Odcinek ósmy MIRAŻE - Jacek Piecuch 17-04-2019r.

          - Jego nie ma – powiedział kierowca po polsku i w tym momencie jeden z miejscowych uderzył go kolbą w plecy krzycząc coś niezrozumiałego.

          – On mówi, żeby mówić po arabsku. 
    
          - Więc mów po arabsku, może zrozumiem – odpowiedziała po angielsku, zdawało jej się bowiem, że im dłużej nie będą wiedzieli, że zna arabski, tym lepiej dla niej – tłumacz od razu na angielski, rozumiesz? – popatrzyła znacząco.
 
          - Rozumiem – powiedział po angielsku i dalej mówił do niej już po kilka słów po arabsku i powtarzał je za chwilę po angielsku, udając, że tłumaczy to co oni mają zrozumieć.  

          – Jego nie ma. Zabrali go dwa dni temu. Żołnierze. Nasi. Rozumiesz?

          - Rozumiem. Gdzie go zabrali? – wciąż mówiła po angielsku.

          - Oni nie wiedzą. Oni mówią, że chyba do miasteczka. Nie bardzo daleko. Nasi. Rozumiesz? 

          - Nasi? Czyli regularne wojsko? Armia?

          - Tak. To dobrze. Dadzą go Amerykanom.

          - Tak, to dobrze – poczuła jakąś ulgę. – W jakim on jest stanie?

          - Oni mówią, że zdrowy jest. Ale nie wie co jest z nim. Ja nie wiem jak powiedzieć. Głowa nie jest zdrowa. Rozumiesz?

          - Chyba tak… Czyli, że nie wie i nie pamięta, tak? Dobrze rozumiem?

          - Tak – ucieszył się wyraźnie, że zrozumiała – nie wie i nie pamięta. Nie wie jak nazywa.

          - Czy mogę do nich mówić? Zrozumieją mnie? Nie będą się gniewać jak się do nich zwróci kobieta?

          - Oni biedni. Oni nie źli. Ty chcesz, to spróbuj. Ale mogą gniewać.

          - Spróbuję… – skupiła się szukając odpowiednich słów i przywołując całą swoją znajomość języka zwróciła się po arabsku do mężczyzny trzymającego karabin przy plecach kierowcy. – Ja szukam mojego ojca. Rozumiesz? Nie chcę niczego złego zrobić. Chcę tylko odnaleźć ojca, może to on u was był. Zaraz odjedziemy i nikomu nie powiemy o niczym jeśli tak chcecie. Rozumiesz?

          - Skąd znasz język – mężczyzna był wyraźnie zdziwiony, ale nie robił wrażenia oburzonego.

          - Uczyłam się długo w moim kraju, żeby tu przyjechać i odnaleźć ojca. To bardzo, bardzo daleko. Opowiesz mi o tym człowieku, który był u was?

          Mężczyzna opuścił broń i zwrócił się do swojego towarzysza, szepcząc mu coś bardzo cicho. Monika zdobyła się na odwagę i wysiadła z samochodu. Stała przy nich i czekała z niecierpliwością na to co jej odpowiedzą. Oni dość długo się naradzali, potem jeden z nich odszedł do grupki pozostałych ludzi i chwilę rozmawiał z nimi. Wrócił po kilku minutach i spojrzał na nią dziwnym wzrokiem.

          - On – wskazał na jednego z mężczyzn stojących kilkanaście metrów od nich – jest tu najważniejszy. I on powiedział, że możecie u nas posilić się i odpocząć. Potem damy wam wodę i jedzenie. Pojedziecie i nigdy tu nie wrócicie. Rozumiesz?

          - Rozumiem – odpowiedziała i poczuła jakąś niewielką ulgę, jakąś nadzieję.

          - On się zgadza, bo ty z daleka, a my szanujemy gości. Dla nas gość jest święty. Ale my biedni. My nie mamy dużo. Podzielimy się tym co mamy. Wy odjedziecie i zapomnicie o nas. Rozumiesz?

          - Rozumiem. W moim kraju mówi się „gość w dom – Bóg w dom”.

          - W naszym kraju tak samo. On – znów wskazał ręką – uważa, że ty dobra córka. On mówi, że ty masz obowiązek święty odszukać ojca. On mówi, że pomoże ci. On nie wie czy twój ojciec był w naszej wsi. Ale on mówi, że opowie ci o nim. Chodźcie się posilić. Macie broń? Monika bez słowa wyjęła zza paska pistolet i tak aby to wyraźnie widzieli położyła go w samochodzie.

          - Może tak być? – zapytała – więcej nie mam broni.

          - Może – odpowiedział, choć w oczach miał dziwny wyraz. – On – znów wskazał ręką – zgadza się, ale ja myślę, że to nie dobrze. Ale to on jest tu najważniejszy. Rozumiesz?

          - Rozumiem. Nie ufasz mi.

          - Nikomu nie ufam. Zabijają nas i jedni i drudzy. My musimy być ostrożni. Rozumiesz?

          - Rozumiem. Odjedziemy i zapomnimy o waszej wsi na zawsze. To co powiedział dźwięczało jej w uszach nie tylko tego dnia, ale i następnego i w następne dni i tygodnie. Owo „zabijają nas i jedni i drudzy” brzmiało jak beznadziejne wołanie o ratunek, jak krzyk rozpaczy, jak deklaracja bezsensu i beznadziei, niewiary w przyszłość, w ludzi, w przemiany… Szła otoczona uzbrojonymi obcymi ludźmi w stronę największego z budynków i w tym momencie nie czuła już strachu, nie czuła już niepokoju, nie czuła już niczego poza niewyobrażalną chęcią powrotu do domu. Straciła całkowicie nadzieję na odnalezienie ojca, wiedziała, że człowiek, który był w tej wiosce nie był jej ojcem, jej myśli zaprzątnięte były tylko domem, Krzysztofem, który jeszcze o niczym nie wie, ale wpadnie w rozpacz jeśli coś się wydarzy, zmęczeniem, które zaczynała w końcu odczuwać i jakąś potworną obojętnością o los jaki ją czeka.

       XII

          Zaczynało już świtać. Monika robiła wrażenie zmęczonej swoją opowieścią, ale wyraźnie widać było w jej oczach, że koniecznie chce ją dokończyć. Wydawało się, że to ją w jakiś niezrozumiały sposób oczyszcza, że to działa na nią jak jakiś duchowy prysznic i wyrzucenie tego wszystkiego z siebie w końcu doprowadzi do tego, że będzie mogła ponownie zacząć żyć. Takie wrażenie odniósł Krzysztof, ale nie był pewien, czy nie jest to tylko jego złudzenie, choć przecież znał ją na tyle dobrze, żeby czytać ze zrozumieniem w jej oczach.

          - Wszystko co spotkało mnie później było nieporównywalne z tym dniem – Monika patrzyła zamyślona dziwnie w blednące od świtu okno. – Nie wyobrażacie sobie co czułam, kiedy siedziałam pomiędzy uzbrojonymi mężczyznami, a ich żony podawały mi jedzenie i wodę. Czułam bardzo wyraźnie, że dzielili się ze mną i moim współtowarzyszem swoim niedostatkiem. I choć marnie to smakowało, to byłabym podła, gdybym cokolwiek na ten temat powiedziała. Mieli groźne miny, a każdy z nich dzierżył w rękach AK-47, ale traktowali mnie jak kogoś wyjątkowego. Nie mogłam tego zrozumieć, bo nie tylko byłam obca, ale mogłam stanowić dla nich zagrożenie. Z każdej strony coś im groziło. Gdyby wpadł tam wtedy jakiś oddział rebeliantów, to zabiliby i nas i ich i spaliliby wieś, a gdyby przybyły wojska rządowe, to zanim ktokolwiek cokolwiek by wytłumaczył, to pewnie też nie czekaliby na jakiś sąd czy cokolwiek podobnego. Dość powiedzieć, że potraktowali nas naprawdę jak gości, którzy są święci, nakarmili, pozwolili odpocząć, uzupełnić zapasy wody… A na koniec… Przerwała na chwilę i dziwnie się uśmiechnęła. Widać było, że chce powiedzieć coś niezwykłego, opowiedzieć o jakimś zdarzeniu, które musi zostać opowiedziane w specjalny sposób, przekazać coś – może nie wstrząsającego, ale bardzo poruszającego. - Na koniec, kiedy wlaliśmy trochę paliwa do samochodu, bo jakieś zapasy mieli i nimi też się z nami podzielili i kiedy już odjeżdżaliśmy, podbiegła do samochodu jakaś kobieta… Pojęcia nie mam ile mogła mieć lat… Może 30, może 55… Jechaliśmy już, a ona podbiegła do auta od mojej strony i podała mi dużą chustę do zawinięcia głowy. Wiedziała, że jedziemy w pustynię i widział, że nie jestem na to przygotowana. Chusta była troszeczkę podarta, ale czysta i byłam pewna, że oddała mi coś swojego, coś wartościowego w tych warunkach i że zrobiła to wyłącznie z dobroci serca. Znów zamilkła, jakby wspominając to zdarzenie, jakby układając je w odpowiednim miejscu swojej pamięci, moszcząc mu to miejsce i nazywając je odpowiednim imieniem. Uśmiechała się przy tym jakoś tak… nie po swojemu. Był to uśmiech zarazem ciepły i smutny, uśmiech zarazem wzruszenia i bólu. Ani Krzysztof ani Wojciech nie przerywali tej ciszy, która zapadła na kilka chwil, obaj wiedzieli, że za chwilę będzie mówiła dalej i obaj chcieli uszanować tę jej chwilę zastanowienia, chwilę powrotu do wspomnień, chwilę odżywających przeżyć, chwilę przybywających na nowo strachów, może drżeń, może tylko po prostu przypomnień.

          - Spędziliśmy tam może dwie godziny, może trzy… Nie pamiętam – podjęła opowieść. – Opowiedzieli mi o ataku rebeliantów na konwój wojskowy, który przejeżdżał niedaleko ich wioski. Rebelianci podłożyli minę na drodze i zdetonowali ją pod przejeżdżającym transporterem. Wieśniacy odczekali aż ucichną odgłosy strzałów i aż rebelianci odjadą. Wtedy poszli na drogę i znaleźli 2 martwych żołnierzy. Wiedzieli, że nigdy nie poruszają się w takich małych grupach, więc mieli pewność, że reszta albo zdołała odjechać, albo została uprowadzona przez zamachowców. Ze spalonego transportera powyciągali wszystko co mogło im do czegokolwiek się przysłużyć. Nie grzebali zmarłych, bo wiedzieli, że wojsko po nich przyjedzie. Nie próbowali nawet ukrywać faktu ograbienia transportera, ale powiedzieli, że zabrali tylko to, co mogło im się przydać, a więc racje żywnościowe, kanistry z paliwem i kilka drobiazgów. Broni i tak nie było, bo zabrali ją rebelianci. Na drugi dzień przyjechało wojsko i zabrało wrak transportera i trupy żołnierzy. Wypytywali mieszkańców wioski o szczegóły wydarzeń, ale wiedzieli doskonale, że miejscowi ludzie unikają takich rzeczy jak ognia i raczej zamykają się w domach niż obserwują. Zdawali też sobie sprawę, że wieśniacy nie mają pojęcia ani o pozycjach rebeliantów, ani o ich ruchach. Po prostu przyjechali, pozbierali, zadali kilka ogólnych pytań i pojechali. Zawsze tak było i ludzie nigdy niczemu się nie dziwili, przyzwyczajeni do wojennego czasu, który zresztą w tym kraju w zasadzie był od zawsze. Tym razem jednak zdarzenia przebiegły nieco inaczej. Wiedzieli, że rebelianci czasami wymieniają jeńców na swoich, czasami przetrzymują ich tygodniami i miesiącami, a czasami po prostu mordują i wyrzucają na pustyni w okolicach wioski. Tak było właśnie tym razem. Po kilku tygodniach od tej potyczki znaleźli nad ranem 4 ciała leżące niedaleko od zabudowań.

           - Zawiadomili wojsko? – zapytał Krzysztof korzystając z chwili, kiedy na moment przerwała.

           - Nie. W tej wiosce nie było żadnej łączności i musieli czekać na kolejny patrol, który co jakiś czas zapuszczał się w tamte rejony. Postanowili tylko przykryć trupy, aby dzikie zwierzęta nie rozwlokły ich po pustyni. Ciała były okaleczone i nosiły wyraźne ślady tortur. To nie było nic niezwykłego, bo rebelianci celowo podrzucali okaleczone trupy, aby wywołać strach. Jednak tym razem okazało się, że jeden z porzuconych żołnierzy żyje. Prawdopodobnie był torturowany i kiedy stwierdzili, że zamęczyli go na śmierć, nie sprawdzili dokładnie i nie dobili. Miejscowi przynieśli go do wioski, opatrzyli rany i pielęgnowali, czekając na wojsko, które tym razem bardzo długo nie przysyłało swoich konwojów w tamte strony. W końcu, kiedy trupy zaczęły się już rozkładać, zakopali je na pustyni, owinięte w brezentowe płachty i dokładnie oznaczyli miejsce prowizorycznego pochówku, aby precyzyjnie wskazać żołnierzom, kiedy już się pojawią. Człowiek, który przeżył, powoli zaczął odzyskiwać siły, jednak okazało się, że tylko te fizyczne. Kiedy odzyskał przytomność był tak przerażony, że kulił się na legowisku i krzyczał na widok każdej twarzy, która się nad nim pojawiała. Długo nie mogli uzyskać z nim kontaktu, tak naprawdę, to nie uzyskali go nigdy… Po jakimś czasie zaczął rozumieć niektóre słowa, zaczął pojmować, że nie jest już w niewoli, ale nadal nie wiedział ani gdzie, ani kim jest. Kiedy w końcu przyjechało wojsko i kiedy dawali mu do zrozumienia, że musi iść z nimi do żołnierzy, bo odzyskał siły na tyle, że mógł się poruszać, za nic w świecie nie chciał opuścić izby, w której przebywał. W jakiś, sobie tylko znany sposób porozumieli się z nim i pojęli, że on chce zostać u nich, że nie chce odchodzić, że boi się panicznie i – z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu – przystali na to. Żołnierzom pokazali miejsce zakopania pozostałych, a o nim nie wspomnieli ani słowem… Wydaje mi się, że zrobili to z litości, widząc jego przerażenie, albo mieli jakiś inny cel w pozostawieniu go w wiosce. Dość powiedzieć, że został, że doprowadzili go niemal do pełnego wyzdro-wienia na tyle na ile mogli, ale nigdy nie odzyskał pamięci, nigdy nie dowiedział się i nie zrozumiał gdzie jest i skąd się wziął. Nigdy też nie odzyskał mowy, choć widzieli wyraźnie, że z czasem zaczął rozumieć co do niego mówią i czego od niego oczekują. Nigdy też, dopóki był u nich, nie odzyskał pełnej sprawności fizycznej. Kulał na jedną nogę, a prawa ręka była wciąż niewładna. Mieszkał u nich miesiące, lata… Zawsze kiedy przyjeżdżali żołnierze chował się w najciemniejszych zakamarkach i nie wychodził, dopóki nie odjechali. Kiedy przybywali rebelianci – oni sami chowali go, bo wiedzieli, że jeśli go znajdą, to niechybnie zginie… Tak przeżył u nich prawie do dnia, kiedy my tam dotarliśmy.

           - Ale nie rozumiem – Krzysztof wszedł jej w słowo. – Jako kogo go tam traktowali? Przecież sami byli biedotą i nie starczało im, z tego co mówisz, na własne potrzeby… Więc jak to się stało, że go tolerowali..?

          - No to jest właśnie bardzo interesujące. Myślisz, że tylko w europejskiej kulturze funkcjonuje coś takiego jak wiejski głupek? Wiesz o czym mówię, prawda?

          - No wiem, taki chłopek, co nikomu nie wadzi, nikomu nie szkodzi, a zawsze jest się z kogo pośmiać we wsi.

          - No właśnie dokładnie tak. Tak to u nas wygląda, albo wyglądało jakiś czas temu, bo dzisiaj już chyba nie… A u nich… traktowali go jako… może dziwadło, może nieszkodliwego właśnie głupka… Ale też z drugiej strony dla nich był jednak kimś zupełnie wyjątkowym. Nie mogli pojąć jak to możliwe, że dorosły człowiek, żołnierz, może nie pamiętać jak się nazywa, kim jest i skąd się wziął. A to, że czasami w nocy budził się z panicznym krzykiem przerażenia, napawało ich takim trochę strachem, że może to jednak jest jakiś opętany przez demony, albo sam demon, a jako prości ludzie czegoś takiego się obawiali… I tak u nich sobie po prostu był… Aż do dnia jakiegoś święta, kiedy do wioski przybyli ludzie z innych miejscowości i przypadkiem na niego się natknęli. Potem wieść o nim rozniosła się po innych wsiach, aż dotarła w końcu – przez podsłuchaną rozmowę do mnie. A ponieważ dotarła do mnie, to dotarła też i do wojska, które przyjechało do wioski, przeszukało ją dokładnie i – gdy go znaleźli – zabrali. To było niemal tuż przed naszym przybyciem tam…

       XIII

          - Ty myślisz, że to on? – zapytał kierowca, kiedy już odjechali kilka kilometrów od wioski. Nie użył określenia „twój ojciec”, jakby było to słowo w jakiś sposób, z jakiegoś powodu zakazane.

          - Nie wiem. Myślę, że nie – odpowiedziała Monika, próbując nieudolnie założyć na głowę chustę, którą dostała we wsi. Zatrzymał samochód i nie gasząc silnika bez słowa pomógł jej owinąć głowę i ramiona. Spojrzała na niego z wdzięcznością. Pierwszy raz wtedy poczuła jakąś więź, jakąś niezwykła, niemal nienormalną więź, która ich połączyła, choć przecież miał tylko za pieniądze zawieźć ją w jedno, kon-kretne miejsce. Ruszył dalej i jakiś czas nie odzywał się, być może zastanawiając się co powiedzieć.

          - Ja myślę, że może tak – powiedział w końcu. – Ty musisz wierzyć. Jak ty nie będziesz wierzyć, to nie znajdziesz.

          - A jak będę wierzyć to znajdę? – zapytała wpatrzona w burą pustynię po obu stronach zniszczonej drogi.

          - Jak będziesz wierzyć, to może tak. Jak nie będziesz, to wtedy nie – zabrzmiało to jakoś filozoficznie, ale Monika odczuła to tylko jako ludową mądrość.

          - Nie wiem. Wiem tylko, że muszę wracać. Jak nie będzie go w miasteczku, albo jeśli to nie będzie on, to wracamy. Nie wiem skąd, ale skądś zdobędę pieniądze i zapłacę ci za wszystko.

          - Ty nie myśl o pieniądzach. Ty myśl o nim. Te słowa spowodowały, że spojrzała na niego ze zdziwieniem. Nie odwrócił głowy w jej stronę, wciąż wpatrywał się przed siebie. Zrobiło się jej jakoś lżej w tej chwili i jakieś poczuła ciepło gdzieś w okolicach serca.

          - Jesteś dobrym człowiekiem – powiedziała.

          - Nie jestem – nie próbował tego w żaden sposób motywować. Po prostu stwierdził fakt, a ona więcej go nie pytała. Było wczesne popołudnie. Upał stawał się coraz bardzie nie do zniesienia, a zmęczenie, jakie zaczynała odczuwać coraz większe. W końcu pozwoliła sobie na przymknięcie oczu i natychmiast ogarnął ją sen. Nie był to sen, który dawał wypoczynek, raczej nerwowa drzemka, ale pozwoliła ona przynajmniej na jakąś ulgę dla zmęczonych powiek, piekących od skwaru i ciągłego wypatrywania oczu. Sama nie wiedziała ile to trwało, ale kiedy wyrwała się z tej drzemki z przerażeniem, że pozwoliła sobie na słabość, z uczuciem jakiejś ulgi stwierdziła, że samochód dalej jedzie przez zniszczoną drogą wśród kamienistej pustyni, a jej towarzysz podróży ze skupionym wyrazem twarzy wpatruje się przed siebie. Uspokoiła się nieco, pamiętając o wydarzeniach z poprzedniego dnia, ale niczego nie dała po sobie poznać, sądząc, że kierowca nie zauważył tej chwili jej „nieobecności”.

          - Ty możesz dalej spać – powiedział i od razu rozwiał jej złudzenia. – Ja powiem kiedy nie spać.

          - Dziękuję, już trochę odpoczęłam. Myślisz, że daleko jeszcze?

          - Nie wiem. Tu wszędzie daleko. I wszędzie niebezpiecznie. Ale możesz spać. Ja powiem kiedy nie spać.

          - Nie, lepiej żebym nie spała.

          - Ty bardzo zmęczona. Ty musisz mieć dużo sił.

          - Wiem. Dam radę.

          - Wiem. Ty silna kobieta. U nas takich nie ma.

          - Co ty opowiadasz? Wasze kobiety są silniejsze niż Europejki. Muszą dużo więcej znosić i ciężej pracują.

          - Nasze kobiety mają mężów, którzy dbają o wszystko. One mają prowadzić dom. Rodzić dzieci. Nie martwić się o inne rzeczy.

          - Ty chyba mało wiesz o waszych kobietach – niemal się uśmiechnęła, co było zaskoczeniem dla niej samej. – Wasze kobiety mają takie same problemy jak my, Europejki. Tylko pewnie wam o tym nie mówią, a wy pewnie nawet nie chcielibyście tego słuchać.

          Milczał przez chwilę, jakby zastanawiając się co odpowiedzieć. Zaniepokoiła się lekko, nie wiedząc, czy czasem nie poczuła się zbyt swobodnie i czy nie powiedziała czegoś niestosownego.

          - Nasze kobiety od początku świata prowadzą dom i rodzą dzieci. Wy chcecie to zmienić. Wy nie pytacie czy nam się to podoba. Wy chcielibyście w naszym kraju zrobić Europę. Tu nie Europa – powiedział to stanowczym tonem, ale nie wyczuła w nim jakiegoś rozdrażnienia i zrozumiała, że raczej się nie obraził.

          - Masz rację, przepraszam.

          - Nie przepraszaj. Ty dobra, silna kobieta. Ale tu nie Europa – najwyraźniej zakończył dyskusję na ten temat, a Monika nie podjęła już tego tematu.

          Podróż dłużyła się nieznośnie. Nie mogli jechać zbyt szybko z uwagi na stan drogi, a widok pustyni nie nastrajał optymistycznie. Minęło już ponad 3 godziny odkąd wyjechali z wioski, a nigdzie nie było widać jakichkolwiek śladów życia. Monika znów zaczęła odczuwać jak jej powieki ciążą coraz bardziej, a całe ciało zdrętwiało i boli od zmęczenia, bezruchu i wybojów na drodze. Wyjęła z plecaka butelkę z wodą, napiła się kilka łyków, a parę kropli wylała na dłoń i wtarła w twarz. Nieco ją to orzeźwiło i poczuła się trochę lepiej. I właśnie wtedy dostrzegli przed sobą grupę ludzi na drodze i stojący w poprzek niej samochód. Z daleka nie rozpoznawała szczegółów, ale widok ludzi na drodze zaniepokoił ją, bo ktokolwiek to był – mógł stanowić niebezpieczeństwo.

          - Źle. Rebelianci – odezwał się kierowca. – Bardzo źle. Ty nic nie mów. Może pozwolą jechać. Ty nie znasz języka.

          - Dobrze – powiedziała drżącym głosem, ze świadomością, że być może właśnie ich podróż (i nie tylko) może dobiegać końca. – Dziękuję. Za wszystko – w sumie było jej już obojętne co się stanie.

          - Ty nic nie mów – powtórzył i popatrzył na nią takim wzrokiem, że nie wiedziała do czego odnosiły się te słowa. Czy chciał jej powiedzieć jeszcze raz, że ma milczeć w czasie kiedy ich zatrzymają? Czy może było to odniesienie do całej sytuacji i na swój sposób też się z nią chciał pożegnać? Czy może tylko było to nic nie znaczące zdanie, a raczej zdanie, którego treść była dokładnie taka jak zawarte w nim słowa?

          Tak czy inaczej, cokolwiek miało znaczyć to co powiedział, Monika słabo uśmiechnęła się do niego, czując nie tylko wdzięczność za wszystko co dla niej zrobił, ale jakoś podświadomie miała poczucie, że coś powoli dobiega końca, że jakiś etap właśnie za chwilę się zamknie – nie wiedziała jeszcze w jaki sposób, ale miała niemal pewność, że nadchodzi nieuchronny kres jakiegoś rozdziału jej życia. I wiedziała, była przekonana, że w jakiś sposób musi się zachować, a ten słaby, zmęczony uśmiech był jedyną rzeczą, na jaką w tej chwili było ją stać. Westchnęła głęboko, poprawiła chustkę na głowie tak, że widać było tylko jej ciemnobrązowe oczy, namacała dłonią kolbę pistoletu za paskiem spodni i poczuła się gotowa na wszystko co miało ich czekać za chwilę.

          Kiedy podjeżdżali do miejsca, w którym droga była zablokowana stojącym w poprzek autem, mieli jeszcze nadzieję, że jakimś cudem uda się przejechać, bo samochód tarasujący drogę zjechał na pobocze, a stojący wokół niego mężczyźni rozsunęli się na boki, ale kiedy byli już całkiem blisko, niespodziewanie zaczęli machać rękami i coś krzyczeć i po chwili droga już znowu była zablokowana, a mężczyźni wyraźnie dawali znaki, aby się zatrzymali. Teraz już było widać bardzo wyraźnie – byli uzbrojeni w długą broń, ich twarze były zasłonięte charakterystycznymi kraciastymi chustami, spod których błyszczały ciemne, pełne jakiejś przenikliwości oczy. Kiedy samochód stanął, natychmiast otoczyli go ze wszystkich stron, kierując lufy karabinów w stronę Moniki i kierowcy, który zgasił silnik i odsunął szybę. Był dziwnie spokojny, jakby zatrzymywał się jedynie do rutynowej kontroli, tylko w oczach miał coś takiego, co zaniepokoiło ją, co wyglądało na spojrzenie człowieka, który jest pogodzony ze swoim losem, a jedyne co jeszcze chciałby zrobić, to ten swój los uczynić na koniec takim, jakim on sam chce go widzieć, zgodnym z jego własną, suwerenną decyzją.

          - Kim jesteście i czego tu szukacie? – głos mężczyzny, który mierzył z karabinu do kierowcy był nieprzyjazny, a wręcz napastliwy. Mówił po arabsku, Monika doskonale rozumiała każde słowo, a wręcz zauważyła, że brzmiało to nawet jakby zbyt wyraźnie, jakby mężczyzna wypowiadający te słowa posługiwał się językiem, który doskonale opanował, ale który nie był jego własnym językiem. Przez moment nawet odniosła wrażenie, że słyszy swojego wykładowcę ze studiów.

          - Chyba zgubiliśmy drogę – odpowiedział kierowca dziwnie spokojnym głosem. – Jedziemy do Ar-Rutbah, to jest turystka, którą mam tam zawieźć, ale zabłądziliśmy.

          - Kłamiesz… Ar-Rutbah jest daleko na północ stąd i nie ma tam niczego ciekawego dla turystów – mężczyzna mówił to zimnym głosem, bez cienia emocji. – Jesteście szpiegami przysłanymi tu przez Amerykanów.

          - Jak możemy być szpiegami, kiedy jest nas tylko dwoje, a to jest kobieta, która się boi. Popatrz na nią i zobaczysz, że jest przerażona.

           - Wszystkiego się dowiemy. A jeśli jesteście szpiegami, to oboje zginiecie – mężczyzna musiał być chyba dowódcą oddziału, bo kiedy przechodził na drugą stronę samochodu, pozostali ludzie rozstępowali się bez słowa. Podszedł do drzwi auta od strony Moniki, a ona powoli odsunęła szybę, starając się nadać swoim oczom jak najbardziej przerażony wyraz. – Dokąd jedziecie? – zapytał nienaganną angielszczyzną, bacznie spoglądając w jej oczy.

          - Do Ar-Rutbah – odpowiedziała drżącym głosem.

          - Po co? Tam nie ma nic dla turystów – wciąż mówił cichym głosem, w którym jednak wyraźnie słychać było podejrzliwość. - Są stare forty – odpowiedziała Monika, starając się, aby jej głos brzmiał przekonująco. – Są podobno zrujnowane, ale mają wielką wartość historyczną. Mężczyzna przez chwilę wpatrywał się w jej oczy, jakby zastanawiając się nad czymś, albo jakby szukając w myślach czegoś, czego nie do końca pamiętał. Jego spojrzenie wciąż było lodowate i wyraźnie widziała w nim błyski, które nie wróżyły niczego dobrego, ale jednocześnie mówiły jeszcze o czymś, czego nie była w stanie sprecyzować – być może była to jakaś obcość, być może skutek nieustannego przebywania w środku wojny… - Nie jesteś Amerykanką – powiedział w końcu po dość długiej chwili.

          - Nie jestem – odrzekła, ale nie chciała podawać swojej narodowości tak długo jak to nie będzie niezbędne.

          - Macie broń? - Tak – odpowiedziała bez namysłu, wciąż patrząc mu w oczy – mam pistolet za paskiem spodni.

          - I co jeszcze? Pewnie cały bagażnik karabinów i amunicji.

          - Nie, komu miałabym, wieźć broń i amunicję? Wojsko ma swoje dostawy, a wy swoje.

          - To po co ci ten pistolet, jeśli jedziesz zwiedzać?

          - Dostałam od przyjaciela, na wszelki wypadek. Wasz kraj jest niebezpieczny – pożałowała tych słów natychmiast kiedy je wypowiedziała, ale było już za późno.

          - Nasz kraj jest niebezpieczny, bo są w nim obcy ludzie – jego głos nabrał złowieszczego wyrazu – tacy jak ty. Wysiadaj!

           Monika bardzo powoli otworzyła drzwi i wysiadła z samochodu.

          - Ty też! – mężczyzna krzyknął w stronę kierowcy. Po chwili oboje poszturchiwani lufami podeszli i stanęli przy stojącym w poprzek drogi aucie. Był to terenowy model toyoty, na którego tylnej odkrytej części stał ustawiony na trójnogu karabin maszynowy dużego kalibru, a obok niego stało dwóch mężczyzn, z których jeden trzymał taśmę z amunicją. Dowódca oddziału podszedł do nich i bacznie się im przyglądał, nie mówiąc przez jakiś czas ani słowa. Długo najpierw spoglądał w oczy kierowcy, a po chwili przeniósł wzrok na Monikę i też dłuższą chwilę intensywnie wpatrywał się w nią, jakby szukając odpowiedzi na jakieś pytania. Nie spuściła wzroku. Wiedziała, że wpadli w tarapaty, wiedziała, że niełatwo będzie już teraz z nich wybrnąć. Ale – czy to ze zmęczenia, czy też było jej wszystko już jedno – nie zamierzała pokazać po sobie strachu. Patrzyła w oczy uzbrojonego mężczyzny, który mierzył do niej z kałasznikowa, a przed oczami miała twarz Krzysztofa i już wiedziała, że – chcąc nie chcąc – jednak go zawiodła. I była to jedyna myśl, która sprawiła jej w tym momencie ból – nie strach, nie obawy o siebie, o swoje życie – ból spowodowany świadomością złamanej obietnicy.

          - Dasz mi swój paszport – mężczyzna powiedział to bardzo cicho z twarzą tuż przy jej twarzy – ale najpierw oddasz mi ten pistolet. I zrobisz to bardzo powoli. Tak, żebym nie miał cienia podejrzeń, że coś jest nie tak, rozumiesz?

          - Rozumiem – odpowiedziała nie spuszczając wzroku. Sama nie mogła uwierzyć, że jej głos nawet nie zadrżał. – Nie jesteśmy szpiegami. Puśćcie nas, pojedziemy w swoją stronę i zapomnimy, że was widzieliśmy. – Powiedziała to bardzo cicho i była pewna, że tylko on to słyszał i stojący obok niej kierowca.

          - Uważasz mnie za głupca – on również nieustannie wpatrywał się w jej oczy i było to raczej stwierdzenie niż pytanie.

          - Nie, uważam cię za bandytę, który potrzebuje całego oddziału do odebrania broni jednej kobiecie – sama nie wierzyła, że te słowa wyszły z jej ust, ale było jej już naprawdę wszystko jedno. Jego oczy zwęziły się jak oczy dzikiego zwierzęcia tuż przed atakiem na swoją ofiarę. Oddech mu przyspieszył i stał się głośniejszy, wyraźnie widziała, że powoli wpadał we wściekłość. Zamachnął się i uderzył ją w twarz wierzchem otwartej dłoni. Przewróciła się w pył na drodze, czuła piekący ból i słony smak krwi w ustach. Powoli podniosła się, otrzepała z kurzu i wyprostowana stanęła ponownie przed nim, zuchwale spoglądając mu w oczy. Już się nie bała. Już nie czuła niczego oprócz złości. Czekała już spokojnie na koniec i tylko miała nadzieję, że nastąpi szybko.

          - Nie jesteś tutejszy – syknęła mu po arabsku prosto w twarz jak żmija. – Jesteś Europejczykiem tak jak ja, zbyt dobrze mówisz ich językiem. I właśnie zaimponowałeś swoim towarzyszom bijąc kobietę. Brawo.

          - Jestem tym, kim chcę być – jego głos również zaczął być syczący. – Mogę być twoją śmiercią i, przysięgam, powiedz jeszcze jedno takie słowo, a naprawdę nią będę.

          - Wielu ludzi już zamordowałeś? – jej głos stawał się coraz bardziej świszczący i wściekły. – Będę kolejnym twoim trofeum? No to już, na co czekasz? Zabij mnie, bo z całą pewnością tylko na to cię stać. Powiedziała to już na tyle głośno, że stojący niedaleko nich mężczyzna podszedł i podniósł lufę karabinu do jej skroni. Dowódca jednak powstrzymał go gwałtownym ruchem ręki, nawet nie odwracając głowy. Musiał mieć wielki posłuch, bo ten natychmiast odsunął się na dwa kroki.

          - Zabiję cię – powiedział lodowatym szeptem – z pewnością cię zabiję. Ale dokładnie wtedy kiedy to ja będę miał na to ochotę, a nie wtedy, kiedy ty mi każesz.

          - Zrób to lepiej teraz, bo w przyszłości możesz nie zdążyć – zmrużyła oczy.

          Przez chwilę wpatrywali się w siebie bez słowa, mierząc się nawzajem wściekłymi spojrzeniami. Monika pomyślała przez moment, że zachowuje się zupełnie nieracjonalnie, że sama prowokuje kłopoty jeszcze większe niż mogłoby się to wydawać do tej pory, ale jakoś podświadomie czuła, że jest to jedyny ratunek, że tylko w ten sposób może jeszcze cokolwiek zyskać – jeśli nic innego, to przynajmniej na czasie. Zresztą największą ochotę miała w tym momencie na to, żeby po prostu zamachnąć się i strzelić go w twarz, ale całą siłą woli przed tym się powstrzymywała. Wiedziała, że doprowadziła go do wściekłości swoim zachowaniem, tym bardziej, że jego podwładni przyglądali się temu i z całą pewnością on sam czuł, że musi tę sytuację rozwiązać po swojemu, w taki sposób, żeby w ich oczach nie stracić ani krzty autorytetu. Mijały więc długie sekundy, a oni stali bez ruchu i bez słowa, wściekle patrząc sobie w oczy.

           Wygrała. Wygrała ten pojedynek na spojrzenia. Przynajmniej na jakiś czas wygrana była po jej stronie. Tak to przynajmniej odczuła, kiedy mężczyzna głośno westchnął i wyciągną rękę w jej stronę.

          - Pistolet – powiedział – pistolet i paszport.

          Bez słowa wyjęła broń zza paska, a z tylnej kieszeni spodni paszport i podała mu, nie odrywając triumfującego wzroku od jego oczu. Wziął oba przedmioty do ręki, również wciąż patrząc jej w oczy.

          - Nie zabiję cię teraz – syknął – ale bądź pewna, że nie wolno ze mną zadzierać, bo to się zawsze źle kończy. Rozumiesz? Zawsze!

          - Na szczęście pewnie masz jeszcze kogoś nad sobą, pieprzony najemniku – odpowiedziała dokładnie takim samym tonem – i musisz mnie do niego przyprowadzić.

          Nie odpowiedział, przeglądał jej paszport bez słowa i tylko wciąż przyspieszony oddech świadczył o jego złości.

          - Nazwałaś mnie najemnikiem – odezwał się w końcu. – A ty kim jesteś?

          - Szpiegiem – rzuciła zuchwale.

          - Nie jesteś szpiegiem. Jesteś idiotką. Tylko idiotka mogła się zapuścić w te tereny. Ale głupota jest bardziej niebezpieczna niż ci się wydaje…

          - Być może – odpowiedziała – ale lepiej być idiotką niż bandytą. Pochylił się w jej stronę tak bardzo, że ich czoła niemal się zetknęły. Spojrzał jej w oczy tak głęboko, że poczuła to spojrzenie niemal boleśnie.

          - Nic o mnie nie wiesz – powiedział po polsku, czym wprawił ją w takie zdumienie, że zabrakło jej na moment tchu. Zwłaszcza, że była to najczystsza polszczyzna jaką mogła sobie wyobrazić.

          – Wciąż ci się wydaje, że jesteś górą? Nie tylko nie wiedziała co odpowiedzieć, ale nie miała pojęcia jak się zachować. Zaskoczył ją tak bardzo, że po prostu odebrało jej i mowę i resztki zdolności logicznego, racjonalnego myślenia. Tysiące myśli przebiegało jej przez głowę, tysiące pytań i dwa razy tyle odpowiedzi. Nie rozumiała już niczego. Nie rozumiała ani tego kraju, ani tych ludzi, ani siebie, ani po co to tu w ogóle jest. I jak przed momentem miała poczucie wygranej, tak teraz miała świadomość kompletnej klęski. Nie tylko klęski swojej eskapady, ale klęski swego patrzenia na świat. Wiedziała, że jej podróż dobiega końca, ale nie przypuszczała, że wszystko skończy się w tak głupich okolicznościach, że na koniec okaże się, że nie tylko niczego nie osiągnęła, ale na dodatek też – a może przede wszystkim – niczego nie zrozumiała. Dowódca oddziału natomiast, wyraźnie triumfując, odwrócił się w stronę swoich ludzi.

          - Związać ich i jedziemy stąd – krzyknął po arabsku i natychmiast dwóch mężczyzn pobiegło w stronę Moniki, a dwóch następnych w stronę jej kierowcy, który bez słowa i bez ruchu stał wpatrzony w całą tą scenę. Zdążyła tylko zauważyć niemy podziw w jego oczach i jakiś dziwnie filuterny uśmiech na jego ustach. A potem stało się coś dziwnego, coś, czego na początku nie zrozumiała, a co wyjaśniło się znacznie szybciej niż się mogła spodziewać. Kiedy już ze związanymi z tyłu rękami stała obok samochodu rebeliantów, niespodziewanie znów podszedł do niej ich dowódca i głęboko popatrzył jej w oczy. Poczuła coś dziwnego w tym spojrzeniu – jakby złość, ale jednocześnie zrozumiała, że nie była to taka sama złość jak jeszcze przed chwilą, ale raczej wściekłość na siebie i na nią z powodu nagłej konieczności zmiany decyzji.

          - Posłuchaj mnie teraz uważnie – powiedział po polsku bardzo cicho, ale bardzo dobitnie. – Obserwuj mnie bacznie. Za chwilę będę miał w ręce telefon. Kiedy skończę rozmowę, zobaczysz to wyraźnie, policzysz do pięciu i zaczniesz biec najszybciej jak potrafisz w stronę, z której przyjechaliście, rozumiesz? – patrzył jej w oczy w taki sposób, że po prostu przyjęła to do wiadomości.

          - A mój kierowca?

          - Ech… wkurzasz mnie… – westchnął głęboko. – Dobra, powiedz mu to samo.

          Brutalnie chwycił ją za ramię i pchnął w taki sposób, że niemal się przewróciła, ale jednak ustała na nogach, za to zatrzymała się tuż przy swoim towarzyszu podróży. Nie popatrzyła na niego, nawet nie odwróciła głowy w jego stronę.

          - Rób to co ja – szepnęła po angielsku.

          – Rozumiesz co mówię?

          - Rozumiem. Zginiesz ty i ja – odpowiedział.
 
          – Ale zrobię wszystko co każesz.

          - Nie rozczulaj się – warknęła – po prostu mnie posłuchaj i rób to co ja. Jak zacznę biec, to biegnij razem ze mną najszybciej jak potrafisz, rozumiesz?

          - Zabiją nas. Nie chcę w plecy kuli.

          - Milcz, do cholery – była już zła. – Zrobisz co ci każę?

          - Zrobię. Ty dowódca.

          - Nie dowódca, tylko wiem co robię. Posłuchaj mnie, a może przeżyjemy. Zrobisz to?

          - Zrobię.

          - No… Bacznie przyglądała się mężczyźnie, który jeszcze przed chwilą ją uderzył, a teraz był kimś… kompletnie dla niej niezrozumiałym, ale któremu – z jakiegoś powodu – uwierzyła. On natomiast odszedł nieco na bok i z kieszeni brunatnej bluzy wyjął telefon. Przez chwilę z kimś rozmawiał, odwrócony plecami do swojego oddziału. Po chwili odwrócił się i – jakoś teatralnie – schował telefon do kieszeni. Monika w duchu powoli liczyła… raz… dwa… trzy… cztery… pięć…

          - Biegiem! – krzyknęła i puściła się pędem w stronę ich samochodu.

          Słyszała obok siebie kroki biegnącego kierowcy, ale nie odwracała się w jego stronę. Ominęła stojące auto i najszybciej jak mogła, na ile pozwalały jej związane ręce i zmęczenie, biegła w stronę, z której przyjechali. Za sobą usłyszała najpierw krzyki, potem odgłosy strzałów i świst kuli obok jej głowy. A potem strzałów było coraz więcej, a do nich dołączył się warkot nadlatującego śmigłowca. Wtedy się zatrzymała i odwróciła. Jej kierowca był tuż obok niej. Na drodze natomiast było już znacznie więcej ludzi, ale mieli na sobie mundury i otaczali trzymających w górze ręce mężczyzn z oddziału, który ich zatrzymał. Nad nimi w powietrzu wisiał helikopter, a zza wydm wysypywali się kolejni żołnierze.

          - No i patrz – powiedziała zdyszana do sapiącego obok niej kierowcy – to jeszcze nie dzisiaj – uśmiechnęła się słabo i właśnie wtedy brakło jej sił i usiadła na drodze.

          - Nie dzisiaj – potaknął kierowca i też usiadł obok niej.

Ciąg dalszy nastąpi.....
               Jacek Piecuch

O czym przeczytacie Państwo w następnych dniach

Wkrótce Państwo przeczytacie:
 Bieszczadzkie Pogotowie Ratunkowe -podsumowanie
Wojna plemion
Marian Nosal -poeta pojednania
Zasłyszane w Bieszczadach - portal opinii
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redaktor Naczelny - Ewa Sudoł
Liczba odwiedzin: 46486
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem