Odcinek czwarty MIRAŻE - Jacek Piecuch
16-03-2019r.

          - Nawet nie wiesz ile to może znaczyć... – w jej oczach na powrót pokazały się łzy, ale szybko otarła je wierzchem dłoni i spróbowała się uśmiechnąć, jakby usilnie starała się nie okazać słabości, za to okazać się twardzielką. – Dobra... Dasz jeszcze jednego papierosa?

          - Nie.

           - A jak bardzo ładnie poproszę…? – w jej oczach pokazało się coś takiego, że nie mógł się powstrzymać i wybuchnął śmiechem.

           - Dobra, weź sobie… wkurzasz mnie…

          - Tak, wiem… ale i tak mnie polubiłeś – iskierki w jej ciemnobrązowych oczach zapaliły się na nowo.

          - No… owszem… sam nie wiem czemu… i pewnie będę tego żałował…

          - Będziesz – tym razem ona roześmiała się perliście.

          Popołudnie minęło przy pogaduchach o wszystkim i o niczym. Krzysztof zdał sobie sprawę, że poznaje ją coraz lepiej, coraz więcej o niej wie, coraz więcej widzi… Sam też otwierał się wobec niej coraz bardziej i było to dla niego zjawisko tyleż niezrozumiałe, co dość sympatyczne. Początkowo zwalał to na karb długiej samotności i jakiejś wewnętrznej potrzeby wygadania się, ale przyszedł taki moment, że zrozumiał, że zauważył jakąś niezwykłą nić więzi, która – najniespodziewaniej dla niego samego – zaczęła snuć się między nim, a Moniką. Przyszedł w końcu wieczór, kiedy po kolacji siedzieli na kanapie, blisko siebie, rozmawiając cicho, głosami dobrymi i ciepłymi… Muzyka sączyła się do ich uszu, a za oknem powoli przestawało padać i w końcu zachodzące lipcowe słońce przebiło się przez szyby.

          - Przepraszam, że pytam – Monika w pewnym momencie ściszyła głos jeszcze bardziej – wiem, że nie powinnam, że nie wypada… Ale powiesz co się stało z twoją żoną? Dlaczego umarła…?

          - Powiem… Nie przepraszaj… Powinienem komuś w końcu to powiedzieć… – Krzysztof patrzył w ciemniejący od nadchodzącej nocy pokój – To moja wina… i nigdy sobie tego nie daruję… Uparłem się, żeby pojechała ze mną w góry… Nie chciała, bo nie czuła się na siłach… ale ja się uparłem, żeby na rocznicę ślubu zrobić jej przyjemność… przeziębiła się… Wdało się zapalenie płuc… a potem nagle okazało się, że komplikacje… że to coś gorszego… Miała raka, który mógł sobie w niej siedzieć i nic by się nie działo, gdyby nie to zapalenie płuc…

          - Jaja sobie robisz? Jaka twoja wina? – dziewczyna spojrzała na niego wzrokiem, który przeszył go na wylot.

          - No tak… tak sądzę… podobno mogła z tym żyć jeszcze całe lata, ale przeziębienie i zapalenie płuc… i komplikacje... uaktywniły nowotwór…

          - Ty jesteś nienormalny… Kto ci nagadał takich rzeczy?

          - Uśmiejesz się – Krzysztof mówił tonem, w którym jednocześnie usłyszeć można było żal i niepokój i odrobinę zażenowania – sam do tego doszedłem… innej możliwości po prostu nie było… Ktoś musiał być winnym tego… tej śmierci, więc musiałem to być ja… Gdybym się wtedy nie uparł na te góry…

          - Wiesz co… – Monika odezwała się głosem, który zabrzmiał prawie przepraszająco – ja wiem, ja mam 17 lat…

          - Prawie – przerwał jej.

          - Prawie… Wiem, że jestem głupiutką smarkulą… ale wiesz co… przepraszam, ale ty jesteś jeszcze głupszy…

           - Co takiego?? – oburzył się i spojrzał na nią złym wzrokiem.

           - Przepraszam… wiem, nie powinnam, ale sorry, nie mogłam się powstrzymać… Bo też takie farmazony opowiadasz… Rak to jest rak i żadne przeziębienie go nie uaktywniło, jak se to wymyśliłeś… Przepraszam – zrobiła skruszoną minę, ale widział wyraźnie, że ma ochotę roześmiać mu się prosto w nos – wybacz, nie wolno mi tak mówić… zwłaszcza do ciebie… ale pieprzysz… przepraszam, ale pieprzysz…

          - Słucham??? – Krzysztof tym razem zrobił wielkie oczy.

          - No przepraszam…

          - Nie, nie… OK., rozumiem, może masz i rację… poniekąd… Pytam o to, co powiedziałaś, jak to „zwłaszcza do ciebie”? Że niby co to znaczy, że niby dlaczego akurat do mnie? - Bo ty jesteś… Bo jesteś… Jesteś w porządku – zabrzmiało to tak, jakby chciał powiedzieć coś innego, ale „w porządku” najbardziej pasowało jej do tego co miała na myśli.

          - Co to znaczy „w porządku”? – dociekał bezczelnie, choć widział wyraźnie, że kosztuje ją to sporo.

          - Oj… Jesteś… dobry… – powiedziała to prawie szeptem, prawie niesłyszalnym szeptem, ale zabrzmiało to jak uderzenie dzwonu.

          - Że ja niby? Żartujesz sobie – Krzysztof bardzo szybko pożałował tej swoje dociekliwości, bo widział bardzo ostro, że jest jej niezręcznie, a i jemu samemu jakoś głupio się zrobiło.

          - Nie! – powiedziała to bardzo dobitnie – nigdy nie byłam poważniejsza. Czy ci się to podoba czy nie, to jesteś dobry. Nikt nie był dla mnie taki dobry… nawet to, że do psów zadzwoniłeś, to nie zmienia tego, że jesteś dobry… wiem, że musiałeś to zrobić i wiem, że zrobiłeś to tak, żeby jak najmniej bolało… Mnie żeby jak najmniej bolało, nie ciebie… wiem o tym i ci tego nie zapomnę… Nagle pochyliła się i cmoknęła go w policzek. Zgłupiał zupełnie w tym momencie, bo tak naprawdę, to nie było to zwykłe cmoknięcie, tylko bardzo delikatne muśnięcie ust, bardzo króciutkie i bardzo przelotne, ale pozostawiło bardzo wyraźny ślad na jego policzku, na jego sercu… na duszy… czymkolwiek by była… Spojrzał na nią i w słabym świetle wieczoru dostrzegł znów iskierki w jej oczach. Były to iskierki, które mówiły do niego „nie dramatyzuj”, a on poczuł nagle – choć nie miał pojęcia skąd to niespodziewane uczucie – że ten dzień będzie tym dniem, który będzie wspominał już zawsze. Niepewnie wyciągną rękę i delikatnie pogłaskał ją po włosach i po policzku… Zielonego pojęcia nie miał co powinien teraz powiedzieć, a zdawał sobie doskonale sprawę, że teraz, właśnie teraz – coś musi powiedzieć.

             - Nigdy więcej tego nie rób – odezwał się, starając się usilnie, aby zabrzmiało to groźnie, ale sam wiedział, że tak nie było.

          - Bo..? – prawie się śmiała.

          - Bo nie wypada – zabrzmiało to jeszcze głupiej.

          - Mnie nie wypada??? Jaja se robisz… Mnie wszystko wypada – już nawet nie próbowała hamować śmiechu.

           – Ja jestem sierotą, która uciekła z domu dziecka i skroiła ci pieniądze… i ty mówisz, że mnie coś nie wypada???

          No tak, tego było już zbyt wiele, Krzysztof już nie był w stanie się powstrzymać i ciemny pokój zapełnił się jego i jej głośnym, radosnym śmiechem. Jakby na chwilę oboje zapomnieli, że to dziwny dzień, że to dziwny wieczór, a następnego dnia najprawdopodobniej nie będą mieli oboje ani trochę powodów do wesołości.

          - Ech… – westchnął w końcu, kiedy już opanował rechotanie – wiesz… nie śmiej się, ale muszę ci coś powiedzieć… Będziesz się śmiała?

          - Nie wiem – no nie takiej się spodziewał odpowiedzi, raczej zapewnień w rodzaju „oczywiście, że nie”.

          - No dobra… I tak ci powiem… W sumie… w sumie to się cieszę, że mnie okradłaś… w pewnym sensie – dodał natychmiast, żeby nie zabrzmiało głupio, choć, rzecz jasna, zabrzmiało.

          - Niezbyt to mądre co mówisz, jak na twój wiek – odpowiedziała – ale chyba rozumiem co masz na myśli, tylko mogłeś to ująć inaczej – uśmiechnęła się – jakoś delikatniej trochę… Ale… niech tam… - Oj… najważniejsze, że rozumiesz…

          - Rozumiem. I… idąc tym tokiem myślenia… też się cieszę, że cię okradłam. – Wyczuł zmęczenie w jej głosie.

          - Chyba czas spać – odezwał się i mimo mroku zauważył, że pokiwała głową – będziesz spać tu na kanapie, czy wolisz w łóżku?

          - Tu – odpowiedziała – tylko dasz mi coś… cokolwiek… żebym nie spała ani nago ani w ubraniu?

          - Jasne, pogrzeb w szafie – wskazał ruchem głowy – łazienka wiesz gdzie jest.

          - Tak – uśmiechnęła się, patrząc wyczekująco, wzrokiem, który mówił „idź już sobie”.

          Wstał, mruknął pod nosem „dobranoc” i już prawie zniknął w sypialni, kiedy zatrzymał go dotyk jej dłoni, która chwyciła go za ramię. Odwrócił się i zobaczył, że jest tuż przy nim. Było już całkiem ciemno, ale nie zapalił światła – sam nie wiedział dlaczego – jednak wzrok przyzwyczaił się do mroku i niemal widział ciemny brąz jej oczu tuż koło siebie. Ona natomiast wspięła się na palce, objęła go za szyję i szepcząc coś w rodzaju „dziękuję” znów – tak samo jak przedtem – bardzo delikatnie pocałowała go w policzek. To trwało chwilkę, ale Krzysztof poczuł się nagle kimś ważnym, kimś istotnym, kimś… dobrym? Pogłaskał ją po policzku…

          - Mówiłem, żebyś tego więcej nie robiła – jego głos brzmiał ciepło i łagodnie – ale chyba… kłamałem – uśmiechnął się lekko – śpij dobrze, śnij słodko – uśmiechnął się i zniknął w sypialni.

          Bardzo długo nie spał tej nocy. Leżał w łóżku i wsłuchiwał się w odgłosy dobiegające zza drzwi sypialni. Słyszał kiedy poszła do łazienki, słyszał kiedy położyła się na kanapie, widział kiedy zgasło światło… Tysiące myśli przebiegały mu przez głowę, tysiące wspomnień, które nagle odżyły, tysiące przewidywań tego, co ma się wydarzyć… W końcu uświadomił sobie również, że nie spako-wał się przed wyjazdem, ale było to tak bardzo nieważne… Ostatnią rzeczą, którą pamiętał przed zaśnięciem był szum deszczu, który znów zaczął padać…

III

          Krzysztof na chwilę przerwał swoją opowieść i długo wpatrywał się w olbrzymie okno, za którym Bieszczady kwitły jesiennym słońcem. Jego gość – jakby szanując to nagłe chwilowe zawieszenie myśli – również nie odzywał się ani słowem, wpatrując się badawczo w jego zmęczone oczy. Najwyraźniej czekał cierpliwie aż gospodarz podejmie opowiadanie, dając mu czas na zebranie myśli, skupienie, przypomnienie sobie jakichś szczegółów…

          - Nie wiem w sumie po co ci to wszystko opowiadam…

          - Powinieneś – anioł powiedział to takim głosem, w którym Krzysztof po raz pierwszy usłyszał jakąś znajomą nutę.

          - Nie wiem… Nie jestem pewien – przyjrzał się bacznie swojemu gościowi i dostrzegł w jego oczach coś, co go zaniepokoiło, a raczej wywołało jakieś niepokojące skojarzenia. Miał niebieskie oczy z lekką nutą szarości, ale coś w nich było takiego… nie wiedział co, ale coś… zastanawiającego? Znajomego?

          - Powinieneś… a w każdym razie… jeśli nawet nie pomoże, to z całą pewnością nie zaszkodzi.

          - Może… Nie wiem – skupił myśli – Tego poranka wszystko przebiegło tak jak było zaplanowane – zaczął na nowo – Deszcz już nie padał, a nawet od czasu do czasu zza chmur wyglądało słońce… Monika prawie się nie odzywała, w czasie śniadania miała wzrok utkwiony gdzieś w przestrzeni… Potem wypiliśmy szybką kawę, po raz kolejny, tym razem skutecznie, odmówiłem jej papierosa, szybko się spakowałem, wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy.

          Coraz ciężej było mu skupić myśli. Zastanawiał się czy na pewno powinien wdawać się w szczegóły, czy tylko raczej ogólnie opowiedzieć swoją historię komuś, kogo znał zaledwie od kilku godzin. I czy znał…? W sumie sam nie wiedział skąd w nim się wzięła taka prosta chęć opowiedzenia komuś o sprawach, które krył głęboko w sercu, gdzieś na dnie pamięci… To w końcu było tak dawno, minęło tyle lat… Tyle lat nieustających zmagań z sobą samym, z ludźmi – dobrymi i złymi, z uczuciami, z emocjami…

          - Nie musisz mi tego wszystkiego opowiadać – niespodziewanie usłyszał głos mężczyzny i nie wiedział, czy to głos w jego głowie, czy to złudzenie, czy gość czyta w jego myślach – jeśli nie chcesz, to nie musisz opowiadać…

            Ale sądzę, że dobrze to zrobi nam wszystkim… „Wszystkim”? Użył słowa „wszystkim”? Nie powiedział „nam obu” tylko „wszystkim”? Krzysztof już po raz kolejny poczuł w sercu ukłucie, które nie było bólem, lecz raczej zdziwieniem, nie było złem, a tylko raczej niepokojem, niezrozumieniem… To zabrzmiało tak, jakby… właśnie… jak by co? Jak by co?? Nawet nie próbował tego zgadywać, nawet nie starał się tego zrozumieć, a wręcz odpychał od siebie wszelkie myśli, prowadzące do – fałszywej z definicji – odpowiedzi. Bo, jak sam nieraz mawiał – fałszywe założenie zawsze powoduje w efekcie nieprawdziwą tezę, więc próba odpowiedzi na pytanie, które nie padło, z góry skazana jest na niepowodzenie. Nie da się wszak – poza głupimi teleturniejami – odpowiadać, jeśli pytania nie ma, bądź jeśli jest, ale nikt go nie wypowiedział. Niejako zatem z definicji wynika, że nie tylko byłby to falstart, ale wręcz dyskwalifikacja.

          Postanowił nie dociekać. Jednak – mimo, że gość mówił jakimiś dziwnymi zagadkami – zdecydował kontynuować opowieść. Kimkolwiek był – aniołem, diabłem, szarlatanem, czy zwykłym oszustem – nie miało to już większego znaczenia. Podjął decyzję, że jego opowieść będzie miała ciąg dalszy – choćby był on nawet dla niego samego Bóg wie jak zaskakujący.

          - Tomasz czekał w radiowozie dosłownie kilkadziesiąt metrów od domu dziecka – podjął dalej. – Był tego dnia wyjątkowo gładko ogolony i ubrany w mundur, co nie tak często się, w jego przypadku zdarzało. Przywitaliśmy się zwykłym uściskiem dłoni, choć był moim, prawdopodobnie jedynym, dobrym przyjacielem i znaliśmy się od szczenięcych lat… Był przy mnie… próbował być przy mnie, kiedy umarła moja żona… ale odepchnąłem go wtedy tak, jak odepchnąłem cały świat… Nie odszedł… po prostu poczekał aż minie mi pierwsza, największa złość na los… czy jak to tam nazwać… Tego dnia nie zamieniliśmy w zasadzie ani słowa. Monika wysiadła z mojego samochodu i podeszła do radiowozu. Na chwilę zatrzymała się koło mnie, spojrzała mi w oczy jakoś tak smutno… Coś szepnęła… do dzisiaj nie wiem czy było to „żegnaj” czy „czekaj”… i wsiadła do policyjnego samochodu. Szybko odjechali, a ja zostałem sam na ulicy i pojęcia nie miałem co mam ze sobą zrobić… W końcu opamiętałem się, wróciłem do auta i pojechałem na lotnisko. Chcesz kawy albo herbaty?

          - Chętnie napiłbym się kawy – odpowiedział gość.

          - Aniołowie piją kawę? – zapytał Krzysztof, sam nie wiedząc czy miał to być żart czy poważ-ne pytanie.

          - Aniołowie stróże pijają – z uśmiechem odparł mężczyzna – ale tylko z mlekiem… wiesz… kolor i takie tam… – przymrużył oko jakoś tak po chłopięcemu, jakoś dziecinnie.

          Minęło kilka minut i kawa stała na stoliku. Parowała ciepłym aromatem i to spowodowało jakieś rozluźnienie w głowie gospodarza. Coś w jego umyśle jakby rozjechało się, jakby odpoczęło, jakoś odetchnęło.

          - Cały mój pobyt w Kopenhadze był jednym pasmem niepokoju – podjął Krzysztof. – Ani na chwilę nie mogłem pozbyć się myśli o dziewczynie, z którą los zetknął mnie na kilkanaście zaledwie godzin i która zamieszkała w mojej głowie na dobre…

IV

          Z lotniska Krzysztof pojechał do domu. Było lipcowe ciepłe popołudnie – nie za gorące, raczej po prostu ciepłe. Rozpakował się i postanowił odpocząć. Myśl o Monice nie pozwoliła mu jednak ani na chwilę lenistwa i już po godzinie siedział w samochodzie i jechał do domu dziecka, w którym mieszkała. Był już pod brama, kiedy tknęła go myśl, żeby zadzwonić do Tomasza i zapytać o to jak to się wtedy skończyło, ale w końcu postanowił tego nie robić. Nacisnął przycisk dzwonka i po chwili odezwał się głos z domofonu, który zapytał go kim jest i czego chce. Podał nazwisko Moniki, które znał od Tomasza i poprosił o możliwość zobaczenia się z nią. Długo musiał tłumaczyć powody dla których przybył, aż w końcu brama się otworzyła. Wszedł na dziedziniec, a wtedy z drzwi wejściowych wyszedł wysoki mężczyzna w sportowym dresie.

          - Zasadniczo o tej porze nie ma odwiedzin – odezwał się – ale mam wyraźne polecenie dyrekcji, że kiedy pan przyjedzie to mam pana wpuścić… Nie rozumiem powodów takiego postępowania dyrekcji, ale… nie moja sprawa… Proszę tylko o jakiś dokument, żebym wiedział, że pan to pan.

          Krzysztof dopiero teraz zastanowił się, na jakiej niby podstawie sądził, że ot tak sobie przyjedzie i sobie wejdzie… I tym bardziej zdziwił się zaistniałą sytuacją, ale bez słowa wyjął dowód osobisty i podał mężczyźnie, który – jak sądził – był wychowawcą lub kimś w tym rodzaju. Ten obejrzał dokument i gestem wskazał mu drogę w kierunku drzwi. Weszli do budynku.

          - Proszę tu wejść i poczekać – wskazał drzwi po prawej stronie długiego korytarza.

          Było to pomieszczenie o niezbyt dużych rozmiarach. Stało tam kilka stolików i krzeseł. Przy ścianie półka z gazetami, dwa duże okna… Krzysztof rozejrzał się jakoś nieporadnie i przysiadł na krześle przy jednym ze stolików. Czuł się jakoś niepewnie, jakby siedział w kolejce do jakiegoś urzędu i musiał za chwilę z czegoś intensywnie się tłumaczyć. Trwało to jednak ledwie kilka minut, bo już po chwili drzwi się otworzyły i stanęła w nich Monika. Była ubrana w krótkie spodenki i koszulkę z jakimiś napisami, których nie rozumiał, ale też i nie bardzo się im przyglądał, bo ważniejszy był dla niego wyraz jej twarzy. Była wyraźnie zaskoczona, ale w jej oczach wyraźnie widział uśmiech.

          - No proszę – odezwała się tonem, w którym wyczuł lekki sarkazm – nie spodziewałam się…

          - A jednak – Krzysztof nie znalazł odpowiedniejszych słów – ale że co..? Że się zmartwiłaś na mój widok?

          - Oj… oczywiście, że nie – wciąż utrzymywała wyraźny dystans.

          – Cieszę się, że znalazłeś chwilkę…

          - Monika… Zaraz dostaniesz za głupie gadanie – mruknął.

          – Dzień dobry.

          - Bry… – dziewczyna robiła wrażenie, jakby chciała utrzymać jakąś swoją wyimaginowaną przewagę nad nim. – Jak było w Kopenhadze?

          - To nieistotne – Krzysztof w końcu się zniecierpliwił. – przestaniesz wreszcie czy nie?

          - Przestanę – nagle uśmiech pojawił się nie tylko w jej brązowych oczach, ale i na reszcie twarzy, a nawet jakoś na całej jej postaci. – Już przestaję – i nagle, ni z tego ni z owego podbiegła i rzuciła mu się na szyję. – Wiedziałam, że jesteś w porządku – szepnęła mu prosto w ucho.

          - No już się ogarnij – śmiał się do niej – zachowuj się, bo mnie zaraz stąd wyrzucą.

          - Ucieknę wtedy z tobą – oderwała się od niego i zobaczył w jej oczach ogień.

          - Jasne… Siadaj, pogadamy, nie mogę pewnie zbyt długo tu być…

          - No nie możesz… A w ogóle jak to załatwiłeś, że cię tak wpuścili bez problemów?

          - Ha! Dobre pytanie… właśnie zachodzę w głowę jak to się mogło stać… Ale pewnie od ciebie się tego nie dowiem, co?

          Monika roześmiała się perliście. Usiadła naprzeciwko niego i przez chwilę patrzyła mu w oczy z wyrazem napięcia jednocześnie i uśmiechu. Krzysztof też czuł się jak na pierwszej randce i był na siebie zły, kiedy to sobie nagle uświadomił. Chwilę milczeli, patrząc tylko na siebie jak dwoje ludzi, którzy nie widzieli się kilka lat.

          - Słuchaj… Nie wiem co to oznacza, ale okropnie się cieszę na twój widok – powiedział wreszcie i nie bardzo rozumiał po co to mówi. – Wybacz, ale czuję się trochę nieswojo z tą świadomością…

          - To proste – odpowiedziała – polubiłeś mnie okropnie i już… I nie możesz beze mnie żyć… To zrozumiałe, bo przecież jestem zajebista – wyszczerzyła do niego zęby – i zajebiście ukradłam ci pieniądze, nie każda to potrafi.

          - Monika! – Krzysztof udawał święte oburzenie. – Jak się odzywasz do starszego pana?

          - Tak jak na to zasługuje – odrzekła z szatańskim uśmiechem. – Doceń, że nie każdy zasługuje, żeby się tak do niego zwracać. Po prostu… ty też jesteś zajebisty czy ci się to podoba czy nie.

          - Monika!! - No dobrze już dobrze – najwyraźniej miała powody do radości, których on akurat nie rozumiał, choć sam cieszył się jak dziecko na jej widok.

         Jego pobyt tam i spotkanie z dziewczyną trwało może z pół godziny. Przez ten czas rozmawiali o rzeczach zupełnie nieistotnych, a może jednak ważnych, ale o ważności dla nich wciąż nieuświadomionej… Krzysztof co jakiś czas łapał się na tym, że się uśmiecha, choć dawno uznał, że jest to czynność dla niego zupełnie obca, co chwilę też uświadamiał sobie niezwykłość radości, jaką sprawiała mu jej obecność i ta głupia rozmowa o niczym. Nie mógł pojąć z jakiego powodu to wszystko nie tylko się dzieje, ale też sprawia mu jakąś dziką przyjemność. W końcu uznał, że to wszystko przez to, że Monika jest bardzo sympatyczną młodą osóbką i po prostu jest… fajnie?

          - Muszę się zbierać – powiedział w końcu.

          - Musisz… zajrzysz jeszcze kiedyś? – zapytała z nadzieją w oczach.

          - No pewnie… co za pytanie…?

          - To idź już – nagle jej twarz się zmieniła, zerwała się i szybkim krokiem poszła do drzwi. Złapała za klamkę i nagle biegiem wróciła, cmoknęła go w policzek i już jej nie było. Ale błyszczące kropelki na jej policzkach zdążył zauważyć.

          Za drzwiami stał wychowawca, którego spotkał przy wejściu. W oczach miał taki wyraz, który mocno go zaniepokoił.

          Nie wiem co tam się wydarzyło i dlaczego Monika wybiegła z takim wzburzeniem – powiedział – ale dowiem się tego…

          - Rozumiem – to było jedyne na co było stać Krzysztofa w tym momencie, bo nie bardzo wiedział co odpowiedzieć.

          - Proszę mnie posłuchać – mężczyzna mówił to zimnym głosem – miałem polecenie od dyrektora, aby powiadomić go kiedy pan się zjawi. Zrobiłem to i dyrektor prosi, aby pan jutro przed południem przyjechał. Mam mu powiedzieć, że pan będzie?

          - Tak, będę… a wie pan o czym chce ze mną rozmawiać?

          - Nie wiem i… nie chcę wiedzieć… Ale powiem panu coś teraz… prywatnie… tylko dla pana uszu – wychowawca zniżył głos. – Jeśli dowiem się, że pan skrzywdził Monikę, to osobiście urwę panu jaja… a właściwie to nie… facet, który skrzywdziłby taką dziewczynę jak ona… to na pewno nie ma jaj, więc… osobiście pana zabiję… czy to brzmi wystarczająco jasno? Oczywiście prywatnie…

          - Sienkiewiczem zaleciało – Krzysztof uśmiechnął się lekko pod nosem – jak Babinicz, jeśli wie pan o czym mówię…
 
          - Wiem, też czytałem „Potop”… I niech pan nie próbuje być zabawny – w jego głosie za-brzmiało morderstwo. – Mam nadzieję, że wyraziłem się wystarczająco precyzyjnie…

          - Tak, jak najbardziej… Już pana lubię – zmrużył oczy z wyrazem „też cię mam na oku”.
 
          - Cieszę się, choć bez wzajemności… żegnam – gestem dłoni wskazał wyjście.

          - Do zobaczenia – odpowiedział Krzysztof i wyszedł.

          Załatwienie kilku spraw oraz zakupy sprawiły, że kiedy wrócił do domu był już późny wieczór. Tej nocy długo nie spał, zastanawiając się co może oznaczać ta konieczność spotkania z dyrektorem. Nie doszedłszy jednak do żadnych wniosków – w końcu zasnął twardym zmęczonym wrażeniami i podróżą snem.

          Ranek wstał pogodny i ciepły. Krzysztof starał się wszystko robić jak najszybciej, co – rzecz jasna – skutkowało kolejnymi – większymi lub mniejszymi – katastrofami. Niemniej około godziny dziesiątej jakoś doprowadził dom i siebie do przyzwoitego stanu i gotów na najgorsze wsiadł do samochodu i pojechał do domu dziecka. Brama była otwarta, więc wszedł od razu do budynku. Zaintrygowało go wrażenie pustki w budynku, bo tylko gdzieś z piętra dochodziły odgłosy jakiegoś stukania i szurania, co – jak się domyślił – było efektem pracy przy sprzątaniu. Łatwo odnalazł drzwi z napisem „DYREKTOR”, zapukał i usłyszawszy z wewnątrz „proszę” nacisnął klamkę i wszedł do środka. Stanął w otwartych drzwiach osłupiały, nie mogąc ani wydobyć z siebie słowa, ani nawet za bardzo się poruszyć.

          W pomieszczeniu, do którego wszedł, a raczej w drzwiach którego utknął, znajdowało się wielkie biurko, przy którym siedziała 40-letnia (na oko) kobieta i drugie drzwi, prowadzące – praw-dopodobnie – z sekretariatu do gabinetu dyrektora. Przy oknie, z plikiem papierów stał mężczyzna – mniej więcej w wieku Krzysztofa i to właśnie on odezwał się cicho, z dziwnym uśmiechem na ustach.

          - No fajnie, że jesteś, wejdź do mnie, siadaj, zaraz pogadamy. Nie wiedziałem czy to tylko zbieżność nazwisk, czy to rzeczywiście ty…

          - No… to ja… chyba… Co tu robisz? – zapytał Krzysztof kiedy wreszcie mógł wydobyć z siebie głos.

          - Pracuję tu – był to Piotr, jego kolega ze studiów. – nie wiedziałeś?

          - Pojęcia nie miałem… Ale miło cię widzieć… i… dobrze, że to ty – powoli dochodził do siebie – nawet nie wiesz jak to dobrze…

          - Wiem, wyobraź sobie, że wiem… Wejdź, ja muszę jeszcze dokończyć jeden temat i już do ciebie idę. Pani Basiu – zwrócił się do kobiety – poprosimy o dwie kawy, napijesz się prawda? – to już do Krzysztofa.
Jacek Piecuch

Ciąg dalszy nastąpi ......

O czym przeczytacie Państwo w następnych dniach

Wkrótce Państwo przeczytacie:
 Bieszczadzkie Pogotowie Ratunkowe -podsumowanie
Wojna plemion
Marian Nosal -poeta pojednania
Zasłyszane w Bieszczadach - portal opinii
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redaktor Naczelny - Ewa Sudoł
Liczba odwiedzin: 46510
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem