 minut… na paragonie dwie bułki, kilkanaście deko szynki, serek ziarnisty, karton mleka i paczka papierosów… w sumie około 40 złotych… Kompletnie nie miał pojęcia co o tym myśleć… jeszcze raz rozejrzał się po pustym korytarzu i wzruszywszy ramionami wrócił do mieszkania.

          Ten dzień minął już bez większych problemów, nic wielkiego, jakiegoś niezwykłego się nie wydarzyło, zwykły szary deszczowy dzień… Jakby to wszystko co działo się od rana nagle wyparowało, nagle stało się jakimś dalekim wspomnieniem, jakimś dziwnym ciągiem wydarzeń – może i nieprzyjemnych, ale w sumie… Krzysztof stwierdził w pewnym momencie, że przecież bywają dni lepsze i gorsze, a ten akurat skończył się jakoś niemal dobrze, jakoś niemal sympatycznie… Ulga, którą odczuł i niemal rozbawienie w związku z tym co było na paragonie… To wszystko kazało mu myśleć, że po prostu się stało jak się stało… Za dwa dni leci do Kopenhagi, a była to perspektywa dość fascynująca, gdyż pierwszy raz miał jechać na spotkanie autorskie poza granice kraju. Wieczorem tego więc dnia położył się spać w miarę pozytywnie nastawiony do rzeczywistości, czekając na dalsze wyzwania, na nowy rozdział w jego szarym nudnym życiu... I ten rozdział się otworzył już następnego przedpołudnia, choć zupełnie nie tak, zupełnie inaczej niż go sobie w swojej naiwności zaplanował, całkiem nie tak jak mógł się tego kiedykolwiek spodziewać…

          Ranek wstał równie deszczowy i zimny jak poprzedni. Początkowo wszystko działo się rutynowo – śniadanie, kawa, trochę muzyki podczas porannych czynności… Potem wizyta w wydawnictwie, załatwienie przesunięcia spotkania w Kopenhadze, kilka formalności, mała korekta szaty graficznej książki… Krzysztof wracał do domu koło 11.30 i zamierzał zacząć wreszcie się pakować. Porywisty wiatr i przejmujące zimno złościło go trochę, ale myślami był już daleko, gdzieś poza szarą rzeczywistością wielkomiejskiego osiedla w deszczowy, zimny dzień. Starając się omijać kałuże i jakoś ochronić się przed wszędobylską wilgocią i lodowatym wiatrem powoli zbliżał się do bloku, w którym mieszkał. Dziewczyna stała pod dachem nad wejściem do klatki schodowej. Ubrana była tak samo jak dzień wcześniej, tylko włosy miała jakby inaczej ułożone… A może to tylko deszcz sprawił, że takie Krzysztof odniósł wrażenie… ręce miała wsadzone w kieszenie różowej kurtki i patrzyła na niego brązowymi oczami, w których był wyraz jakiegoś… smutku? zawstydzenia? Odezwała się tym swoim niskim głosem dopiero wtedy, kiedy już dłuższą chwilę patrzyli na siebie tuż przy drzwiach bloku.

          - Dzień dobry… Przepraszam…

          - Za co? Dzień dobry – Krzysztof uparł się, żeby ją prowokować, choć sam doskonale wie-dział co miała na myśli. Zresztą już po chwili głupio się poczuł, że wchodzi w jakieś dziwaczne gierki słowne i emocjonalne ze smarkulą, która ukradła mu portfel.

          - Za portfel… Byłam głodna…

          Zaniemówił. Dopiero teraz zobaczył, że trzęsła się z zimna, a krople na jej twarzy to wcale nie musiał być deszcz.

          - Chodź – otworzył drzwi od klatki schodowej i przepuścił ją przed sobą. Wyraźnie się zawa-hała, ale po chwili weszła do środka.

          Gdy już znaleźli się w mieszkaniu, dziewczyna robiła wrażenie jakby zagubionej. Niepewnie rozglądała się wokół siebie, natomiast Krzysztof czuł się lekko zakłopotany bałaganem, który miał w domu przed wyjazdem. Zostawił w przedpokoju teczkę z dokumentami, poprosił ją, żeby zdjęła kurtkę i nafuczał na nią, żeby nie zdejmowała butów, bo wyglądała, jakby miała zamiar to zrobić. Zaprosił do pokoju, wskazał bez słowa miejsce przy stoliku i poszedł w stronę kuchni.

           - Herbaty? – zapytał nalewając wody do czajnika.

          - Chętnie – odpowiedziała wciąż jakimś takim niepewnym głosem.

           - Z cytryną?

          - Jeśli można….

          - Można, ale nie będzie… Nie mam cytryny – zauważył to nieco poniewczasie i jakoś głupio mu się zrobiło z tego powodu.

           – Jak masz na imię?

           - Angelina.

          - Kłamiesz – sam nie wiedział skąd mu to przyszło do głowy.

          - Monika – powiedziała to bardzo cicho, jakby zawstydzona.

          - Ile masz lat?

          - 19 – odpowiedziała, ale Krzysztof nie uwierzył.

          - Kłamiesz…

          - 17… prawie… za dwa miesiące…

Jacek Piecuch                 
                 Ciąg dalszy nastąpi......

O czym przeczytacie Państwo w następnych dniach

Wkrótce Państwo przeczytacie:
 Bieszczadzkie Pogotowie Ratunkowe -podsumowanie
Wojna plemion
Marian Nosal -poeta pojednania
Zasłyszane w Bieszczadach - portal opinii
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redaktor Naczelny - Ewa Sudoł
Liczba odwiedzin: 46484
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem