Odcinek szósty MIRAŻE Jacek Piecuch 31-03-2019

           - A wyglądam na anioła czy na człowieka?

           - No raczej na człowieka… dziwacznego, ale jednak…     
   
          - Zatem na potrzebę chwili mogę swobodnie używać słowa „nam”… Ale jeśli ci to przeszkadza, to mogę to zmienić… Mogę mówić „wam”, jeśli ułatwi ci to zadanie…
 
          - A jak se chcesz… W końcu to ty jesteś aniołem, a nie ja i to ty podejmujesz decyzje, ale też i bierzesz za nie odpowiedzialność…   

          - Pełną – zapewnił anioł – i całkowitą.      

          - Zatem czas biegł sobie dwoma niezależnymi od siebie pozornie torami – podjął w końcu przerwany wątek. – Pozornie, bo tak naprawdę to dla mnie liczyła się każda sekunda spędzona z nią, a każdy ułamek sekundy miedzy tymi spotkaniami był jak wiek… jednocześnie zaś mijały prawdziwe dni i miesiące… Spotykaliśmy się tak często jak to było możliwe, poznawaliśmy się coraz bardziej, coraz lepiej… Byliśmy, tak mi się w każdym razie zdawało, coraz sobie bliżsi… Rzeczywiście wróciła do liceum, skończyła je i zdała znakomicie maturę… Wypiękniała jeszcze bardziej, stała się przepiękną młodą kobietą… Kiedy skończyła 18 lat i musiała opuścić dom dziecka, po prostu wprowadziła się do mnie… Sąsiedzi na początku gadali, ale w końcu pojęli… Zastanawiałem się czy nie przeprowadzić formalnego procesu, formalnej adopcji… Ale skoro była już dorosła… Wspólnie uznaliśmy, że to się mija z celem. I tak była moim skarbem, moim cudem, moim szczęściem… Wypełniła pustkę mojego życia, a ja starałem się dać jej tyle, ile tylko byłem w stanie…
          Krzysztof wstał i podszedł znów do wielkiego okna. Półmrok jesiennego popołudnia powoli wkraczał w kwitnące kolorami Bieszczady. Zapatrzony w niebieskie jeszcze wciąż niebo kończącego się bezchmurnego dnia starał się przypomnieć sobie zdarzenia sprzed lat, choć przecież pamiętał doskonale każdą sekundę, każde słowo – wypowiedziane i niewypowiedziane, każde zdarzenie, każdy smutek i każdą radość. Niemniej próbował ogarnąć w myślach to wszystko, aby zabrzmiało najprawdziwiej, najpełniej i najbardziej zrozumiale dla kogoś, kto w tym nie uczestniczył, kto nie ma pojęcia, kto nie był w samym centrum, kto nie jest w stanie tego poczuć… 

          - Po maturze poszła na studia – ciągnął dalej, nie odwracając się od okna – uparła się na geografię… Świetnie jej szło, zaliczała śpiewająco przedmiot za przedmiotem, nawet dostała sty-pendium naukowe… Była dobrą… nie wiem jak to nazwać… sam, na własne potrzeby nazywam ją wciąż… córką… Była dobrym przyjacielem, wydawało mi się, że byliśmy oboje… że było nam do-brze… Aż przyszedł ten dzień siedem lat temu…

   VI

           - Sprawa jest – Monika swoim zwyczajem usiadła mu na kolanach, kiedy tylko odwrócił się na fotelu od komputera.

          – Pogadamy? - Jasne – Krzysztof uśmiechnął się ciepło i objął ją, swoim zwyczajem, w talii

          – Mów, Misiu…

          - Jest planowany wyjazd… na miesiąc… na praktykę studencką… Puścisz mnie?

          - A co ja mogę cię puszczać albo nie puszczać… Lepiej powiedz czy nas na to stać – wyszczerzył zęby.
 
          - To bezpłatne, wszystko jest opłacone z jakiejś fundacji… nawet nie wiem jakiej… tylko… tylko wiesz… to jest wyjazd do Iraku…

          - Mowy nie ma!!! – prawie zrzucił ją z kolan wstając gwałtownie. – Tam jest wojna i w życiu tam nie pojedziesz!

          - Ale my mamy jechać w bezpieczne rejony… przecież nie narażali by nas bez potrzeby… No proszę cię – popatrzyła na niego tymi swoimi ciemnobrązowymi oczami w taki sposób, że niemal się rozpłynął.

          - Nie! Nie zgadzam się! – mimo jej spojrzenia, które zawsze go rozbrajało, nadal próbował być twardy, ale Monika miała w zanadrzu metody na niego, które zdążyła opanować do perfekcji.

          - Krzysztofku… – zarzuciła mu ramiona na szyję – proszę cię, nie złość się tylko posłuchaj… Obiecuję, że wrócę cała i zdrowa… Przecież wiesz, że nie zostawię cię, tak? Czy ja kiedyś nie dotrzymałam słowa?

          - Monika… zrozum… ja byłem na wojnach i wiem jak to wygląda… nie ma bezpiecznych rejonów w krajach gdzie jest wojna – Krzysztof wciąż próbował być nieugięty.

          – Nie zgadzam się i już! Jesteś dorosła i sama decydujesz o sobie, ja tu nie mam nic do powiedzenia… Ale się nie zgadzam… a ty zrobisz jak zechcesz.

           - Przecież wiesz, że nie pojadę bez twojego… błogosławieństwa…

          - Misiu… boję się o ciebie – westchnął ciężko, bo nie miał już żadnych argumentów na takie słowa. – Rozumiesz, że po prostu się boję? O ciebie się boję, a nie o to, że znowu zostanę sam jak palec…

          - To tylko miesiąc…

          - Doskonale wiesz o czym mówię… Gdyby coś ci się stało… ja nie wiem…

          - Nic mi się nie stanie… proszę, zgódź się… przecież nie jadę sama, tylko z całą grupą i będziemy się nawzajem pilnować i będziemy na siebie uważać… proszę… Przecież nie zrobiłabym ci tego i nie dała sobie zrobić krzywdy – zamrugała powiekami w taki sposób, że poczuł to gdzieś na dnie serca.

          Wiedział, doskonale wiedział, że to już postanowione i żaden argument nie będzie wystarczająco mocny, aby zmienić jej decyzję. Po latach znał ją już na tyle dobrze, że był pewien jej wyjazdu. Jedno o co jeszcze się w duchu modlił, to żeby nic się jej nie stało i żeby szczęśliwie wróciła, bo jej podróż była już przesądzona. I wówczas ogarnął go tak wielki smutek, jaki może tylko ogarnąć człowieka, który w jednym momencie traci wszystko co miał – cały majątek, całe życie, całą miłość świata. Jakby nagle świat stracił wszystkie dźwięki i kolory, jakby niespodziewanie umarły wszystkie drzewa i kwiaty i kamienie i wody… Po latach przypominał sobie ten moment, wspominał chwilę, kiedy w jednej sekundzie świat stał się w kolorach sepii.

          - Kiedy wyjeżdżacie? – zapytał głosem, w którym nie było barwy.

            - Za dwa tygodnie – odpowiedziała i zdawało mu się, że ona niczego nie rozumie.

           - I dzisiaj mi o tym mówisz..?

            - Dzisiaj się dowiedziałam, że się zwolniło jedno miejsce. Przecież jak bym wiedziała wcześniej, to wcześniej bym ci powiedziała…

           - A formalności..? Jak chcesz zdążyć ze wszystkim?

           - Problemem są tylko badania lekarskie, resztę załatwia fundacja. A badania, przy odrobinie szczęścia, zdążę zrobić przed wyjazdem.

           - W jaki sposób mogę ci pomóc? – jego głos brzmiał metalicznie i z trudem przebijał się przez ściśnięte gardło, ale Monika zdawała się tego nie dostrzegać.

           - Poradzę sobie ze wszystkim… Ty tylko… ty tylko zgódź się i nie miej mi za złe… proszę…

          - Nie mogę się nie zgodzić i nie mogę mieć ci za złe – coraz trudniej było mu mówić. – Jesteś dorosła i sama… i tylko ty… i sama wiesz co należy robić… Ja nie mam prawa ani niczego ci zabronić, ani na coś się nie zgodzić, ani nawet mieć żalu… Kim ja w końcu jestem…? – te ostatnie słowa za-brzmiały prawie jak wyrzut i ten wyrzut w jego głosie wyczuła.

          - No jak to… jak to kim...? – teraz ona miała w głosie coś dziwnego. – Jesteś wszystkim co mam, jesteś moim najlepszym i jedynym przyjacielem, jesteś powietrzem, którym oddycham, jesteś kolorem mojej krwi… I ty pytasz kim jesteś? I ty mówisz, że nie masz prawa? To kto ma w takim razie? Przecież wiesz jak cię kocham…

          - Nigdy tego nie mówiłaś… – jednak się uśmiechnął.

          - Nie mówiłam… a ty mówiłeś? A przecież też mnie kochasz jak nikogo na świecie i jestem dla ciebie najważniejsza… Po co mówić oczywistości..? Mam 23 lata…

          - Prawie – przerwał jej.

            - Prawie… i od 6 lat jestem wszystkim co masz, tak samo jak ty jesteś wszystkim co ja posiadam… I ty mówisz, że do czegoś nie masz prawa? Powiedz jedno słowo, tylko jedno… i nigdzie nie pojadę…

           - Nie powiem… ty już podjęłaś decyzję…

           - Ale mogę ją zmienić – przerwała mu.

           - Ale nie chcesz jej zmieniać… I ja nie chcę… jakkolwiek to się skończy… Nie chcę, żebyś do końca życia miała do mnie bardziej lub mniej ukryty żal, że nie pojechałaś…

           - Nie będę miała, przysięgam…

             - Nie obiecuj czegoś, czego nie jesteś w stanie dotrzymać… choćby wbrew sobie… Dwa tygodnie, powiadasz… Więc musimy je wykorzystać jak należy… Odwrócił się, żeby nie zauważyła wyrazu jego twarzy. Zresztą był już półmrok nadchodzą-cego wieczoru, więc i tak by pewnie nie zauważyła… Przerażenie, jakie go ogarnęło było tak bolesne, że sam nie był w stanie go nazwać. Owszem, wmawiał sobie, że pewnie ona ma rację, że nic jej nie grozi… Ale to wszystko było daremnym wysiłkiem, wręcz niepotrzebną stratą energii, bo w środku czuł, że nie powinna jechać, że powinien zrobić wszystko, żeby jej to w jakiś sposób wybić z głowy. Wiedział jednak, że wszelkie jego wysiłki w tym kierunku nie tylko pójdą na marne, ale – przede wszystkim – czuł podskórnie, że nie może jej zabraniać, bo w jej oczach widział ogień, który mówił wyraźnie, że ona koniecznie, bezwzględnie koniecznie chce i musi pojechać.

           Minęły zatem te dwa tygodnie tak szybko, że Krzysztof niemal wpadł w panikę, że nie zdąży nacieszyć się jeszcze nią, że braknie mu czasu na powiedzenie jej tego wszystkiego, co koniecznie chciał jej powiedzieć, a czego dotąd powiedzieć się nie odważył… Nie odstępował jej niemal na krok, towarzysząc jej przy załatwianiu setek spraw, podczas wizyty w szpitalu, gdzie musiała wykonać konieczne badania, podczas poranków i wieczorów, podczas wspólnych posiłków… Na koniec wreszcie osobiście spakował jej bagaże, tysiąc razy sprawdzając, czy czegoś nie przeoczyli, choć doskonale wiedział, że wszystko jest w najlepszym porządku. Ostatecznie wreszcie sam odwiózł ją na lotnisko i do ostatniej chwili wpatrywał się w jej oczy, w jej sylwetkę, jakby ucząc się jej na pamięć, chociaż przecież i tak znał doskonale każdy milimetr kwadratowy jej twarzy i każdy odcień brązu jej oczu.

            Kiedy rozstawali się i kiedy opiekun grupy poganiał już wszystkich, bo samolot nie mógł przecież czekać, Krzysztof jeszcze końcami palców dotykał jej powiek, jej policzków, jej warg… Jakby jeszcze tysięczny raz zapamiętując ich fakturę, kolor i dotyk. Przytulił ja na koniec, szepnął do ucha „uważaj na siebie, proszę”, a ona pocałowała go w policzek dokładnie tak jak pierwszym razem. Jej oczy mówiły „nie martw się” i „to tylko miesiąc”… Zniknęła w wejściu do terminala, a on długo jeszcze wpatrywał się w puste miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą była… A potem długo patrzył w znikający powoli samolot, aż stał się tylko maleńkim punktem… Aż zniknął w końcu… I jeszcze długo spoglądał w miejsce gdzie był, choć już dawno nie było po nim śladu. Potem wsiadł do samochodu i długo, aż do późnej nocy jeździł po mieście, bez celu i bez sensu…

          Tej nocy długo nie mógł zasnąć. Rozmyślał, rozpamiętywał… przypominał sobie… I jednocześnie planował jak ją powita po powrocie, co zrobią wspólnie kiedy wróci… Bał się tego miesiąca, spodziewał się, że będzie się dłużył jak żaden… I postanowił zająć się czymś intensywnie absorbującym, żeby nie mieć czasu na myślenie.

     VII

          - Każda godzina była dla mnie tygodniem, każdy dzień rokiem… Czekałem każdego dnia, każdej minuty na jakąkolwiek wiadomość od niej, co kilkanaście sekund sprawdzałem telefon, czy czasem aby nie umknął mi dźwięk wiadomości… Zadzwoniła jeszcze tego samego dnia, poinformowała, że szczęśliwie dotarli na miejsce… I że jest kłopot z łącznością, więc nie wiadomo kiedy się odezwie następnym razem… Po dwóch tygodniach przyszedł SMS – Krzysztof zamknął oczy. – Znam go na pamięć, bo czytałem go milion razy, próbując odnaleźć w nim jakąkolwiek treść, która cokolwiek by pomogła… „KOCHANY KRZYSZTOFKU MAM DLA CIEBIE NIEZWYKŁĄ NIESPODZIANKĘ, NAWET SOBIE NIE WYOBRAŻASZ NA CO TRAFIŁAM, TO PRAWIE NIEMOZLIWE, ALE NIE CHCĘ ZAPESZAĆ WIĘC NIC NA RAZIE NIE MÓWIĘ, DOPÓKI NIE BĘDĘ MIAŁA PEWNOŚCI”

          Otworzył oczy, ale jego wzrok był wzrokiem ślepca. Patrzył w twarz anioła, ale jej nie widział, przebijał ją spojrzeniem i przebijał też nim ścianę, która była za jego plecami… Milczał przez kilka długich minut…

          - To była ostatnia wiadomość od niej… Więcej nie było nic – odezwał się w końcu cichym, matowym głosem. – Kilka dni później dostałem wiadomość, że zaginęła… szukało ją wojsko, szukała policja… bezskutecznie… zapadła się pod ziemię… rozpłynęła…
 
           Zapadła cisza. Cała ta opowieść zawisła w tej ciszy, wszystkie te słowa, które padły, wszystkie wydarzenia, uczucia, emocje… Wszystko to zawisło w powietrzu, w półmroku kończącego się dnia… Wszystko to utknęło gdzieś nagle między ścianami, między obydwoma mężczyznami, którzy siedzieli naprzeciwko siebie… Krzysztof nie wiedział co ma dalej mówić, czy jeszcze jest coś do dopowiedzenia, czy istnieją jeszcze jakieś słowa, które mogłyby cokolwiek uzupełnić… Ból, który odżył nagle, ogarnął całe jego istnienie – wszystko co namacalne i to wszystko, co wymyka się fizyczności, jakkolwiek by to chciał nazywać… Jego gość natomiast wpatrywał się w niego tyleż wyczekująco, co cierpliwie i dyskretnie, najwyraźniej jednocześnie nie chcąc go pospieszać i jednocześnie oczekując jakiegoś dalszego ciągu, choć oczywistym zdawało się być, że dalszego ciągu już nie ma.

          - Każdej godziny, każdej sekundy… Każdego dnia… oczekiwałem na jakikolwiek znak, że się odnalazła – podjął głosem, w którym brzmiało cierpienie odżywającego bólu. – Liczyłem na to, że stanie się cud, że niemożliwe stanie się możliwym… Przecież obiecała, że mnie nie zostawi, więc nie mogło być inaczej niż tylko… Po prostu musiała dotrzymać słowa i się odnaleźć… Ale mijały dni, ty-godnie… miesiące… pełne pustki, łez, ciszy… czasami przychodziły takie chwile, kiedy po prostu nie mogłem się powstrzymać i płakałem jak dziecko… I ten płacz nie pomagał, te łzy nie oczyszczały, te łzy tylko pogarszały… Miesiące… wiosny, jesienie… Każdego deszczowego dnia szukałem jej pod supermarketem, a każdego słonecznego dnia chodziłem po parkach, sprawdzając każdą ławeczkę… Po dwóch latach pogodziłem się, że jej już nie ma… Nie… to złe słowo… nie pogodziłem się nigdy, ale przyjąłem do wiadomości, po prostu uwierzyłem, że… że już jej nie będzie… Razem ze łzami skończyły się resztki nadziei i następny rok przeżyłem… przewegetowałem martwy, nie spotykając się z nikim, nikogo nie chcąc widzieć, prawie nie wychodząc z domu, prawie nie jedząc..

          Zapalił papierosa, mocno i głęboko zaciągnął się dymem. Unikał wzroku swojego gościa – sam nie wiedział dlaczego. Może ze wstydu, może z zamyślenia, może ze zniecierpliwienia, może z niechęci…

          - Po tym roku, który był rokiem martwego życia, nieżyjącego i zimnego, pełnego kamieni i metalicznie smakującego jedzenia, sprzedałem mieszkanie w mieście, zabrałem wszystkie oszczędności po wydanych książkach i przyjechałem tutaj… Za bezcen kupiłem to miejsce, jakoś wyremontowałem… praktycznie sam, żeby mieć zajęcie i nie myśleć o niczym. Kilka miesięcy temu zacząłem pisać książkę, która ma obecnie 3 strony… I nie przewiduję, żeby kiedykolwiek ruszyła z miejsca… To tyle… to wszystko… Jeszcze chciałbyś coś wiedzieć?

          - No to akurat najmniej ważne… Znacznie ważniejsze jest to, czy ty chciałbyś mi jeszcze coś powiedzieć – odrzekł anioł.

          - A co jeszcze mógłbym chcieć ci powiedzieć...? Że trafiłem do piekła i w nim tkwię? – Krzysztof nawet nie krzyczał, choć miał wielką potrzebę wykrzyczenia tego zdania. – Że odkryłem piekło na ziemi i nie ma dla mnie ratunku?

           - Piekło powiadasz… Mówisz, że wiesz co to piekło…? Sądzę że nie masz pojęcia…

          - A ty wiesz?

          - Wiem, aż nazbyt dobrze wiem… - Ciekawe to co mówisz… – Krzysztof postanowił zawalczyć. – Więc jesteś z tych stróżów, czy z tych upadłych?

          - A jakie to ma znaczenie..? – w jego głosie zabrzmiało coś, co nie było ani strachem, ani cierpieniem, ale miało w sobie jakiś pierwiastek złowrogości. – Mówisz, że nie ma dla ciebie ratunku i sądzisz, że wiesz co mówisz..? Mówisz, że tkwisz w piekle i sądzisz, że tak właśnie jest..?

          - Tak, tak właśnie twierdzę… Nie ma dla mnie przyszłości, a przeszłość jest czymś tak bardzo abstrakcyjnym, że nie ma na nią nawet żadnej definicji…

          - A może tylko tak ci się wydaje..?

          - A może nie? – głupio to zabrzmiało i opryskliwie, wiedział o tym, ale wszystko mu było jedno.

          - A może chcesz posłuchać o piekle? Może chciałbyś wiedzieć jak wygląda piekło?

          - Dobrze to wiem….

          - Pojęcia nie masz co mówisz…

          Na moment znów zapanowała dziwna cisza. Cisza dojmująca i niezwykła, pełna niedopowiedzeń i niedomysleń, cisza, która bolała i która doskwierała, cisza, której nie można opowiedzieć i która niemal była złowieszcza. Trwała pewnie ledwie kilka sekund, ale przez głowę Krzysztofa zdążyło w tym czasie przelecieć tysiące myśli, z których żadna niemiała sensu, a każda była bardziej bolesna od poprzedniej.

          - Zatem opowiedz… opowiedz jak wygląda piekło, a ja pośmieję się razem z tobą – w końcu przemówił, ale nadał było w nim zbyt wiele goryczy i dobrze to było słychać w jego głosie.

          - Opowiem… Jeśli chcesz to opowiem… ale potem może się okazać, że twoje piekło jest igraszką w porównaniu z prawdziwym piekłem… I co wtedy zrobisz? Jak wtedy będziesz dalej żył? - Nie rozumiesz..? Nie rozumiesz, że ja już dawno nie żyję??

           - Nie żyjesz, czy nie chcesz żyć? Bo różnica między jednym a drugim ma ogromne znaczenie… Czy ci się to podoba czy nie – anioł spojrzał na niego w taki sposób, że nawet mimo półmroku wyraźnie widać było jak jego wzrok przeszywa na wskroś.

            - Jedno wynika z drugiego – Krzysztof zacisnął wargi w grymasie złości i bezsilności. – Nie żyję, bo nie chcę żyć i nie chcę żyć, bo nie żyję… Tkwię w tej beznadziei… w tym piekle bezradności… nicości… Nie nazywaj tego życiem, bo to piekło,  nie życie…

          - Piekło? Piekło jest wtedy, kiedy otwierasz oczy i czujesz ból, który wydaje ci się być nie do wytrzymania – anioł pierwszy raz podniósł głos, ale raczej był to głos o brzmieniu cierpienia, a nie złości. – Kiedy nie wiesz gdzie jesteś i kim jesteś, kiedy widzisz otaczających cię ludzi i nie masz pojęcia kim są i co do ciebie mówią… Piekło jest wtedy, kiedy czujesz suchość w ustach i niebem wydaje ci się kilka kropel wody… Piekło to skwar nie do wytrzymania… Piekło to świadomość, że jedyne co ci zostało to gorąco, ból i nieświadomość – nieświadomość czasu, miejsca… kiedy nie wiesz jaki jest dzień tygodnia i nie wiesz nawet jak nazywają się dni tygodnia… Piekło to niemożność poruszenia ręką ani nogą i ból, który czujesz nieustannie, bez ułamka sekundy przerwy..! Piekło to robactwo i smród, wszechobecny smród, którego nie znasz, ale który napawa cię lękiem, bo nie wiesz czy to śmierdzi twoje rozkładające się ciało, czy rozkładające się ciała wokół ciebie… Piekło to ludzie, którzy zadają ci setki pytań, a ty nie masz pojęcia o co pytają, ale za każdym razem gdy nie odpowiesz czujesz kolejny ból… Piekło to wtedy, kiedy przyzwyczajasz się do bólu i smrodu i robactwa i wiesz, doskonale wiesz, masz stuprocentową pewność, że to zostanie już na zawsze..!! Piekło to świadomość, że masz obowiązek, święty obowiązek coś zrobić, a nie jesteś w stanie z powodu tego bólu, tego smrodu, tego robactwa i tego uwikłania i tego bezruchu… To jest piekło!! Rozumiesz??
 
          To co usłyszał było tak zaskakujące i przerażająco plastyczne w swej potworności, że Krzysztof oniemiał i nie wiedział co odpowiedzieć, jak zareagować… Wybuchnąć..? Wściec się..? Milczeć..? Pytać..? Właśnie… To chyba było jedyne, co mógł zrobić w tej chwili… - Kim ty do cholery jesteś…? Nie jesteś żadnym pieprzonym aniołem…

          - Jestem… w pewnym sensie jestem aniołem stróżem… Ale jeszcze nie jesteś gotów tego pojąć…
          Krzysztof poczuł, że w jednym momencie zawaliło się coś, co budował przez całe lata, a co pozwalało mu te lata przetrwać. Jednocześnie zrozumiał, że rozpamiętywanie wszystkiego, pielęgnowanie swojego nieszczęścia, było kręgosłupem, który podtrzymywał cały świat stworzony wo kół niego, przez niego samego. Nie było to nawet rozczulanie się nad sobą, o nie..! To było coś na kształt budowania wokół siebie potężnego muru, potężnej i grubej ściany ze wspomnień, z bólu, z tęsknoty… I właśnie ta ściana, właśnie ta konstrukcja była jedynym sposobem na to, że przetrwał, że przeżył, że pozostało w nim coś człowieczego, coś niemal na kształt uczuć… Gdyby tego muru, tych zasieków chroniących jego jestestwo przed zewnętrznym światem nie zbudował, to – jak gwałtownie to zrozumiał – byłyby już przed nim tylko dwie drogi i obie wiodłyby na manowce – albo by się zabił, albo stałby się zimnym sukinsynem… A tak… jednak resztki człowieczeństwa w nim się ostały i teraz – być może – ich wydobycie z jego wnętrza będzie skutkowało powrotem do czegoś, co z dużą dozą wyobraźni można będzie nazwać życiem. Wszystko to dotarło do niego w jednej chwili i stało się, że niespodziewanie dla samego siebie – zapłakał. Zapłakał łzami bez szlochu, płaczem, którego efektem były tylko łzy spływające po jego policzkach, które i tak nie były widoczne dla nikogo, w mroku wypełniającym dom. I pojął nagle, że dla samych tych łez – wszak był pewien, że dawno temu się skończyły – wizyta jego dziwnego gościa – kimkolwiek by był – stała się niezwykle ważnym wydarzeniem, że ten dzień okazał się być równie ważny, jak ów deszczowy, kiedy pierwszy raz spotkał Monikę. I poczuł, że nawet jeśli nie był to żaden anioł, to jego przybycie okazało się być zbawiennym w skutkach. Bo – owszem, świat dotychczasowy runął z hukiem – ale zdało mu się, że rodzi się jakaś nowa jakość, jakaś nowa rzeczywistość, która pozwoli mu jednak żyć, jednak wrócić do świata żywych, jednak… żyć… choć nazywanie „życiem” tego co przed nim, było jesz-cze w tym momencie ponad jego siły.

            - Kim teraz jesteś? – z mroku dotarło do niego pytanie anioła (wciąż go tak nazywał), wypowiedziane głosem bezgłośnym, szeptem bezbrzmiennym.

          - A skąd ja mogę wiedzieć – odszepnął. – Nie wiem kim ty jesteś, a co dopiero ja… skąd mam to wiedzieć…?

          - Ale jesteś kimś innym niż byłeś rano, prawda?

          - Zupełnie… Nie znam tego człowieka, który z tobą rozmawia – w jego głosie brzmiała nuta niedowierzania, może lęku. – Jestem kimś… nie wiem kim… Ale powiem ci jedno… dobrze, że wpadłeś… choć momentami wciąż mnie wkurzasz – nie wierzył, że to mówi, ale nie wierzył też w to co słyszy, co czuje. – Nie wiem kim jesteś… na pewno nie jesteś aniołem… ale nie jesteś też szatanem, choć o piekle opowiadałeś bardzo plastycznie… zupełnie jak byś tam był…

          - Byłem…

          - Tak myślałem… Kim jesteś?

          - Człowiekiem… jak ty…

          - Więc skąd to wszystko wiesz? I po co tu jesteś?

          - Zadałeś dwa pytania… mogę odpowiedzieć tylko na jedno – mężczyzna powiedział to takim tonem, że Krzysztof nawet nie próbował protestować. – Skąd wiem..? Odpowiedź na to pytanie byłaby zbyt banalna i uwłaczałaby twojej inteligencji… natomiast po co tu przyszedłem…? Jeśli odpowiem, to automatycznie uzyskasz odpowiedź na oba pytania… A w ten sposób zaoszczędzisz sobie… nie wiem jak to ująć… dodatkowego stresu, dodatkowych dziesiątków pytań, które przebiegną przez twoją głowę, a na które nie znajdziesz odpowiedzi… I będzie to dla ciebie trudne, a nie chciałbym dokładać ci ciężarów… Sugeruję więc odpowiedź na pytanie o cel mojej wizyty… ale wybór należy do ciebie…

          - Przecież nie przyszedłeś tu, żeby opowiadać mi o piekle…

          - Każdy ma swoje piekło… Każdy ma piekło, na które zasługuje lub takie, które jest w stanie znieść… Nie, nie w tym celu tu przyszedłem. – Mężczyzna powiedział to tonem stanowczym, choć pierwsze słowa zabrzmiały jakoś tak, że wydawało się, że nie mówi do Krzysztofa, a raczej do siebie, bądź do swoich demonów, tych z jego piekła. – Opowieść o moim piekle wyszła jakoś sama z siebie… Ale dobrze się stało, że ona zaistniała, bo łatwiej będzie ci zrozumieć dlaczego tu jestem.

          - Każdy, powiadasz… Każdy ma swoje piekło?

          - Każdy. Czasami tylko okazuje się na końcu, że był to tylko czyściec, że to była brama do prawdziwego oczyszczenia, a czasem… a czasem wydaje się, że można przez nią wrócić, choć stamtąd tak naprawdę i do końca nie wraca się nigdy…

           - Co masz na myśli?

          - To skomplikowane… Może kiedyś to pojmiesz… Na razie nie jesteś w stanie. Zbyt wiele jeszcze w tobie żalu i goryczy, zbyt twardo jeszcze trwasz przy swoich demonach…

          - Sądzisz, że mnie tak dobrze znasz? – znowu zaczął się irytować, za dużo było już tych dziwnych zagadkowych zdań, tych niezrozumiałych sugestii. Wstał i w końcu zapalił światło, bo było już całkiem ciemno.

          - Znam cię na tyle dobrze, na ile mogłem cię poznać. Wiem o tobie znacznie więcej niż możesz się spodziewać, choć, rzecz jasna, znacznie mniej niż chciałbym wiedzieć…

           - Jak to? – usiadł z powrotem i w świetle lampy zauważył, że jego gość jest całkiem inny niż na początku jego wizyty. Poczuł jakąś zagadkową dla niego aurę niezrozumiałości jego słów, jego odmienionego wyglądu, choć nie wiedział co takiego się zmieniło w jego fizjonomii, co sprawiło ,że wyglądał na innego człowieka.

          – Po co ci wiedzieć o mnie więcej niż już wiesz?

          - Bo jestem ciekawski – uśmiechnął się i Krzysztof doskonale wiedział, że nie mówi on prawdy.

           - Kłamiesz…

           - Może nie do końca mówię prawdę… Ale nie kłamię – znów się uśmiechnął. – Naprawdę jestem bardzo ciekawski.

          - No dobra… Niech ci będzie… A zatem..? Po co tu jesteś?

           - Wiesz co… zapalę, jeśli pozwolisz.

          - Oczywiście, nie wiedziałem, że palisz. – Krzysztof podsunął mu papierosy i zapalniczkę. Wstał i opróżnił popielniczkę, którą zdążył już przez te kilka godzin zapełnić. Postawił ją z powrotem na stoliku i usiadł.

          - Ja też nie wiedziałem – powiedział żartobliwym tonem. – A poważnie, to nie palę od… dobrych kilku lat, ale dzisiaj pozwolę sobie na odrobinę przyjemności i mam nadzieję, że mnie to nie zabije – znowu uśmiech zagościł na jego twarzy, ale tym razem był to uśmiech niemal filuterny, niemal chłopięcy i dziwnie wyglądał na jego zmęczonej twarzy. Dopiero teraz Krzysztof zrozumiał co zmieniło się na twarzy jego gościa, to było wyraźnie odciśnięte na niej zmęczenie. Nie wiedział, czy umiejscowiło się to w zmarszczkach na czole, czy w cieniach pod oczami… Tak czy inaczej wyraźnie było widoczne w jego obliczu.

         - Miejmy nadzieję… Ale skoro nie palisz od dawna, to może lepiej nie wracać do tego… to paskudny nałóg…

          - Wiem, nie obawiaj się – zapalił i z wyraźną przyjemnością zaciągnął się dymem. – Trochę mi się zakręci w głowie, ale to nic strasznego. Nie wrócę do nałogu, możesz mi wierzyć…

          - No OK., skoro tak mówisz…

          - Tak, jestem tego pewien – odrzekł. – No właśnie, spodziewałem się, że mi się zakręci w głowie – powiedział jeszcze, a później dodał, zupełnie chłodno, jakby mimochodem, jakby na marginesie tylko, jakby w przelocie, jakby było to coś zupełnie oczywistego i niemal z definicji nieważnego – przyjechałem tu po to, żeby ci podziękować za wszystko co zrobiłeś dla mojej córki.
 
           Irracjonalność tych słów była tak niezwykła i ogromna, że początkowo Krzysztof był przeko-nany, że się przesłyszał, że nie zrozumiał. Jednak po chwili zaczęły do niego docierać sygnały, które spowodowały, że serce zaczęło mu walić w zastraszającym tempie, oddech przyspieszył, a dłonie zaczęły drżeć. Nagła myśl, która go dopadła, sprawiła, że jednocześnie zaczął się bać panicznie i jednocześnie modlić, żeby nie okazało się, że to, w co zaczął nagle prawie wierzyć, jest nieprawdą, złudzeniem, czymś całkiem innym niż niespodziewanie wpadło mu do głowy. Jednocześnie też zakotłowały się w niej myśli, które wprawiły go w przerażenie, spowodowane prawdopodobień-stwem definitywności tego, co mógł usłyszeć za chwilę.
          - Nie znam twojej córki – odezwał się i nie poznawał swojego głosu.

          - Przestań… przecież już wiesz kim jestem i kim jest moja córka – w jego spojrzeniu pojawiło się niespodziewanie coś przenikliwie stanowczego, coś, co wywołało u Krzysztofa jednocześnie przerażenie, nadzieję, niewiarę i niezrozumienie. – A jeśli ktoś z nas jest aniołem, to właśnie ona…

          - Powiedziałeś… jest..? – nie był w stanie dopytywać o imię, zatrzymał się na czasie teraźniejszym, który został użyty.

          - No tak… I myślę, że dość już się naczekała w samochodzie – uśmiech, jaki sie pojawił na jego twarzy był jakiś radośnie zwycięski. – Myślisz, że mogła zmarznąć? Bo ty już jesteś gotowy.

          - Nie, nie zmarzłam – Krzysztof od razu poznał ten głos, który rozbrzmiał jednocześnie z dźwiękiem otwieranych drzwi. – Stałam pod drzwiami i podsłuchiwałam… Myślisz… obaj myślicie, że wytrzymałabym tam tyle czasu, nie wiedząc co się dzieje? Tylko mnie wkurzaliście jak zaczynaliście szeptać…

          Była jeszcze piękniejsza niż ją zapamiętał. Stała się dojrzałą młodą kobietą, jej twarz była smagła, pewnie ogorzała od słońca i wiatru… Ale oczy… Te oczy nic się nie zmieniły. Ciemny brąz jej spojrzenia był pełen z jednej strony radości, z drugiej rozbawienia, a jednocześnie tego cudnego czegoś, czego nigdy nie umiał nazwać, co tak doskonale pamiętał, a co objawiało się szalonymi iskierkami, które tańczyły w jej źrenicach.

          - Dasz papierosa? Bo ojciec nie ma, a moje się skończyły…
Ciąg dalszy nastąpi....
                             Jacek Piecuch

O czym przeczytacie Państwo w następnych dniach

Wkrótce Państwo przeczytacie:
 Bieszczadzkie Pogotowie Ratunkowe -podsumowanie
Wojna plemion
Marian Nosal -poeta pojednania
Zasłyszane w Bieszczadach - portal opinii
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redaktor Naczelny - Ewa Sudoł
Liczba odwiedzin: 46492
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem