Gdzie wilk mówi dobranoc - odcinek II
 Daniel Superson - 18-08-2019r.

           Kolejne minuty wlekły się niemiłosiernie, zupełnie jakby ktoś postanowił złośliwie przytrzymać wskazówki znajdującego się na ścianie zegara. O ile w ciągu czterech dni w pracy płynący czas nie grał aż tak bardzo roli, to w piątek od około 14 każda minuta była niczym odliczanie do startu w wyścigu o jedną z najwyższych nagród. Nagle wszystko, co aktualnie miało się przed sobą do zrobienia, stawało się dwa razy bardziej skomplikowane… I dwa razy bardziej męczące.

          Przeciągając się w fotelu, samiec pumy o cętkowanej, kremowo – brązowej sierści w wieku ok. 30 lat zdjął z pyska okulary, przecierając oczy palcami, po czym spojrzał nieco otępiałym spojrzeniem na stos dokumentacji, znajdującej się obok jego monitora na biurku. Pomimo dość intensywnego dnia pracy ich ilość nie zmniejszyła się zbytnio, ba – nawet zdołała jeszcze bardziej się powiększyć o kolejne zadania. Jednakże im bardziej wskazówki zegara zbliżały się w okolice godziny 15:30, tym bardziej przestawało to mieć znaczenie. Siedzący za biurkiem Reeden myślał już tylko o tym, że za parę minut zamknie swoją szafkę, wyłączy komputer i będzie mógł udać się w kierunku swojego przytulnego mieszkania, pozwalając, by jego głowę wypełniły w większości dwa słowa – „piątek” i „weekend”. Nic nie było w stanie obecnie przyćmić mu wizji spokojnego wieczoru na tarasowym krześle, ze szklanką zimnej whisky z colą w łapie.

          -Landshey! – krzyknął ktoś nagle do ucha kota tuż za jego plecami. Zaskoczony samiec podskoczył w swoim fotelu, uderzając boleśnie kolanem w spód biurka i rozsypując na podłogę część papierów. Klnąc głośno odwrócił się z żądza mordu wymalowaną na pysku… Stając oko w oko ze swoim szefem, ciemnobrązowym jeleniem, który zbliżał się powoli do 50tki. Jego imponujące poroże jak zawsze było idealnie wypolerowane, a przepraszający wyraz pyska chłopca, który coś właśnie nabroił miał niewiele wspólnego z tym, co aktualnie działo się w jego głowie, o czym Reeden po dziesięciu latach pracy w tym miejscu wiedział aż za dobrze.

          -Jareh! Ależ mnie wystraszyłeś! – rzucił z udawanym rozbawieniem Anthren, rozcierając kolano, a następnie pochylając się, by pozbierać papiery z podłogi. Zwracanie się do szefa na „ty” zawsze traktował bardziej jako konieczność niż przyjemność, ale z drugiej strony wiedział, że jego przełożony lubi odnosić wrażenie, że jest dobrym przyjacielem każdego ze swoich pracowników. – Ty jeszcze nie w drodze? Wspominałeś coś o tym, że zrywasz się wcześniej, żeby zdążyć na lotnisko… – dodał, rzucając ukradkiem spojrzenie na elektroniczny zegar znajdujący się w centralnej części biura. 15:20… Najwyższy czas, by zacząć zamykać interes i za chwilę znaleźć się w drodze do swojego przytulnego mieszkania.

          -Annie musiała jeszcze skoczyć po coś do sklepu, będzie tutaj za kilka minut… Sam wiesz, jak to jest z kobietami – odparł jeleń, biernie przyglądając się jak Reed zbiera z podłogi dokumenty. – Niemniej jednak powinniśmy zdążyć na czas. Inaczej trzeba będzie odwołać nasz lot na Jamajkę, a tego nasz synek chyba by nie przeżył! – Jareh zachichotał tak, jakby taka sytuacja była całkiem zabawną błahostką. Reeden zawtórował mu niezbyt entuzjastycznie, odkładając na biurko poskładane papiery. Dla niego perspektywa wyjazdu na Jamajkę brzmiała tak samo niewiarygodnie jak trafienie szóstki w Lotto, więc nie był w stanie sobie wyobrazić, że mógłby od tak machnąć łapą na wcześniej zakupione bilety i wykonaną rezerwację.

          -No ale mniejsza o mnie. Kiedy ty w końcu wybierzesz się na urlop? – Jareh podszedł do samca i objął go ramieniem, przyglądając mu się niemal z ojcowską troską. – Od dwóch miesięcy nie wziąłeś choćby jednego wolnego dnia… Nie zbrzydło ci już towarzystwo moje, czy też twoich kolegów? – dodał, zaczepnie szturchając Reedena w bok. Ten zaś zaśmiał się cicho, z całej siły powstrzymując się przed chęcią „oddania” Jarehowi, przypadkiem łamiąc mu co najmniej jedno żebro.

          -Mam już w planach termin, ale chciałbym jeszcze wyczyścić zaległości, zanim wyjadę gdziekolwiek dalej – mruknął w odpowiedzi samiec, starając się zabrzmieć tak, jakby opuszczał swoje stanowisko pracy z ogromnym żalem, nie mając pewności czy firma sprosta swoim obowiązkom bez jego obecności. Może i miał nieco pracy do podgonienia, ale obecnie jedyne o czym marzył to nie oglądać budynku redakcji „Głosu Podkarpacia” przez co najmniej trzy tygodnie. Swój telefon zaś najchętniej pozbawiłby baterii i wrzucił do najbardziej zagraconej szuflady w domu, oznajmiając jedynie najbliższym gdzie w razie potrzeby mają go szukać.

          -Nie przesadzaj, nie może być aż tak źle! W końcu jesteś jednym z moich najlepszych pracowników! – Jareh poklepał go po ramieniu z iście szelmowskim uśmiechem, od którego najzwyczajniej w świecie robiło się niedobrze. – Ale skoro nie masz zamiaru uciekać jeszcze na urlop, chciałbym, żebyś przygotował dla mnie jeden, mały artykuł, na którym bardzo by mi zależało…

          W końcu dotarł do sedna sprawy. Po jaką cholerę w ogóle wysilał się z tą całą gadką?, pomyślał Reeden, udając uprzejme zaskoczenie słowami jelenia. Zegar na komputerze pokazywał już 15:32.

          -Nie powinno być z tym najmniejszego problemu – odparł Reeden, nie do końca dowierzając swoim własnym słowom, – Czego pan potrzebuje? Jakiś mały reportaż, wywiad z kimś znanym? – zapytał, siląc się na uśmiech, jednocześnie wewnątrz siebie marząc już tylko o tym, żeby być w drodze do swojego niewielkiego, przytulnego mieszkania na rzeszowskim Podwisłoczu.

          -Tak właściwie… To chyba obydwa naraz. – Jeleń uśmiechnął się lekko, po czym zaczął gorliwie grzebać w kieszeni spodni, by wyciągnąć po chwili z niej telefon. Odblokowując ekran, zaczął czegoś na nim w pośpiechu szukać. – Otóż widzisz… Kilka dni temu dostałem wiadomość z bardzo interesującymi zdjęciami od mojego kolegi, który akurat przebywał na Solinie. Po ich analizie uznałem, że ten temat zdecydowanie nadaje się właśnie dla ciebie. Głównie dlatego, że znajduje się na nich ktoś, kogo w danym miejscu i czasie w ogóle nie powinno być.

          Łapa Reedena, która aktualnie wkładała do torby puste pudełko po drugim śniadaniu zamarła w bezruchu, podczas gdy ten spojrzał swojego szefa z nieukrywanym, lekkim zaciekawieniem. Jareh może i miał swój charakterek i sposób bycia, ale jego nos nigdy się nie mylił, jeśli chodziło o wynajdowanie ciekawych tematów na artykuł.

          -Mam! – zawołał tryumfalnie Jareh , po czym skinął na Reeda łapą. Brązowy kot podszedł do niego żywym krokiem, zaglądając mu przez ramię. W jednej chwili zapomniał o tym, że lecą mu już nadgodziny. – Jakość być może nie powala, ale jak na talerzu widać na nich to, co jest dla nas obecnie najbardziej interesujące. Z tego co mi wiadomo, zrobił te zdjęcia, spędzając wieczór ze swoimi znajomymi w „Sztygarce”…

          „Sztygarka”… Jedna z największych i najbardziej popularnych „mordowni” na Podkarpaciu, jeśli nawet nie w skali całego kraju. Zjeżdżali się tu nie tylko najwybitniejsi przedstawiciele przestępczego światka Pogranicza, ale również znani bieszczadzcy „poszukiwacze guza”, oraz bogacze i biznesmeni, którzy znudzili się już swoim szarym, wielkomiejskim życiem i pragnęli poczuć przypływ adrenaliny w żyłach, porzucając swoje garnitury w miejsce podniszczonych ubrań zwykłych Anthrenów.

          Reeden przypuszczał, że do grona tych ostatnich należał właśnie kolega Jareha, ale wolał nie wypowiadać swoich przemyśleń na głos w obecności szefa, więc zamiast tego pochylił się nieco, by przyjrzeć się z bliska zdjęciu na wyświetlaczu telefonu. Przez kilka sekund jego pysk nie wyrażał niczego, jedynie jego nos zmarszczył się nieznacznie, jakby Anthren starał się sobie coś przypomnieć… A potem nagle jego oczy otworzyły się szeroko.

          -O kurwa… – wymsknęło się mu mimowolnie.

          -Żebyś wiedział, że „o kurwa”. – Jareh uśmiechnął się lekko, po czym z powrotem wsunął telefon do kieszeni. – Według informacji pochodzących bezpośrednio z polskiego wywiadu, typek powinien siedzieć w jakimś zatęchłym, brazylijskim więzieniu, a tymczasem swobodnie przechadza się po Solinie i w dodatku wygląda na to, że załatwia interesy z naszymi lokalnymi przemytnikami. Jakim cudem się tu znalazł? I co takiego może zaoferować naszym po tym, jak wystawił ich wszystkich kilka lat temu do wiatru? Będziesz miał za zadanie się tego wszystkiego dowiedzieć, a następnie wysmarować z tego odpowiedni artykuł. I co ty na to, hm? – zapytał, spoglądając na Reeda z lekko uniesioną brwią.

           Brązowy kot spojrzał na pysk jelenia w milczeniu, myśląc gorączkowo. Oczywiście mógłby odmówić, podając za powód fakt, iż miał obecnie w planie zarezerwowanie małego domku we włoskiej części Alp, gdzie zamierzał wybrać się wspólnie z Rosą, co Jareh zapewne przyjąłby z wielkim żalem, a następne przynajmniej raz w tygodniu wypominałby mu zmarnowanie tak świetnego tematu na artykuł, ale… Reed poczuł, jak po jego karku przebiega lekki dreszcz ekscytacji, którego od dawna nie miał okazji doświadczyć. Taki temat mógł się już nigdy więcej nie trafić, szczególnie z tak znaną osobistością kryminalnego podziemia w roli głównej, w dodatku przebywającą w najdzikszym rejonie kraju… A poza tym była to doskonała okazja, żeby wyrwać się z czterech ścian rzeszowskiego biurowca w inny sposób niż tylko wzięcie chorobowego czy urlopu po tak długim czasie pisarskiej posuchy.

          -Tydzień czasu i dam ci cały materiał na tacy – mruknął Reeden, wciskając przycisk zasilania od swojego komputera. Wyglądało na to, że chwilowo będzie musiał zapomnieć o relaksie w swoim ulubionym fotelu, ze szklanką whisky z lodem.

          Stary autobus z pewnymi trudnościami pokonywał wzniesienie, co dało się wyczuć po jego spadającej prędkości, oraz coraz głośniej wyjącym silniku. Reeden skrzywił się, słysząc jak przekładnia zgrzytnęła głośno po tym, jak kierowca zredukował bieg, starając się utrzymać odpowiednie obroty. Rozpinając bardziej koszulę, Anthren wystawił z lekko otwartego pyska język, starając się ochłodzić – klimatyzacja w tym autobusie była jedynie prawie zatartą naklejką na obdrapanej karoserii. Dlaczego nie zdecydował się na przyjazd tutaj swoim wychuchanym Sceniciem, gdzie na pewno byłoby o wiele wygodniej i chłodniej? Sam do końca nie był pewien, ale zapewne jednym z powodów były kiepskie drogi, na których szkoda mu było zostawić zawieszenie, szczególnie po wjechaniu w jakąś większą dziurę.

          Spoglądając przez zabrudzoną szybę, starał się dostrzec cokolwiek poprzez gęstą linię świerków i buków, które od paru dobrych kilometrów zasłaniały widok po obydwu stronach drogi. Kilka razy zdawało się mu, że pomiędzy drzewami dało się dostrzec błyszczącą w oddali wodę, oraz wzniesienie i coś, co przypominało resztki ogromnej, betonowej ściany. Oczywiście słyszał wielokrotnie co najmniej kilka historii o tym, co kilkadziesiąt lat temu stało się z największą w skali kraju zaporą wzniesioną na Sanie, jednakże wszystkie te pogłoski i konspiracyjne poglądy nigdy nie przemawiały do wyobraźni Reeda. Nie ulegało jednak wątpliwości, że doszło do tragedii, o której usłyszała nie tylko Europa, ale również cały świat.

          Gdy autobus w końcu dotarł do szczytu wzniesienia, oczom pumy ukazał się dość ponury widok. W miejscu, gdzie zapewne niegdyś znajdowała się potężna i solidna zapora, zbudowana pomiędzy dwoma ścianami skalnych wzniesień, obecnie ziała jedyne ogromna wyrwa, a w jej dolnej części, pomiędzy kawałkami gruzu wielkości samochodów ciężarowych leniwie sączył się San. Resztki zapory wciąż sterczały ze skał po obydwu stronach, gdzieniegdzie zwisając w dół na potężnych, stalowych zbrojeniach. Teren poniżej zapory doskonale pokazywał, jaką moc musiała mieć woda z Zalewu Solińskiego, gdy w jednej chwili została uwolniona – wszystko było tutaj obdarte z ziemi i drzew do gołej skały. Po moście i dużym odcinku drogi, niegdyś łączących Solinę z resztą świata nie pozostał choćby najmniejszy ślad, a w miejscu, gdzie rzeka skręcała lekko w lewo by ominąć sąsiednią górę, znajdowało się potężne wyżłobienie, jakby woda bez większego problemu oddarła ze wzniesienia spory kawałek, zabierając go ze sobą.

           Reeden wzdrygnął się lekko, podczas gdy autobus skręcił, kierując się w stronę starej części Soliny, pozostawiając z tyłu ruiny zapory. Zerkając krótko na pozostałych ośmiu pasażerów Anthren stwierdził, iż na żadnym z nich tamten widok nie wywołał choćby najmniejszego wrażenia – spoglądali oni bez większych emocji w ekrany swoich telefonów, dwójka z nich drzemała, a siedzący blisko Reeda ryś czytał z uwagą jakąś książkę. „Zapewne tutejsi, albo często tędy przejeżdżają i już zdążyli przywyknąć”, pomyślał, choć z drugiej strony nie był w stanie sobie wyobrazić, jak można było się przyzwyczaić do tak ponurego obrazu. Tym bardziej, jeśli się pomyślało, ile żyć tamtego dnia ogromna fala zabrała razem ze sobą.

          Gdy po pół godziny jazdy Reeden wysiadł z autobusu wraz ze swoim bagażem, z zaciekawieniem zaczął rozglądać się wokół po niegdyś najpopularniejszym kurorcie turystycznym w Bieszczadach. Obecnie dawne budynki hoteli i restauracji stały opustoszałe i popadały w ruinę, nie wspominając o tym, że ciężko było zobaczyć tutaj jakiegokolwiek turystę. Okoliczna roślinność zdziczała, a droga w wielu miejscach nie nadawała się już do remontu. Oczywiście kilka mniejszych ośrodków wciąż funkcjonowało dla ludzi takich jak znajomy Jareha, oraz dla „gości” udających się do „Sztygarki”. A skoro już mowa o tym lokalu… Brązowy kot spojrzał w kierunku rzędu budynków znajdujących się wzdłuż ulicy, która niegdyś prowadziła w kierunku zapory, po czym westchnął cicho i poprawiając swoją softshellową kurtkę na ramionach, ruszył w tamtą stronę, wmawiając sobie w myślach, że wszystko uda mu się załatwić od łapy i będzie mógł szybko z powrotem znaleźć się w Rzeszowie.

          Nagle do jego uszu zaczął docierać narastający warkot silnika. Znajdując się zaledwie kilkadziesiąt metrów od wejścia do lokalu, Reeden spojrzał z zaciekawieniem w drogi prowadzącej do Polańczyka. Po chwili, zjeżdżając powoli w dół, zza zakrętu wyłonił się czerwony Ził, którego chłodnica sprawiała wrażenie, jakby za wszelką cenę chciała się wydostać na zewnątrz komory silnika. Siedzący w szoferce tygrys kiwał lekko głową w rytm głośnej rockowej muzyki, wydobywającej się z głośników samochodu. Osłonięta materiałem paka i mocno obniżone zawieszenie sugerowały, że kierowca wiezie dokądś całkiem spore ilości towaru. Odprowadzając Ziła wzrokiem, Anthren zobaczył jak samochód wpada w nieco większą dziurę w asfalcie, podskakuje na niej lekko, a coś niewielkiego wypada przez uchylony z tyłu brezent na drogę. Kierujący tygrys najwidoczniej nie zwrócił na to uwagi, ponieważ samochód po kilku sekundach zniknął mu z pola widzenia, jadąc dalej drogą prowadzącą w kierunku Ustrzyk.

          Reeden mógłby to zignorować i po prostu wejść do „Sztygarki”, ale jego wrodzona, czasami wręcz dziecięca ciekawość wzięła górę. Zostawiając bagaż na skrzyżowaniu, pobiegł szybko w miejsce, gdzie na asfalt upadła niewielka część załadunku. Zatrzymując się na środku drogi przykucnął, a następnie podniósł z niej niewielkie pudełko, które nie miało na sobie żadnych napisów i było częściowo otwarte. Czując jak po karku przebiega mu dreszcz, Anthren rozglądnął się na boki, by sprawdzić czy nie jest przez nikogo obserwowany, a następnie powoli uchylił wieczko, wyciągając z pudełka niewielkie, elektroniczne urządzenie. Kilka sekund oględzin w zupełności wystarczyło, żeby bez najmniejszych wątpliwości rozpoznać cyfrowy detonator do ładunku wybuchowego. Czując, jak serce pochodzi mu do gardła, Reed wyprostował się i spojrzał w kierunku, w którym odjechał czerwony samochód. Teraz już doskonale wiedział, jaki załadunek znajdował się na jego pace.

          Otrząsnąwszy się z szoku i w duchu namiętnie przeklinając swoją ciekawość, Reeden szybkim krokiem wrócił do swojego bagażu, wsuwając do kieszeni kurtki znalezione urządzenie i kierując się w stronę „Sztygarki”. Gdy po kilku minutach zatrzymał się przed obskurnym wejściem do lokalu, spojrzał na nie bez większego entuzjazmu. Frontowe drzwi i okiennice były w kilku miejscach podrapane i pęknięte, a w napisie prezentującym nazwę brakowało kilku liter. Ten niezbyt zachęcający wygląd oraz dobiegające ze środka głośne krzyki odebrały brązowemu samcowi część odwagi, którą od kilku dni tak bardzo starał się wewnątrz siebie zbudować. „Już za późno na to, żeby się wycofać„, pomyślał. Przełykając z trudem narastającą w gardle gulę, Reeden położył łapę na klamce… A następnie ją nacisnął

SZROT 2 - Daniel Superson - 04-08-2019r.

           Westchnąwszy cicho, brązowy wilk odłożył na rozścielony kawałek plandeki notatnik i długopis, a następnie zdjął okulary i zaczął przecierać zmęczone oczy. Gdy po chwili podniósł głowę, zaczął rozglądać się po znajdujących się w oddali wzniesieniach i leniwie płynących po niebie chmurach, celowo unikając spojrzeniem swoich narzędzi pisarskich .

          Siedząc na niewielkiej półce porośniętej złotą trawą i borowiną, położnej kilka metrów poniżej szlaku i ukrytej przed oczami przechodzących powyżej turystów przy pomocy ogromnego, szpiczastym kamieniem, Corus mógł rozkoszować się chwilą spokoju z dala od ciekawskich, a niekiedy wręcz natarczywych spojrzeń i codziennych, pospolitych rozmów, jednocześnie nie tracąc nic z otaczającego go krajobrazu. To właśnie to miejsce zazwyczaj wybierał, chcąc poszukać natchnienia do napisania jednego ze swoich tekstów, porzucając otaczające go ściany pomieszczeń oraz miasto, którego „smrodem” przesiąkał nieuchronnie z dnia na dzień coraz bardziej.

          Praca, dom, obowiązki… To wszystko sprawiało, że coraz ciężej było się mu skupić na wyskrobaniu choćby paru konkretnych zdań, a co dopiero mówić o jakimkolwiek dłuższym tekście. Obecnie wszystko zdawało się odciągać jego uwagę od pisania – niejednokrotnie łapał się już na tym, że zastanawiał się, czy nie pisać swoich tekstów w jakimś odizolowanym, pozbawionym Internetu miejscu. Tylko czy naprawdę tyle zachodu miało jeszcze jakikolwiek sens?

          Ukrywając pysk pomiędzy łapami, brązowy wilczur wbił lekko pazury w swoją skroń, zaciskając zęby. Coraz częściej zastanawiał się, czy tak naprawdę w ogóle chce jeszcze pisać. Jeszcze kilka lat temu, gdy miał wierne grono czytelników i znajomych poza miejscem zamieszkania, sprawiało mu to przyjemność. A potem, gdy wszystko bardzo szybko się zmieniło, a obowiązki dorosłego życia przygniotły go niczym walec….Obecnie każdy kolejny tekst po prostu był… I nie wnosił do jego serca jakiejkolwiek radości, czy też satysfakcji.

          Corus zaśmiał się cicho sam do siebie. A może po prostu stawał się leniwy, uznając że skoro jest tak bardzo zapracowany, to na pewno nie da rady znaleźć czasu na rozwój swoich pisarskich umiejętności i szukał na siłę wytłumaczenia oraz wymówek?

          -Cześć!… Ummm… Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?

          Wyrwany z ponurych przemyśleń, Anthren uniósł głowę, przenosząc spojrzenie błękitnych oczu na rudą lisicę o fioletowych oczach, która uśmiechała się przepraszająco. Jej ubiór i plecak świadczyły o tym, że ma już spore doświadczenie w chodzeniu po górach i nie trafiła do tej „kryjówki” całkowicie przez przypadek.

          -Ani trochę – odparł, przywołując lekki uśmiech. Nie czekając na to aż samica zapyta, czy może usiąść, zaczął przesuwać swoje rzeczy bliżej siebie, żeby zrobić dla niej miejsce. – Niech zgadnę… Ławki na szlaku są obecnie oblegane?

          -Oblegane to mało powiedziane – rzuciła ze zniesmaczeniem w głosie lisica, podchodząc do Corusa z lekkim onieśmieleniem. Zrzucając z ramion ciężki plecak, rozłożyła na borowinie obok samca swoją kurtkę, na której po chwili przycupnęła. – Nawet kanapki nie można zjeść w spokoju, bo zatrzymuje się w gardle za każdym razem, gdy na ciebie patrzą. Zupełnie jakby chcieli za wszelką cenę sprawdzić, z czym jest ta kanapka… – dodała, szukając czegoś we wnętrzu plecaka.

          Corus pokiwał ze zrozumieniem głową, uśmiechając się przy tym z politowaniem. Upływające lata i nagły wzrost liczy turystów nauczyły go aż za dobrze cenienia własnej prywatności podczas podróży, czy też na szlaku. Nigdy nie należał do odludków, ale doskonale zadawał sobie sprawę, że każdy w życiu potrzebuje chociaż przez ten głupi kwadrans pobyć w samotności. A że jego „kwadrans” minął już stosunkowo dawno, nie miał nic przeciwko towarzystwu lisicy, która sprawiała wrażenie uprzejmej i spokojnej. Była też ładna – jej futro było zadbane, czarna grzywka opadała jej na jedno z oczu,a kształty ciała, choć nie nadmiernie wydatne, przyciągały wzrok. Brązowy wilk nie mógł się powstrzymać, by co pewien czas nie rzucić na nią okiem.

          Tymczasem lisica wyjęła z plecaka zawiniątko oraz mały termos. Gdy go odkręciła, do nosa Corusa niemalże od razu dotarł aromat ciepłej, nieco słabej kawy. Z pewnym żalem myśląc o nieco już chłodnej herbacie owocowej w swoim termosie, Anthren kątem oka obserwował, jak samica pałaszuje kanapkę ze smakiem.

          -Smacznego, … Umm… – zaczął, po czym zająknął się z zakłopotaniem. Nie znał imienia samicy.

          -Tira – wymamrotała z pełnym pyskiem lisica, uśmiechając się przy tym z pewnym wysiłkiem. Wilczur z trudem powstrzymał ciche parsknięcie.

          -A zatem ponownie życzę smacznego, Tira – odpowiedział. – I tak przy okazji, jestem Corus – dodał, wyciągając łapę w jej stronę. Odkładając kubek, samica uścisnęła ją z lekko onieśmielonym uśmiechem. Gdy ponownie sięgnęła po kawę, jej spojrzenie zatrzymało się na leżącym obok wilczura otwartym notatniku i długopisie. Jej oczy zdawały się błyskawicznie chłonąć kolejne linijki wersji roboczej tekstu, nad którym obecnie pracował brązowy Anthren. Corus to zauważył i chrząknąwszy głośno, sięgnął po swoje zapiski, zamykając czarne, mocno podniszczone okładki, dodatkowo opasane rzemykiem.

          -Przepraszam cię najmocniej, nie powinnam – wymamrotała Tira, gdy tylko przełknęła spory kęs kanapki, kładąc po sobie uszy i wbijając spojrzenie w swoje nogi. – A więc… Jesteś pisarzem? – zapytała po chwili kłopotliwej ciszy, starając się nawiązać dialog.

          -Mniej więcej – mruknął w odpowiedzi Corus, niezbyt szczęśliwy z faktu, że lisica zaczynała rozmowę na temat, którego wolał obecnie unikać. – Czasami zdarzy się mi przypadkiem napisać parę linijek tekstu w odpowiedniej kolejności, przez co ostatecznie nawet da się to przeczytać po kilku głębszych kieliszkach. – Wilk zaśmiał się cicho w dość ponury sposób. Zawsze utrzymywał wobec siebie dystans i nigdy nie pozwalał sobie na to, żeby przechwalać się swoimi umiejętnościami przed innymi.

          -Nie opowiadaj głupot! – zawołała Tira nieco głośniej niż zamierzała, po czym dodała już znacznie ciszej, nie patrząc na wilka. – Ten tekst, który zacząłeś pisać, o miłości… Zdążyłam przeczytać zaledwie kawałek, ale uważam, że brzmi on bardzo ładnie i obiecująco. – Lisica uśmiechnęła się ciepło.

          Pysk Corusa wykrzywił lekki grymas.

          -„Szczera, prawdziwa i wierna miłość aż po koniec”, hm? – Brązowy samiec sięgnął do swojego plecaka, grzebiąc w nim powoli. – Oczywiście nie dziwi mnie fakt, że podobna tematyka przypadła Ci do gustu, w końcu jesteś samicą. Singielka, jeśli się nie mylę?

          -Tak… – odparła niepewnie Tira, spoglądając na Corusa z zaskoczeniem. – Nie rozumiem jednak, co to ma do rzeczy…

          -Jesteś jedną z tych, które wierzą, że spotka je ta jedyna, najwspanialsza miłość. – Nie patrząc na Anthrenkę, wilk wyjął z plecaka termos i odkręcając go, nalał do kubka chłodnej już herbaty. – Że samiec, na którego trafią, będzie je kochał wiernie, oddanie, całym swoim sercem i zrobi dla nich wszystko, poświęcając cały swój czas tylko im. Że wspólnie pokonają wszelkie przeciwności losu, zawsze znajdą szczęście choćby w najmniejszej rzeczy i nigdy nie będą musieli się martwić o przyszłość… Otóż muszę z przykrością wyprowadzić cię z błędu – taka miłość nigdy nie istniała, nie istnieje i nie będzie istnieć.

          Corus pociągnął z kubka solidny łyk herbaty, spoglądając w niebo i nie zwracając uwagi na wyraz pyska Tiry, która obecnie nie odrywała od niego wzroku.

          -Skąd w ogóle pomysł, że kogoś szukam? – zapytała lekko drżącym głosem, odkładając swój termos z powrotem do plecaka. – Może jest mi dobrze z tym, że jestem sama?

          -Ponieważ twoja reakcja na moje słowa aż nazbyt klarownie pokazuje, że uderzyłem w pogląd, którego do tej pory trzymałaś się niczym świętości – odparł spokojnie samiec. – Ponadto na tamtych dwóch stronach notatnika miałem zapisane trzy różne koncepty tekstów, a ciebie zainteresowało akurat tych kilka niezbyt imponujących linijek dotyczących miłości. Dlaczego akurat nie fantasy, ani krótki kawałek wiersza?

          -Nawet jeśli… – warknęła z lekkim poirytowaniem Tira. – To, o czym mówisz, wcale nie musi mieć odzwierciedlenia dla każdego z nas. Każdy z nas kocha inaczej, a to, że ty nie potrafisz poradzić sobie z miłością i zapewne z nikim nie byłeś…

          -Byłem z kimś, dla kogo chciałem oddać wszystko – warknął Corus, patrząc prosto na lisicę. – Uparcie brnąłem w uczucie, które nie miało przyszłości. Trzymałem się go rozpaczliwie niczym tonący brzytwy, ciągle powtarzając sobie, że nigdy nie spotka mnie nic lepszego. Ślepo wierzyłem w to, że dwoje ludzi z zupełnie różnych światów, o niemal przeciwnych poglądach będzie w stanie się zrozumieć, pokochać, wspierać. Tak jak ty teraz wierzyłem, że miłość, która tak głęboko zakorzeniła się w moim sercu, pokona wszelkie przeszkody, pomoże mi lepiej zrozumieć drugą stronę, pozwoli mi zmienić się na lepsze. Pozwoliłem, by moje uczucia wzięły górę nad rozsądkiem, ślepo im ufając i wierząc bardziej niż słowom rodziny, przyjaciół, którzy starali się mi pomóc… I oto dziś jestem tutaj, kilka lat po rozstaniu, wiodąc nowe, własne życie, Wolny, lecz wciąż z dziurą w sercu i przekonaniem, że miłość jest tylko reakcją chemiczną, chwilowym zauroczeniem, a nawet zamroczeniem buzującymi w ciele hormonami.

          -To twoje zdanie – odparła chłodno Tira. – To, że tobie się nie powiodło wcale nie znaczy, że inni nie odnajdą w swoim życiu prawdziwego szczęścia.

          -Masz zupełną rację! – Wilczur uśmiechnął się lekko. – Każdy zapewne w końcu znajdzie swoje szczęście. Uważam jedynie, że miłość nie jest do niego wcale potrzebna. Teraz, gdy już wyzbyłem się tego toksycznego uczucia, nareszcie żyję pełnią życia, nie martwiąc się o to, czy ta druga strona coś do mnie czuje i czy są z tym jakieś problemy. Zresztą, z czego miałbym wybierać? Z tych wszystkich pustych samic, dla których obecnie najbardziej liczą się pieniądze i wygląd partnera? Jestem wolnym Anthrenem i wcale nie chcę tego zmieniać!

          -Jesteś więźniem własnej porażki – wycedziła przez zęby lisica, wstając. – Pomimo tych kilku lat wciąż żywisz do niej żal za to, że nie ułożyło się wam razem i zapewne uparcie wypierasz przy tym swoją winę. Poniosłeś mimo swoich wysiłków porażkę, więc teraz za wszelką cenę starasz się unikać tego uczucia, żeby po raz kolejny nie wplątać się w cokolwiek emocjonalnie… Żeby po raz kolejny nie oddać całego serca i umysłu dla tej jednej samicy. Jesteś sam ze sobą zapewne tylko na własne życzenie, ponieważ unikasz wszelkich możliwych spotkań, a każda próba poszukiwań kończy się dla ciebie fiaskiem, albo porzucasz ją jeszcze zanim zaczniesz. Mówiąc o tym, że nie ma prawdziwej miłości uważasz się za doświadczonego przez los mędrca, który chce służyć radą innym, a tak naprawdę jesteś niczym niemowlę w powijakach. Jednokrotne doświadczenie i kilka napotkanych po drodze osób nie czyni cię wszechwiedzącym i doświadczonym przez los! Najpierw czegoś spróbuj, a dopiero później wciskaj taki kit innym!

           Podnosząc z borowiny kurtkę, Tira założyła ją byle jak na siebie, zarzucając na ramię plecak, po czym przeszła obok milczącego Corusa, który wciąż trzymał w łapach kubek z niedopitą herbatą, spoglądając w nieokreślony punkt na niebie. Nagle jednak Anthrenka zatrzymała się w pewnym oddaleniu od samca, zaciskając łapy w pięści i zagryzając wargi. Po kilku sekundach odetchnęła jednak głęboko.

          -Życzę ci, żebyś pomimo tych wszystkich słów, znalazł miłość i szczęście, które zaprzeczą twoim poglądom i pokażą ci, że jednak istnieje wszystko to, czemu zaprzeczasz, Corusie – powiedziała cicho, stojąc plecami do wilczura. Otworzyła jeszcze pysk, jakby chciała coś dodać, ale najwidoczniej się rozmyśliła, bo po chwili odeszła, wspinając się po wzniesieniu z powrotem na szlak i zostawiając brązowego wilka samego.

          Corus, który przez chwilę jeszcze patrzył do góry, po chwili opuścił łeb w dół, spoglądając na brązową powierzchnię herbaty, w której można było dostrzec pozbawiony wyrazu wilczy pysk.

          -Jestem szczęśliwy z tym wszystkim… Prawda? – zapytał sam siebie cicho, odstawiając kubek z powrotem na koc.

          Pojedyncze krople upadły na niewielkie listki borowiny, zsuwając się po nich powoli w dół, by bez śladu wsiąknąć w wysuszoną ziemię bieszczadzkich wzniesień.

Gdzie wilk mówi dobranoc -odcinek I - Daniel Superson - 22-06-2019r.

            Nad Pszczelinami niezbyt pośpieszenie zaczynał się kolejny, wiosenny dzień. Promienie słońca, unoszącego się coraz wyżej ponad otaczające wzniesienia, przelewały się przez korony drzew, które nie zdołały się jeszcze w pełni pokryć świeżymi, soczyście zielonymi liśćmi. Na ziemi, znajdującej się w pobliżu koryta płynącej wartko Wołosatki rósł w dużych kępach czosnek niedźwiedzi, roztaczając w powietrzu intensywny zapach, niemal zagłuszający woń kwitnących wszędzie wokół kwiatów. Wszelkiego rodzaju ptactwo już od wczesnych godzin porannych uwijało się pomiędzy niskimi źdźbłami traw i gałęziami drzew, wyśpiewując swój codzienny, donośny koncert.
 
             Popielaty wilczur poruszył się lekko w swoim śpiworze, czując jak słońce świeci mu prosto w pysk, grzejąc go nieznośnie mimo sierści, która się na nim znajdowała. I te wszystkie ptaki… Mamrocząc coś cicho pod nosem, Anthren z wciąż zamkniętymi oczami odnalazł suwak od zamka błyskawicznego, po czym rozsunął śpiwór i powoli usiadł, przecierając oczy łapami. Ziewając przy tym szeroko, okazując dwa rzędy ostrych, wilczych kłów, wilk rozejrzał się niezbyt przytomnie wokół. Jego oczy zatrzymały się na wygasłym, pociemniałym palenisku, oraz opartym kawałek dalej dużym plecaku turystycznym. Sięgając na oślep obok siebie, wymacał leżącą przy śpiworze snajperkę i to właśnie uczucie położonych na chłodnym metalu lufy palców sprawiło, że westchnął cicho z ulgą. A więc miał kolejną noc za sobą. Kolejną, w trakcie której nie został okradziony, postrzelony, lub zaatakowany przez dzikie zwierzę. A takich ostatnimi czasy miał naprawdę niewiele, odkąd znalazł się w Polsce… A już szczególnie w Bieszczadach, na dzikiej granicy łączącej ten zapomniany przez Boga i Anthrenów kraj z Rosją, która niemal 70 lat temu wchłonęła wszystkie kraje, znajdujące się przy wschodniej granicy Polski, włącznie z jej północno – wschodnią częścią. Ostatni postrzał w prawy bark, który miał nieprzyjemność dostać ponad dwa tygodnie temu w okolicach Leska od jednego z lokalnych wciąż nie mógł się zagoić.

          Gdy tylko Vaalandil wygrzebał się ze śpiwora, ruszył niezbyt entuzjastycznie na brzeg rzeki. Klękając przy jej korycie na kamieniach i marząc o tym, żeby w końcu wziąć gorący prysznic, samiec obmył łeb i pysk zimną wodą, parskając przy tym głośno. Nabierając wody do starego, mocno sfatygowanego rondelka wrócił do paleniska, rozpalając małe ognisko, by podgrzać jedną z ostatnich puszek wojskowego gulaszu. Co prawda smakował jak przesolone gówno zmieszane z konserwą i puszkowymi warzywami, ale był ciepły, pożywny i wystarczał na niemal pół dnia solidnego marszu.

          Wypadałoby uzupełnić zapasy, pomyślał Val, przeżuwając powoli w pysku kolejne porcje posiłku, zagryzając je wysuszonym chlebem. Na okoliczne wioski nie mógł liczyć – znajdujące się w nich budynki dawno już zostały splądrowane, a nawet jeśli coś pozostało, to tamtejsi mieszkańcy bronili ich za cenę własnego życia. A Val nie był jeszcze na tyle zdesperowany. Jeszcze… Tak czy inaczej, myśląc o czymś więcej niż tylko upolowana zwierzyna(o którą w sezonie zaczynało być coraz ciężej), bądź też mógł w tym przypadku ruszyć w dwa miejsca. Pierwsze z nich, Lutowiska, obecnie stanowiło dość mocno strzeżoną bazę zjednoczonych sił zbrojnych Polski, Rosji i Francji. Co prawda znał kilku tamtejszych Anthrenów, ale ich dowództwo bardzo skrzętnie pilnowało zgromadzonych zapasów i surowo karało wszelkie próby przemycania ich poza miasto. I choć nigdy zbytnio nie przejmował się losem innych, to nie chciał by inni odpowiadali za jego własne zachcianki.

          Drugim wariantem było ruszenie do częściowo zniszczonych Ustrzyk Dolnych, które aktualnie stanowiły jedną, wielką dziuplę południowo – wschodnich przemytników oraz handlarzy wszelkiej maści broni, technologii oraz narkotyków na czarnym rynku. Tu z kolei łatwiej było o znalezienie posiłku, ale równie łatwo można go też było przypłacić zranieniem, utratą części ciała, lub też swojego życia. A tego ostatniego nie zamierzał się pozbyć dla kilku puszek i suszonej szynki i miał szczerą nadzieje, że nigdy nie będzie do tego zmuszony.

          Westchnąwszy głośno, wilczur wstał, zalewając wodą z rondelka dogasające ognisko, po czym zaczął powoli się pakować, rozglądając się po spokojnym brzegu rzeki. Mgła z upływem czasu coraz bardziej ustępowała miejsca promieniom słońca, odsłaniając kolejne elementy krajobrazu. W pewnym oddaleniu od niego zaczął wyłaniać się z niej stary, sypiący się już most, który obecnie pozwalał na przekroczenie nurtu rzeki jedynie pieszo – mocno już nadkruszone kolumny, ciągle podmywane wartkim nurtem rzeki w każdej chwili groziły zawaleniem.

          Unosząc spojrzenie od kolumn w górę, Vaalandil zatrzymał na chwilę oczy na betonowym pomoście. Coś dziwnego błysnęło ponad metalową barierką, odbijając światło wiosennego słońca. Szary Anthren zmrużył swoje jedyne oko, próbując dostrzec wyraźniej coś, co znajdowało się na moście… Po czym zaklął cicho i gwałtownie odskoczył w tył, chowając się za jednym z pni drzew. Wściekły sam na siebie wyjrzał ostrożnie zza pnia, rzucając jedynie krótkie spojrzenie na most i ponownie się ukrył. Jakim cudem tak długo zajęło mu powiązanie owego błysku ze szkłami lornetki bądź też lunety w snajperce, tego nie był w stanie sobie wytłumaczyć. Nie ulegało jednak wątpliwości, że nie znajdował się w tej okolicy sam. Podstawowe pytanie obecnie brzmiało jednak – czy został zauważony, a jeśli tak, to od jak dawna był obserwowany? Mgła zaczęła się rozrzedzać stosunkowo niedawno, więc istniała szansa, że obserwujący go Anthren nie miał dłuższej sposobności, żeby się mu przyjrzeć. Ciekawski wędrowiec, którego zaaferowało ognisko rozpalone w bieszczadzkiej dziczy? Czy też ktoś na niego polował? Wrzucając w pośpiechu do plecaka swoje rzeczy i zwijając byle jak śpiwór, wilczur raz za razem rzucał ostrożne spojrzenie w kierunku mostu. Znajdujący się na nim Anthren wciąż stał w tym samym miejscu, choć Val zauważył, że unosi on łapę do głowy, trzymając w niej coś, co zapewne było krótkofalówką. Co do niej mówił i z kim rozmawiał? Jakoś nieszczególnie miał zamiar czekać, żeby odpowiedzieć sobie na te pytania.

          Zarzucając na plecy ekwipunek i przerzucając przez ramię snajperkę, popielaty wilk ruszył szybkim krokiem w kierunku prowadzącym do Lutowisk, przemieszczając się wzdłuż granicy linii drzew i kamienistego brzegu Wołosatki. Biorąc pod uwagę bliskość granicy, wolał unikać głównej drogi ze względu na częste patrole żołnierzy i zbyt dużą ilość ciekawskich oczu. Wieloletnie doświadczenie podpowiadało mu, żeby tych drugich unikać w szczególności – w dzisiejszych czasach nie można było być pewnym kto, jak i za ile sprzedaje informacje odpowiednim Anthrenom. Szczególnie jeśli miało się więcej wrogów jak przyjaciół, tak jak w przypadku Vala.

           Co pewien czas przystając, Vaalandil oglądał się za siebie, nasłuchując i węsząc w chłodnym, przesiąkniętym wilgocią powietrzu poranka, upewniając się czy nie jest śledzony. Jednakże do jego uszu obecnie docierał jedynie szum płynącej i poranny śpiew szpaków, a nozdrza wypełniał zapach mokrej, leśnej ściółki. Wydawało się, że nic nie jest w stanie zmącić tego spokojnego stanu, który od setek lat panował w głębszych partiach Bieszczad, wracając na te tereny za każdym razem, gdy jakiś krótkotrwały epizod w historii starał się zburzyć panującą tu harmonię…

          Jednym z tych epizodów stał się właśnie pomruk silnika, który zaczął docierać do uszu Vala, narastając z każdą kolejną sekundą do poziomu głośnego ryku. Chwytając przewieszoną na szyi lornetkę, popielaty Anthren przyłożył ją do swojego jedynego, pomarańczowego ślepia, kierując wzrok na drogę, prześwitującą pomiędzy pniami drzew. Od strony Ustrzyk Górnych najeżdżał nią szybko stary, czerwony Ził z paką nakrytą brezentem, zostawiając za sobą chmurę pyłu i dymu, świadczącego o tym że silnik dość łapczywie pożera olej. Lakier na mocno skorodowanej szoferce w wielu miejscach był zdarty, a tam gdzie jeszcze zdołał się ostać, wyblakł i zmatowiał. Poprzez zakurzone boczne szyby ciężko było określić, kto był kierowcą, ani skąd pochodził samochód – brakowało od przodu brakowało blach rejestracyjnych.

          Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów Ził zatrzymał się na środku drogi, a jego silnik zgasł, strzelając przy tym głośno z wydechu i płosząc z gałęzi pobliskich drzew siedzące na nich ptaki. Val, który wciąż obserwował samochód przez lornetkę, poruszył niespokojnie uszami, wciąż świadomy pobliskiego zagrożenia. Nic jednak nie świadczyło o tym, że miałby być śledzony. Tymczasem po chwili drzwi szoferki otworzyły się ze skrzypieniem i powoli wysiadł z niej anthreński kierowca, przeciągając się i ziewając szeroko. Krótkie spojrzenie na jego pysk i zakręcone rogi wystarczyło, by wilk bez najmniejszego problemu rozpoznał Jinxa Quoda, lokalnego przemytnika broni, wszelkiej maści sprzętu elektronicznego… I jego dobrego znajomego. Uśmiechając się lekko, Vaalandil odsunął lornetkę od oczu, po czym poprawiając broń na ramieniu, ruszył pewnym krokiem w stronę Ziła.

          Gdy tylko wysunął się poza linię drzew, pierwszym co uderzyło jego nos był zapach mocnej kawy, wydobywający się z termosu trzymanego przez czerwono – czarną, rogatą hybrydę tygrysa i gada w łapie. Przysiadłszy na schodku prowadzącym do kabiny pasażera, częściowo poryty łuską kot sączył swój ulubiony napój powoli, z wyraźną ulgą wymalowaną na jego pysku. Ubrany w ciemną koszulkę na ramiączkach, z parą napierśników na szyi i czapką z daszkiem złudnie przypominał teraz jednego z wojskowych, co nie mogło być bardziej mylnym skojarzeniem – Jinx słynął ze swojej niechęci do wojny i polityki, która w głównej mierze ją napędzała.

          Gdy tylko Val minął linię drzew i wyszedł na drogę, „pancerny” Anthren poderwał się gwałtownie ze stopnia, przewracając na pokrytą kurzem drogę swój bezcenny termos z kawą, dobywając z przypiętej do pasa kabury pistolet i wymierzając go bez zastanowienia prosto w głowę wilka. Ten niemal intuicyjnie odpowiedział tym samym, błyskawicznie sięgając po zarzuconą na plecy snajperkę i celując nią w Jinxa. Choć znał go od wielu lat, to wyciągnięta w jego kierunku broń przemawiała sama za sobą.

          Na szczęście tygrys potrzebował zaledwie kilka sekund, by rozpoznać swojego kolegę. Schował broń z powrotem do kabury, ale nie uśmiechnął się, posępnie spoglądając na leżący w drogowym tyle termos i jego zawartość, szybko wsiąkającą w rozkruszony asfalt.

          -Dwa tygodnie zajęło mi znalezienie pół kilowego woreczka tej kawy – mruknął, mierząc Vaalandila gniewnym spojrzeniem. – Nawet nie zdajesz sobie sprawy przez co przeszedłem, żeby go zdobyć.

          Wyszczerzywszy zęby w nieco złośliwym uśmiechu, popielaty Anthren z powrotem zarzucił snajperkę na plecy, po czym podszedł do niepocieszonego Jinxa i poklepał go po plecach.

          -Mam nadzieję, że dwukilowy, lniany worek Lavazzy, kupiony na targu w podziemiach Rzeszowa wystarczy, żeby chociaż częściowo wynagrodzić ci tak straszliwą stratę – odparł, po czym uścisnął kota w przyjacielskim geście. – Kopę lat! – rzucił. – Choć muszę przyznać, że nigdy nie spodziewałbym się zastać cię na tym bieszczadzkim zadupiu.

          Tygrys również uścisnął mocno wilka(co ten wyraźnie odczuł na swoich żebrach i kręgosłupie), po czym cofnął się i szczerząc swoje długie kły, poklepał łapą nakrytą materiałem pakę.

          -Jeśli towar znajduje odpowiednio płacącego nabywcę, nawet piekło nie jest zbyt odległym miejscem – mruknął, po czym przyglądnął się uważniej przyjacielowi. Jego spojrzenie zatrzymało się na bandażach, widocznych pod częściowo zapiętą kurtką, oraz świeżych bliznach na pysku. – Widzę, że pobyt w podkarpackiej dziczy też już zdołał się na tobie odcisnąć przez tych kilka lat. Znając ciebie, czujesz się tu pewnie jak ryba w wodzie.

          -Taaaa, na pewno – odparł Val, uśmiechając się ironicznie i zerkając na ciężarówkę. Nie śmiał nawet sobie wyobrażać, co może być w niej przewożone, ale skoro Jinx zapuścił się w te tereny, to musiało być to coś albo cholernie cennego i rzadkiego… Albo było tego bardzo dużo. – Czyste powietrze, natura i warunki typowo jak z sanatorium. Od czasu do czasu trafi się tylko jakiś Polak czy Ukrainiec, który odczuwa wyższą potrzebę strzelania. Ewentualnie zdarzy mi się wpaść na głodnego niedźwiedzia lub watahę wilków, z których każdy jest mojego wzrostu… Ot, nic tylko rzucić wielkomiejskie, stresujące życie i wyjechać w Bieszczady.

          Jinx roześmiał się głośno, po czym klepnął Vaalandila po plecach tak mocno, że ten ledwie ustał na łapach.

          -Wybacz, ale nie mam zbyt wiele czasu na rozmowę, choćbym i chciał – powiedział przepraszającym tonem. – Właśnie jadę rozładować towar w Ustrzykach Dolnych, a później w Solinie, żeby na koniec uderzyć na Arłamów. W tym ostatnim liczę na najbardziej lukratywną transakcję – rzucił, zakręcając termos i otwierając drzwi od szoferki. – Może mogę gdzieś cię podrzucić, skoro jadę w tamtą stronę?

          -Jeśli po drodze zahaczysz o Lutowiska, byłbym ci bardzo wdzięczny – powiedział popielaty wilczur, uważnie obserwując reakcję Jinxa. – Mam zapasy do uzupełnienia i parę spraw do załatwienia, nim ruszę dalej.

          Tak jak się spodziewał, pysk tygrysa wykrzywił lekki grymas niezadowolenia, gdy tylko usłyszał nazwę miejscowości, do której wybiera się Val.

          -Wyrzucę cię przy granicy bazy, po czym pojadę dalej boczną drogą – mruknął cicho, siadając w szoferce i przekręcając kluczyk. Ził odpalił z lekkim ociąganiem, po czym silnik zaryczał głośno, a z wydechu wystrzelił czarny gęsty kłąb spalin. – Wolałbym uniknąć szczegółowej kontroli ze strony stacjonujących tam mundurowych… No i nie mogę sobie pozwolić na opóźnienia w dostawie.

          Jednooki wilk zaśmiał się cicho, siadając obok Jinxa i po raz pierwszy od dawien dawna wyciągnął się wygodnie w fotelu, który wciąż, mimo swojego wieku i wysłużenia, zapewniał odrobinę wygody, do której tak bardzo od wielu dni było mu tęskno. Rzucając od niechcenia spojrzeniem po szoferce, Vaalandil zdołał zauważyć kilka elektronicznych gadżetów rozwieszonych w różnych miejscach, jak stary odtwarzacz MP3, tablet ze zbitym ekranem, niedziałający smartwatch, a nawet stara, klawiaturowa Nokia. Pomiędzy tym wszystkim, ponad radiem pośrodku kokpitu, znajdowało się zdjęcie Jinxa i jego narzeczonej Tory, wykonane na tle Bundestagu w Berlinie.

          Gdy tylko Ził ruszył powoli przed siebie, skrzypiąc resorami na niezbyt równej drodze prowadzącej w stronę Lutowisk, Val przymknął swoje jedyne oko, po raz pierwszy od dawien dawna zaznając chwilowego spokoju.

          -Po Polsce krąży plotka, że Rosjanie po kryjomu przedarli się przez granicę w okolicy Beniowej, żeby ukryć głęboko w lesie zdalną głowicę nuklearną. – Jinx spojrzał z ukosa na Vaalandila. – Siedzisz tu już nieco czasu… Może wiesz coś na ten temat?

          Popielaty Anthren zaśmiał się, po czym pokręcił przecząco głową, nie otwierając oka.

          -Plotka taka jak każda inna, która wypływa z granicy – mruknął z grymasem zniechęcenia odmalowanym na pysku. – Rosjanie i część podległej im Ukrainy starają się zasiać zamęt, żeby wzbudzić wśród naszych niepewność i lęk.

          Jinx pokiwał ze zrozumieniem łbem, po czym spoglądając na drogę nieco mocniej docisnął gaz. Silnik zaryczał głośnej, a Ził, choć z trudem, przyspieszył. Westchnąwszy cicho, Val nie myślał o tym, co zastanie w Lutowiskach. Nie zastanawiał się nad planem działania, oraz czy przyjazd tam ma jakikolwiek sens. Drapiąc się lekko za uchem, popielaty wilczur obecnie wiedział tylko dwie rzeczy – potrzebował solidnego posiłku… I gorącego prysznica.

Cichy powrót -Daniel Superson 07-05-2019r.

          Tego wiosennego wieczoru atmosfera w karczmie „Pod Starym Smokiem” była  wyjątkowo napięta. Powietrze, gęste od fajkowego dymu zgromadzonych w głównej sali gości, zdawało się być przesiąknięte zniecierpliwieniem i nerwowością, które bezlitośnie zduszały pojedyncze wybuchy śmiechu. Większość anthreńskich pysków, które były słabo widoczne w świetle podwieszonych u sufitu latarni, miało ponury, wręcz przygnębiony wyraz, Gdyby ktoś obcy wszedł teraz do karczmy mógłby odnieść wrażenie, że jej goście pogrążeni są w żałobie po stracie wspólnego, dobrego znajomego. 
 
          Powodem owego ogólnego przytłoczenia nie były jednak gwałtowne roztopy, które co roku na wiosnę nawiedzały tereny przylegające do Reny, której wzburzone wody niszczyły pola i domy. Nie byli to też Żniwiarze, wygłodzeni po długiej i mroźnej zimie, którzy plądrowali magazyny, spichlerze, a nawet małe spiżarki w niemalże całej Aurii i Spinei. Również zdziczałe boreańskie wilki, grasujące przez końcowy okres zimy i wczesnej wiosny na ziemiach Borei i Aurii, pozbawione od wielu lat głównego przywódcy stada nie wzbudzały tak dużego zainteresowania jak niepokojące wieści zza Oceanu Łez, które od kilku dni krążyły po lokalnych karczmach w niemal całej Calei.

          -Sojusz z ludźmi? I to w dodatku z tymi pochodzącymi Carmond? Nie mogą myśleć o tym poważnie – mruknął lew, siedzący przy stole znajdującym się w centralnej części karczmy. Pomimo młodego wieku jego sierść nie wyglądała imponująco – w kilku miejscach była postrzępiona i przybrudzona, a w pysku brakowało mu dwóch przednich zębów. – Przecież to jak próba zbratania wygłodniałego wilka i tłustej owcy.

          -Ludzie w Calei nigdy nie byli mile widziani. – Stary bizon o długich, poskręcanych i wielu miejscach siwych lokach poruszył się niespokojnie na swoim krześle. – Pojedyncze jednostki były przez nas tolerowane, ale nigdy nie przyszłoby mi na myśl, że można z nimi zawrzeć sojusz. Tym bardziej, jeśli mowa o Carmond, które od wielu lat próbuje uzyskać siłą dostęp do naszych surowców i poznać tajemne umiejętności tutejszych magów.

          -Sssssłyszałem że ich król jest równie bezlitosny i chciwy jak Sssssyun – odezwał się cicho się zielono – żółty jaszczur, pochylając się w przód ku pozostałym rozmówcom. Jego ciało w kilku miejscach pokrywały odstające, ostre łuski, a długi, rozwidlony język co chwilę wysuwał się z paszczy, przecinając powietrze niczym bicz. – Być może mają jakiś wsssssspólny interes i potrzebują ssssiebie nawzajem.

          -Obydwaj mają wspólnych wrogów zarówno w Calei jak i w Carmond. – Biało – czarna wilczyca, pozbawiona jednego ucha, odstawiła kufel na stół, ocierając łapą piwną pianę z pyska. – Widać uznali, że z podwójną ilością armii łatwiej będzie stłumić jakikolwiek opór, zarówno Anthrenów jak i ludzi. Nie od dziś wiadomo, że Syun od ponad dziesięciu lat powoli, ale skutecznie pozbywa się tych, którzy stają mu na drodze, lub nie zgadzają się z jego chorą wizją całej Calei.

          -Jeśli myśli, że pójdzie mu z nami tak łatwo, jak temu królowi ludzi… Marronowi, tak? No więc jeśli uważa, że poddamy się tak łatwo, jak te słabe, anthreńskie pizdki z Carmond i damy się zamknąć w klatce tak, jak ich zepchnięto za górę do Lunmaru, to jest w grubym błędzie – rzucił podniesionym głosem potężny, umięśniony jeleń, uderzając pięścią w stół z taką siłą, że znajdujące się na blacie kufle i talerze zadzwoniły. Jego wysokie, rozrośnięte poroże sięgało niemal do dolnych belek sufitu. – Jeśli tylko wszyscy ci, którzy sprzeciwiają się Syunowi w Calei zebrali się wspólnie, to na pewno…

          -…będziemy nadal niczym mała, wyjątkowo uciążliwa pchełka dla jego wielkiego brytana obronnego, którym jest Pradawny – dokończył brązowy lis, kręcąc z dezaprobatą głową. – Czy poprzednie powstania nie zdołały cię nauczyć, że każda podobna próba zostanie krwawo stłumiona? Bez odpowiedniej broni, pomocy magów, a przede wszystkim obeznanego dowódcy, jesteśmy dla niego niczym. I prędko się to nie zmieni, ponieważ magowie którzy pozostali w Calei są zajęci tylko i wyłącznie swoimi interesami, bądź dołączyli do Cienia i Żniwiarzy, a prawowici władcy wszystkich księstw zostali wygnani do Carmond niemal dwadzieścia lat temu. I wcale nie zanosi się na to, żeby kiedykolwiek mieli wrócić na te przeklęte ziemie. Tak więc pozostaje nam mimowolnie przystać na sojusz z ludźmi, chyba że ktoś jest bardzo chętny, żeby przypłacić próbę sprzeciwu własną krwią.

          Rozległo się kilka mało entuzjastycznych pomruków, które wyraziły zgodę z tym niezbyt optymistycznym poglądem.

          -Tyle lat i żadne z nich nie dało Calei choćby najmniejszego znaku, że jeszcze im na nas zależy – odezwał się z rozgoryczeniem w głosie czarnopióry jastrząb. Jego skórzana zbroja z herbem przedstawiającym słońce otoczone skrzydłami na zielonym tle świadczyła, że był jednym z żołnierzy Pinii, księstwa niegdyś w większości zamieszkanego przez majestatyczne gryfy. – Jaka jest w ogóle szansa na to, że którekolwiek z nich jeszcze żyje? A nawet jeśli, to czy chcieliby nam teraz pomóc? Być może w Carmond wiodą życie o wiele lepsze od tego, które mogłoby ich czekać tutaj…

           – Chyba nie słyszysz sam siebie – warknął siedzący nieco na uboczu gryf. Był nieco mniejszy od pozostałych przedstawicieli swojej rasy, jego żółto – czerwone, nastroszone pióra przywodziły na myśl płonący ogień, a całości dopełniał ostro zakończony orli dziób. Czerwone ślepia Anthrena błyszczały gniewnie, gdy patrzył na siedzącego obok niego jastrzębia. – Nikt przy zdrowych zmysłach nie porzuciłby od tak miejsca, w którym się urodził i wychował, a tym bardziej następnie stał na jego czele, walcząc za swoich poddanych do ostatniej chwili.

           Kilku zgromadzonych przy stole Anthrenów przytaknęło skinięciem łba, choć zrobili to nie do końca z przekonaniem.

          -Skoro tak intensywnie i z tak dużym poświęceniem za nas walczyli, powinni zginąć na polu walki, a nie pozwolić na to, żeby ich wygnano poza Caleę – odparł jeleń, parsknąwszy gniewnie. – Można by ich wręcz podejrzewać o to, że poszli Syunowi na rękę, ratując własną skórę.

           -Miarkuj słowa, młodzieńce – rzucił bizon, powoli wstając z krzesła. Mimo podeszłego wieku, jego wzrost i postura wciąż budziły szacunek. – Osobiście znałem Rufusa, ich przybranego ojca, oraz Lucjusza Tenebrae, oraz każdego z młodych władców Księstw. Ręczę swoim życiem za to, że żadne z nich nigdy nie splamiłoby swojego honoru w tak haniebny sposób.

          -Mówisz, że powinni zginąć – kontynuował gryf. – I co niby takiego wniosłaby ich śmierć? To właśnie ten fakt, że są gdzieś tam daleko dawał i wciąż daje nam nadzieję na to, że kiedyś wrócą z odsieczą. Wielu z nas nadal wciąż w to wierzy!

             -Nawet jeśli są jeszcze tacy głupcy jak ty w Calei, tą są oni w zdecydowanej mniejszości. – Czarna wilczyca uśmiechnęła się z politowaniem. – Wrócą z odsieczą, hm? I może jeszcze planują przywrócić dawną świetność Księstw? W życiu nie słyszałam bardziej niedorzecznych głupot! Albo nasz drogi Erif nauczył się opowiadać kiepskie żarty, albo jak zwykle przesadził z piwem.

           Anthreni siedzący przy stole w większości wybuchli gromkim śmiechem, podczas gdy bizon i dwóch innych spojrzeli na samicę z dezaprobatą. Dziób Erifa zacisnął się, po czym nagle gryf poderwał się z krzesła, strącając stojący na blacie kufel.

           -To właśnie przez takich jak wy Calea upadła! – krzyknął, zaciskając gniewnie orle szpony w pięści. – Najprościej się jest poddać i porzucić wiarę w zwycięstwo, co? I to mnie nazywacie głupcem, hm?! Na szczęście są jeszcze Anthreni, którzy będą do ostatniej kropli krwi walczyć za wolność Calei i wciąż wierzą! Poczekajcie… Niech no tylko Che…

          -Myślę, że zdecydowanie wystarczy ci na dziś i piwa i wrażeń – rozległ się za jego plecami oschły, stanowczy głos, a na ramieniu gryfa zacisnęła się lekko, ale zdecydowanie czarna, lwia łapa. Gdy Erif odwrócił szybko głowę w tył, napotkał groźne spojrzenie czerwonych ślepi wyższej od siebie ciemnozielonej gryficy, której głowę skrywał głęboki kaptur czarnego płaszcza. Jego oczy na krótką chwilę otworzyły się szeroko, zdradzając zaskoczenie jej obecnością, ale dość szybko się otrząsnął.

          -Za kogo ty niby się uważasz? – wycedził przez zaciśnięty dziób, próbując strącić z ramienia łapę samicy. – Nie potrzebuję niańki. Odwal się! – rzucił.

          Efekt był jednak taki, że skrzydlata Anthrenka zacisnęła łapę jeszcze mocniej, wbijając boleśnie pazury w bark czerwonego gryfa.

           -Wychodzimy – syknęła cicho rozkazującym tonem, ignorując zaciekawione spojrzenia zgromadzonych przy stole gości. Spojrzenie, które rzuciła Erifowi nie tylko nie akceptowało w żaden sposób odmowy – było w nim coś więcej. Zupełnie jakby gryfica chciała bez słów czy też wymownych gestów przekazać mu, że powinien z nią wyjść.

           -Wszystko w porządku? – rozległ się czyjś głos za jego plecami. Walcząc z sobą, Erif milczał przez chwilę, po czym odwrócił się.

           -W porządku – odparł beznamiętnie. – Wygląda na to, że chyba muszę faktycznie wyjść i ochłonąć. Za dużo piwa…

           Czując jak uścisk na jego ramieniu traci na sile, strącił w końcu łapę zielonej samicy, po czym bez słowa ruszył w stronę wyjścia z karczmy, nie oglądając się za siebie. Pchnąwszy mocno drzwi, wyszedł na zewnątrz, kierując się w stronę jednej z beczek zbierających deszczową wodę spływającą z dachu. Zatrzymując się przy niej, przez chwilę patrzył na spokojną taflę znajdującej się w niej wody, odbijającej rozgwieżdżone, nocne niebo i księżyc… Po czym zanurzył w niej całą głowę na kilka sekund, by po chwili wyjąć ją z beczki, parskając głośno i otrząsając pióra z lodowato zimnej wody. Gryfica była już przy nim, obserwując go bez większego zainteresowania, z chłodnym wyrazem dzioba.

           -Czy możesz łaskawie wyjaśnić mi, o co… – zaczął, ale Anthrenka przerwała mu szybko.

           -Nie tutaj – rzuciła krótko, po czym ruszyła przed siebie, kierując się w jedną z uliczek prowadzących pomiędzy zabudowania, nie czekając na niego. Erif uniósł jedną z brwi – każdy normalny Anthren w takiej sytuacji nie zastanawiał by się długo, tylko czmychnął by w przeciwnym kierunku, uciekając czym prędzej. Problem jednak polegał na tym, że on kompletnie nie należał do grona „normalnych i przykładnych” obywateli Calei. Zazgrzytawszy lekko dziobem, po krótkiej chwili ruszył szybko za samicą, starając się jej nie zgubić.

          Kiedy w końcu zrównał z nią krok, byli już na obrzeżach niewielkiego miasteczka Tygiru, który znajdował się niewiele ponad trzy dni drogi od stolicy Aurii, Pratii. Gryfica, dotąd idąca zdecydowanym krokiem przed siebie, zatrzymała się nagle obok starego, opuszczonego spichlerza i uszkodzonego przez pożar młyna. Czyste jak dotąd niebo zaszło częściowo chmurami, przyniesionymi od zachodu chłodnym wiatrem. Erif wzdrygnął się lekko, czując jak zimno wdziera się pomiędzy jego gęste pióra.

          -No dobra, myślę, że jesteśmy już wystarczająco daleko od ciekawskich uszu – mruknął ze zniecierpliwieniem. – Czy teraz mogę się w końcu dowiedzieć, o co to całe zamieszanie? Czy naprawdę nie można już w spokoju wypić wieczorem piwa i nieco głośniej wyrazić swoje poglądy? – zapytał, starając się nieco dokładniej przyglądnąć ciemnozielonej Anthrence.

           -Twój język, rozwiązany zbytnio piwem, stwarza zagrożenie – syknęła samica, a na jej dziobie odmalowało się zniesmaczenie, graniczące z pogardą. – Nie wspominając już o tym, że twoje zachowanie hańbi naszą rasę! Przesiadywać z Anthrenami, który za kilka sztuk złota sprzedaliby własnych przyjaciół i rodziny, a dodatkowo gardzą własnym domem… Zawsze miałam gryfy za stworzenia dumne i przewyższające mądrością innych. Niestety widzę jednak, że nasz ród stracił na wartości odkąd większość gryfów odleciała z Calei.

          -Brzmisz zupełnie, jak moja matka – rzucił Erif. – Poza tym, co to ma do rzeczy? Nie jesteśmy tu chyba po to, żebym teraz odbierał lekcje dobrych manier, prawda?

           -Masz rację – rozległo się za jego plecami. – Jesteśmy tu z zupełnie innego powodu.

          Zaskoczony samiec chciał się odwrócić, ale powstrzymała go przed tym chłodna stal ostrza, które szybko wsunęło się pomiędzy jego pióra, przylegając blisko do znajdującej się na szyi skórze. Po jego ciele przebiegł niezbyt przyjemny dreszcz, który nie miał zbyt wiele wspólnego z chłodnym wiatrem.

          -S… Słuchajcie… Nie szukam żadnych kłopotów – wymamrotał, obserwując jak gryfica powoli zbliża się w jego stronę, z chłodnym wyrazem dzioba. – Na pewno jesteśmy w stanie się jakoś dogadać – dodał szybko z nieco wymuszonym uśmiechem, szukając rozpaczliwie w myślach wytłumaczenia dla całej tej sytuacji. Kim w ogóle była owa gryfica, oraz jej przeciwnik? Żniwiarze? Nie, ci zazwyczaj otwarcie nosili się ze swoimi tatuażami w kształcie smoczej czaszki zionącej czarnym ogniem i na pewno nie pozwoliliby mu aż tak długo żyć. Nie był to też nikt z Ruchu Oporu, bo tych Anthrenów Erif w większości znał, a zwykły mieszkaniec Calei nie zaczepiłby go, żeby następnie zwabić go w pułapkę – no bo po co komuś podpity gryf, który rzuca jakimiś niedorzecznościami?

          -Nie wątpię w to, że masz bardzo dużo do powiedzenia na pewne tematy – rozległ się ponownie męski, lekko rozbawiony głos tuż za Erifem. – A tak się akurat składa, że potrzebuję w dość wyczerpujący sposób zasięgnąć języka odnośnie kilku nurtujących mnie spraw i ufam, że jesteś w stanie mi pomóc.

          -Mógłbyś z łaski swojej w końcu cofnąć zaklęcie? – rzuciła ze zniecierpliwieniem Anthrenka, składając na piersiach swoje zakończone ostrymi pazurami łapy i kierując słowa do stojącego za gryfem towarzysza. – Doprawdy nie rozumiem, jak możesz przez cały czas chodzić na dwóch nogach, nie wspominając o płynnej zmianie form.

          -Wybacz, że musiałaś przez to przejść. Tylko tak mogliśmy go wyciągnąć na zewnątrz, nie zwracając na siebie większej uwagi – odparł przepraszającym tonem głos, po czym wyszeptał kilka słów w nieznanym czerwonemu gryfowi języku. Korzystając z okazji, Erif lekko odwrócił łeb, by kątem oka rzucić na swojego przeciwnika… I nagle poczuł, jak jego serce błyskawicznie podchodzi do gardła. To był CZŁOWIEK. Czarnowłosy, szczupły mężczyzna z krótką, kozią bródką i dziwnym znamieniem na policzku. Czując, że robi mu się gorąco, samiec szybko z powrotem odwrócił wzrok w kierunku Anthrenki tylko po to, by doznać kolejnego szoku – oto na jego oczach zsunęła z siebie czarny płaszcz, opadając na cztery łapy i z każdą kolejną sekundą przybierając coraz bardziej zwierzęce kształty. W zaledwie niecałą minutę później na czterech łapach stała przed nim najprawdziwsza w świecie dzika gryfica, której wzrost w kłębie przewyższał go niemalże o połowę, dorównując rozmiarami młody smokom. Rozprostowując swoje potężne, orle skrzydła samica przeciągnęła się, wyraźnie westchnąwszy z ulgą.

          Carmond. Najemnicy z pieprzonego Carmond w końcu się do nas dobrali, przemknęło Erifowi przez głowę, podczas gdy jego kolana zaczęły mimo woli lekko drżeć. Kompletnie nie zwracał na to, co mówią pomiędzy sobą gryfica i mężczyzna, starając się opanować narastającą panikę. A więc wszystkie te plotki są prawdziwe, pomyślał, zamykając oczy i panicznie szukając możliwych opcji wyjścia z tej sytuacji. Mimo to, jedna myśl wciąż nie pozwalała mu na pełne skupienie – w jaki sposób ludzie mogli wejść we współpracę z feralami(dzikie zwierzęta o umysłach rozwiniętych na poziomie Anthrenów czy też człowieka)? Zawsze wydawało mu się, że ludzie przyjaźnią się jedynie tylko z przedstawicielami swojego gatunku, traktując inne rasy jak szkodniki, które należało bezwzględne wytępić.

          -… Chezz. – To imię przykuło nagle uwagę Erifa, wyrywając go z toku myślowego. Klinga odsunęła się nieco od jego szyi, więc młody gryf zaryzykował powolne odwrócenie się w stronę czarnowłosego mężczyzny, napotykając spokojne, aczkolwiek przeszywające spojrzenie błękitnych oczu. – Wygląda na to, że wiesz całkiem sporo na jej temat. Może mógłbyś podzielić się z nami informacjami, które posiadasz? Jest ona głównym powodem, dla którego w ogóle znaleźliśmy się w Calei. – Człowiek obdarzył go lekkim, uprzejmym uśmiechem. – Uważamy, że mogłaby nam pomóc w kilku dość skomplikowanych sprawach.

          -Nie znam jej – odparł beznamiętnie Erif, mając nadzieję, że jego wygląd i głos nie zdradzały coraz bardziej narastającego napięcia. Skąd ci szubrawcy z Carmond mogli wiedzieć o Chezz? Skoro wiedzieli o niej, to musieli również posiadać informacje na temat Ruchu Oporu. Młody Anthren nagle zapomniał o chłodnym wietrze, czując jak robi mu się coraz bardziej gorąco. Czyżby Syun zamierzał wspólnie z ludźmi i zdrajcami rasy Antrenów podstępem, lub też siłą poprzez „pomniejsze płotki” dotrzeć do swoich głównych przeciwników i ostatecznie zdusić ich opór? Z drugiej jednak strony – czy ktoś w takim przypadku grzecznie pytałby o szczegóły, nie uciekając się do gróźb, czy tortur? – Nie mam pojęcia, dlaczego akurat takie imię nasunęło mi się na język w karczmie. Cóż, jak widać alkohol zaczyna zbierać już swoje żniwo – dodał z ciężkim westchnięciem.

          –Doprawdy? Kilka ostatnich dni świadczy o czym zupełnie innym – rozległ się w głowie Erifa głos wypełniony lekką pogardą. Młody samiec z zaskoczeniem spojrzał w kierunku Egory, bo nie miał najmniejszej wątpliwości, że ów głos należał do niej. Jej dziób nie poruszał się, a mimo to słyszał jej słowa – był to bardzo rzadki sposób na porozumiewanie się rozumnych ferali z innymi rasami, w swojej formie przypominający telepatię. – Wystarczyło odpowiednio długo śledzić cię z ukrycia, żeby usłyszeć co najmniej dwa razy dziennie jej imię, nie wspominając już o rozmowach z poszczególnymi członkami Ruchu Oporu. Być może i nie jesteś jego przywódcą, ale posiadasz na ten temat dużą wiedzę i na pewno częściowo kierujesz jego członkami, wykonując rozkazy niejakiej czerwonej lwicy o imieniu Chezz. – Oczy Erifa rozszerzyły się, a na dziobie Egory odmalował się wyraz tryumfu. – Och, nie powinieneś być zdziwiony faktem, że wiemy kim ona jest. Zaledwie dwa tygodnie zasięgania języka o odpowiednich źródeł wystarczyło, żeby doskonale rozeznać się w obecnej sytuacji Calei, oraz by usłyszeć wystarczająco dużo na temat Ruchu Oporu, zarówno ze strony mieszkańców kontynentu, jak i od Żniwiarzy. Choć nie kryję, że to drugie źródło wiedzy traktuję z obrzydzeniem… Choć i ono potrafi być wiarygodne.

          -Z… zaczekajcie! To nie jest tak, jak wam się wydaje… – rzucił gorączkowo czerwony gryf, czując jak opuszcza go całe opanowanie. Skoro już dowiedzieli się tak dużo, to jedyne co im pozostało, to miejsce w którym aktualnie przebywała Chezz, a na to nie mógł pozwolić, nawet jeśli miał zabrać ze sobą tą tajemnicę do grobu. Problem jednak polegał na tym, że nie zamierzał oddać swojego życia tak łatwo. – Musieliście mnie z kimś pomylić! Ja naprawdę…

           -Wystarczy kłamstw. – Mężczyzna uciszył go, z powrotem przysuwając ostrze miecza bliżej jego szyi. Z twarzy czarnowłosego człowieka zniknął uprzejmy uśmiech, zastąpiony powagą. – Straciliśmy już wystarczająco dużo czasu na dziecinne podchody, a moja cierpliwość ma pewne granice. Jeśli teraz powiesz w końcu, gdzie ją znajdziemy, obejdzie się bez zbędnych nieprzyjemności…

          Nagle mężczyzna odskoczył od Erifa z zaskoczeniem, zostawiając na jego szyi delikatne nacięcie, ukryte pod czerwonymi piórami. Jak się okazało, wycofał się w samą porę, bowiem młody gryf zupełnie niespodziewanie przyzwał do jednej ze swoich szponiastych łap ognistą kulę bez wypowiedzenia choćby jednej litery zaklęcia. W niecałe dwie sekundy później musiał wykonać unik, ponieważ Anthren bez większego zastanowienia cisnął ją w jego stronę. Odskakując szybko na bok, mężczyzna obserwował jak płomień przelatuje tuż obok niego, osmalając krawędzie jego płaszcza, po czym rozbija się na kamiennych ruinach młyna, rozsypując dookoła setki mniejszych płomyków ognia. Kilka z nich dotarło do dziurawego, słomianego dachu i starych okiennic, niemal natychmiast je podpalając. Egora zaklęła głośno pod nosem – jeśli dojdzie do pożaru, dym i płomienie ściągną na nich uwagę.

           -Prędzej umrę, niż powiem wam coś więcej! – krzyknął Erif, przywołując do łapy kolejną płonącą kulę. – Nigdy nie pozwolimy na to, żeby Syun przejął całkowitą władzę nad Caleą, nawet jeśli tacy cholerni najemnicy z Carmond jak wy dołączą do jego przeklętych Żniwiarzy! Macie na to moje słowo!

         -Magia Ognia, zapomniana w Calei od czasów Rufusa… – wyszeptał mężczyzna, przesuwając bezwiednie dłonią po nadpalonym płaszczu. – …W dodatku używana bez wypowiedzenia słów zaklęcia… A niech mnie! – dodał już głośniej, podczas gdy jego twarz rozpromienił uśmiech. – A więc nie wszystko jeszcze zostało zatracone! A to ci zaskoczenie…

          –Panie Ekspert! – warknęła Egora, stojąca obok niego, zjeżywszy futro na grzbiecie i uginając łapy w gotowości bojowej. – Czy możesz z łaski swojej zostawić entuzjazm na potem? Chyba, że podoba ci się wizja spłonięcia dla własnej uciechy. – dodała, po czym zwróciła się do Erifa. – Najemnicy z Carmond? Nie wiem skąd ci to przyszło do głowy, ale uwierz mi, służenie pod dowództwem ludzi byłoby ostatnią rzeczą, jaką zrobiłabym w życiu.

          -Nie wierzę ci! – rzucił gryf, dysząc ciężko. Najwidoczniej długotrwałe podtrzymywanie magicznego płomienia szybko wysysało z niego energię. – Bratasz się z człowiekiem, największym wrogiem Anthrenów i ferali. I ty nazywasz siebie dumnym stworzeniem, godnym Pradawnych? Nie rozśmieszaj mnie! – samiec zaśmiał się histerycznie, podczas gdy jego ramię zaczęło drżeć. – Jesteś taka jak inni, przedkładasz własne cele ponad dobro wszystkich!

          –Co ty… – zaczęła gryfica, ale Erif nie zamierzał dłużej czekać, ciskając zaklęcie prosto w nią. Nie mając czasu na ucieczkę, Egora zacisnęła dziób i osłoniła się własnymi skrzydłami, czekając na uderzenie płonącej kuli. Minęła sekunda, dwie… Pięć. A jednak wciąż nie czuła ognia na swoich zielonych piórach. Nieznacznie rozsuwając skrzydła, spojrzała poprzez powstałą, wąską szczelinę przed siebie, nie do końca pewna tego, co zobaczy.

          Ognista kula zatrzymała się niecały metr od niej, zawisnąwszy ponad ziemią. Nie przesuwała się naprzód, ani do tyłu, a jedynie wirowała powoli wokół własnej osi. Osuwając skrzydła z powrotem na boki, zielona samica odetchnęła cicho z ulgą, po czym – podobnie jak Erif, którego dziób rozwarł się lekko – spojrzała na mężczyznę, który stał obok niej z uniesioną przed sobą dłonią. Jego oczy i znamię na twarzy jarzyły się słabym, błękitnym blaskiem.

          -Język Ognia był niegdyś jedną z najpotężniejszych dziedzin magii, jakimi władano w Calei – powiedział, poruszywszy lekko dłonią. Płonąca kula podskoczyła do góry, wykonując przy tym dziwny taniec. Podmuch rozgrzanego powietrza owiał zarówno Egorę, jak i stojącego niczym słup soli Erifa. – Można było powiedzieć, że nie znalazłby się nikt, kto byłby mu się w stanie przeciwstawić. Morderczy, nieprzewidywalny żywioł… A jednak… – na twarzy czarnowłosego człowieka zatańczył uśmiech. – Nagle w Calei pojawił się ród Tenebrae, który wniósł na kontynent zupełnie nowy rodzaj Magii Żywiołów – nieznany dotąd nikomu Język Wiatru. Nie był on na początku tak potężny jak inne, starodawne Języki, lecz mimo to okazało się nagle, że potrafi on bez problemu okiełznać Ogień. Dość szybko odkryto również, że ma on również dwojaką naturę – z jednej strony Wiatr potrafił dorównać Ogniowi i zwalczyć go, z drugiej jednak… Gdy te dwa Języki połączono razem, tworzyły one niszczycielską siłę nie do zatrzymania.

          Wykonując lekki gest dłoni mężczyzna wypowiedział cicho kilka słów, po raz kolejny w nieznanej Erifowi mowie. Zatrzymany dotąd w miejscu płomień zamigotał gwałtownie, poruszony nagłym, silnym podmuchem wiatru wiejącym od strony gryficy i człowieka, po czym wystrzelił on w stronę młodego samca. Erif krzyknął z przerażeniem i nie będąc w stanie ruszyć się z miejsca, zasłonił się w panice łapami, spodziewając się najgorszego. Jednakże ognista kula nie uderzyła w niego, a jedynie zaczęła wokół niego krążyć. Z początku powoli, przyspieszając swój ruch z każdą sekundą, płomienie zaczynały przybierać na sile, dodatkowo rozniecane silnym pędem powietrza, tworząc wokół Erifa ognisty wir, w środku którego się znajdował. Temperatura wewnątrz dość szybko stała się nie do zniesienia, a palący wręcz podmuch wdzierał się pod pióra, niemal parząc ukrytą pod nimi skórę, wysuszając gardło i oczy. Młody Anthren krzyknął, ale jego głos niemal od razu utonął w szumie ognistej pożogi, jaka się wokół niego rozpętała. Klękając na ziemi, samiec przycisnął głowę do trawy i zamknął oczy, oddychając szybko i oczekując najgorszego. Na bogów, spłonę żywcem, przemknęło mu przez głowę. Straszliwa śmierć jak dla kogoś tak młodego… A przecież miał przed sobą jeszcze tyle życia.

          Kolejne sekundy mijały jednak po sobie, a jego pióra wciąż nie zajęły się płomieniami, a wręcz przeciwnie – szum zaczął ustawać, a nieznośny upał maleć, by po chwili całkowicie zniknąć. Powoli otwierając oczy Erif stwierdził z zaskoczeniem, że ognisty wir zniknął, pozostawiając wokół niego wypalony ślad w kształcie kręgu na trawie. Czując na swoich barkach powiew zimnego wiatru, gryf wzdrygnął się i uniósł głowę, by zobaczyć jak czarnowłosy mężczyzna przy pomocy magicznego podmuchu (czy też przyzwanego wiatru – Erif sam nie wiedział na co dokładnie patrzy) gasi płomienie na budynkach, które zostały podpalone przez pierwszą ognistą kulę.

          Kiedy młody gryf chciał się podnieść, na jego plecy nagle opadły dwie ciężkie łapy, przygważdżając go z powrotem do ziemi i pozbawiając tchu. Warknąwszy gniewne, odwrócił z trudem głowę tylko po to, by napotkać czerwone ślepia gryficy, która przysunęła swój duży, zakończony ostrym dziobem łeb aż nazbyt blisko.

          -Jeszcze jedna sztuczka, a osobiście rozpłatam ci plecy pazurami – wysyczała przez zaciśnięty dziób Egora. – Wystawiłeś moją cierpliwość na próbę aż nadto, więc na twoim miejscu nie ruszałabym się zbytnio.

          Erif poczuł, że od całego ciągu dzisiejszych wydarzeń zaczyna boleć go głowa. Feral i człowiek współpracujący ze sobą, pytania o Chezz, Język Wiatru… To ostatnie aktualnie jednak najbardziej zajmowało jego skołatane myśli. Ostatnim użytkownikiem tego typu magii w Calei był Corus Tenebrae, ostatni z potomków rodu Tenebrae, wygnany wraz z innymi Książętami do Carmond. Z tego, co mówiły im różne doniesienia, na sąsiednim kontynencie ten typ magicznego Żywiołu znało zaledwie kilkoro ludzi i elfów, którzy dość skwapliwie skrywali swoją wiedzę i było wysoce wątpliwe, żeby chcieli przyłączyć się do losowej, mało rozgarniętej gromady najemników, nawet za odpowiednio wysoką ceną. Skąd więc pierwszy lepszy człowiek, który pojawił się w Calei po niemal kilkudziesięciu latach przerwy, posiadał takie zdolności?

          -No dobrze, skoro małą rozgrzewkę mamy już za sobą, powinniśmy wyjaśnić sobie pewne nieporozumienie. – Rozległ się tuż nad nim głos mężczyzny. Unosząc w jego stronę głowę Erif patrzył, jak ten przykuca przy nim ze słabym uśmiechem wymalowanym na twarzy. Na jego czole i skroniach można było dostrzec kropelki potu, a jego pierś unosiła się nieco szybciej, co oznaczało że używanie magii również i jemu sprawiało pewne trudności. Egora spojrzała na niego krótko z lekkim zaniepokojeniem, ale nie odezwała się ani słowem. – Przede wszystkim chciałbym cię przeprosić za dość „zdecydowane” kroki… – Gryfica prychnęła cicho z pogardą. – …Ale nie możemy sobie pozwolić na zwłokę. Dodam również, aby całkowicie nie zwalać winy na nas, że twój temperament niewiele pomaga przy współpracy. – Człowiek zaśmiał się cicho, po czym położył dłoń na ramieniu Erifa. Jeśli zaś chodzi o sprawę najemników z Carmond, zapewne przyniesie ci ulgę, jeśli otwarcie ci powiem, że być może i przypłynęliśmy stamtąd do Calei, ale jesteśmy tutaj w zupełnie innym celu, niż myślisz. Obecnie jest nas tu jedynie dwójka, ale jeśli tylko uda się nam zrealizować pewne konkretne cele, być może szybko się to zmieni. Otóż, widzisz, jest pewien konkretny powód dla którego jesteśmy ciekawi odnośnie Chezz i Ruchu Oporu…

           I oto, na jego oczach, czarnowłosy mężczyzna zaczął się zmieniać. Jego twarz zaczęła się wydłużać, szybko kształtując się w pysk i obrastając brązową, miejscami przyprószoną siwizną sierścią, podobne jak ramiona i dłonie, które nagle stały się wilczymi łapami, zakończonymi czarnymi pazurami. Uszy stały się bardziej szpiczaste, zwierzęce, a z tyłu jego ciała zaczął wyrastać długi, brązowo – czarny ogon. W zaledwie niecałą minutę nie stał już przed nim człowiek, a brązowo – czarny wilk, Anthren w najczystszej postaci. Jedyne, co nie zmieniło się w jego wyglądzie to błękitne znamiona na policzku i powyżej nadgarstków, oraz oczy, tak samo niezwykle niebieskie.

          Oczy Erifa rozwarły się szeroko, podobnie jak jego pysk. Niemalże od razu poznał ten pysk, rozwieszony od wielu lat w całej Calei na listach gończych. Nie, to nie mogła być prawda. Na pewno wciąż sobie z nim pogrywali, chcąc go przekonać do siebie, przeciągnąć na swoją stronę. A jednak, ten wygląd… I magia Wiatru…

          -Ty jesteś Cor… – zaczął, ale brązowy wilczur błyskawicznie położył palec na jego dziobie.

          -Jeśli wypowiesz teraz na głos moje imię, będziemy naprawdę musieli pozbyć się wszystkich dowodów naszej obecności w tym miejscu – powiedział Corus Tenebrae z uśmiechem wymalowanym na pysku. Nagle ucisk na plecach Erifa zelżał, podczas gdy brązowy Anthren chwycił go za ramię i z zaskakującą łatwością podniósł go do góry.

          – A teraz, jeśli można… – dodał, patrząc prosto w ślepia gryfa. – Chcielibyśmy zobaczyć się z Chezz.

Po drugiej stronie lustra - Daniel Superson

          „Oczy są lustrzanym odbiciem duszy”, jak to zwykli mawiać niektórzy. Zazwyczaj zdradzają człowieka, nawet jeśli na jego twarzy gości kamienny, monotonny wyraz. Potrafią odzwierciedlić reakcję na konkretne zdarzenia, oraz przekazać odczucia, nieraz tak skrzętnie maskowane przed innymi.

            Jej oczy, o barwie ciemnej zieleni, były obecnie straszliwie puste i pozbawione wyrazu tak samo jak jej twarz. Spoglądała gdzieś w dal i to, co działo się wokół zdawało się zbytnio do niej nie docierać. Jej palce bezwiednie przesuwały się po oponie wózka, na którym siedziała.  

          – Angie…?

          Nie odpowiedziała, więc ktoś podszedł do niej powoli od tyłu, kładąc dłoń na jej ramieniu. Młoda dziewczyna o krótkich włosach w kolorze zboża, spiętych z tyłu głowy wzdrygnęła się, mimowolnie wracając do rzeczywistości i odwracając głowę do stojącego za nią starszego, częściowo już siwego mężczyzny. W jej oczach pojawił się zwykły, nieco przygaszony blask, co najwyraźniej uspokoiło wyraźnie zaniepokojonego staruszka.

          – Twoja przerwa skończyła się jakieś dwadzieścia minut temu – powiedział łagodnym tonem, prostując się i ocierając pot z czoła starodawną, materiałową chustką. Połowa października była tego roku wyjątkowo upalna w New Jersey. – Nikt nie był w stanie mi powiedzieć gdzie jesteś, więc pomyślałem, że znajdę cię właśnie tutaj.

          Obydwoje znajdowali się w dość ciasnym przejściu między magazynowymi regałami, na których znajdowały się zakurzone, najwidoczniej zapomniane pudełka z towarem.

          – Proszę mi wybaczyć, panie Haver – powiedziała cicho Angelina, spuszczając głowę w dół. – Ja… Po prostu szukałam jednego z towarów, o który wcześniej pytał jeden z klientów…

          – I szukasz go na regałach z pudłami przeznaczonymi do brakowania? – zapytał z lekką drwiną w głosie staruszek. – Daj spokój, przecież wiem, dlaczego tutaj siedzisz. Poza tym tyle razy już cię prosiłem, żebyś mówiła mi James.

          Widząc, że zazwyczaj pewna siebie dziewczyna nadal trzyma głowę zwieszoną w dół, staruszek westchnął cicho. Nigdy nie traktował jej w wyjątkowy sposób, nawet jeśli jeździła na wózku inwalidzkim i była sparaliżowana od pasa w dół. Wiedział, że takim ludziom w życiu nic nie pomagało lepiej niż rzucanie wyzwań, z którymi musieli się zmierzyć na równi z w pełni sprawnymi.

           – Spójrz na mnie Angie – powiedział stanowczym tonem. Gdy młoda kobieta uniosła głowę do góry, James niemal od razu zobaczył na jej twarzy to, co widział czasami u innych pracowników sklepu. Był właścicielem tego miejsca wystarczająco długo, żeby nabrać już nieco wiedzy i doświadczenia z podobnymi przypadkami.

          – Ktoś z klientów dał ci się we znaki, mam rację? – zapytał bez zbędnych ogródek, choć tak naprawdę z góry znał już odpowiedź. Angelina zamrugała nerwowo, ale tym razem nie odwróciła głowy od spokojnych i wyjątkowo ciepłych oczu jej kierownika.

           Miał rację, ale tylko częściowo.

          Kiedy dziś jak zwykle zaczynała rano dzień w pracy, nic nie wskazywało na to, żeby miał on się czymś różnić od jej monotonicznej codzienności. A szkoda. Coraz częściej przyłapywała się na tym, że po cichu zastanawiała się co by się wydarzyło, gdyby w pobliżu jej mieszkania lub miejsca pracy wybuchła mała bomba domowej roboty.

          Budząc się wcześnie, jak zwykle otworzyła z niechęcią oczy i patrzyła przez dobrą chwilę w sufit, zastanawiając się czy jest w ogóle sens, żeby dzisiejszego dnia wstała z łóżka. Ostatecznie jednak wizja zer na koncie i pustej lodówki wzięła górę, więc mamrocząc coś cicho pod nosem przyciągnęła wózek bliżej łóżka, żeby się na niego wgramolić.

          Gdy tylko rutyna w postaci porannej higieny i prostego śniadania dobiegła końca przy akompaniamencie dźwięków dobiegających z ulicy oraz telewizora znajdującego się w kuchni, Angie wygramoliła się ze swojego odrobinę ciasnego mieszkanka, znajdującego się na parterze starej kamiennicy. Mijając w głównym hallu młode małżeństwo i ich synka, którzy mieszkali piętro wyżej(i byli jednymi z niewielu, którzy mieli „zdrowe” podejście do osób niepełnosprawnych, nie traktując jej jak nieporadnego i opornie myślącego nieszczęścia), wyjechała na zewnątrz, a następnie skierowała się w kierunku najbliższego przystanku.

            Pogoda była ładna jak na tą porę roku i zanosiło się na wyjątkowo upalny dzień. Docierając na miejsce, od razu ukryła się w cieniu rzucanym przez dach na przystankową ławkę, ignorując spojrzenia innych osób oczekujących na autobus. Zdołała się już do nich przyzwyczaić, podobnie jak do szeptów, zupełnie jakby znajdowała się na łożu śmierci, albo była niedorozwinięta umysłowo. Gdy tylko autobus nadjechał i opuścił w dół rampę do podjazdu wózkiem, wjechała szybko do środka, nie czekając na denerwujące ją pytania w stylu: „pomóc Pani?” albo „czy na pewno da sobie Pani sama radę?”. Już nie wspominając o tym, że dla niektórych osoba na wózku „wsiadająca” do autobusu była niczym atrakcja w cyrku, mimowolnie przyciągająca wzrok.

            W trakcie przejazdu do pracy zerknęła krótko na portal społecznościowy bez większego przekonania, że znajdzie tam coś zajmującego – większość jej znajomych pracowała bądź miała założoną własną rodzinę i nie miała czasu, żeby przesiadywać na smartfonach bądź komputerach. Własna rodzina… Te dwa słowa wywołały bolesne ukłucie. Wyłączając ekran i chowając telefon do niewielkiego plecaka leżącego na jej kolanach, Angelina odwróciła głowę w stronę okna, patrząc niewidzącymi oczami na przesuwające się po drugiej stronie szyby samochody i budynki. Czasami oddałaby wszystko za kogoś bliższego niż tylko przyjaciele, czy rodzice. Kogoś, kto nie odwracałby od niej wzroku, widząc jej słabość.

           Docierając do sklepu w którym pracowała, Angie wyrzuciła z głowy nękające ją myśli, pragnąc w pełni skupić się na tym, co robi. Jej praca polegała na obsłudze kasy, oraz utrzymywaniu porządku na niższych półkach, będących w zasięgu jej rąk. Bardzo często też udzielała informacji klientom, gdzie znajduje się jakiś produkt, albo gdzie mogą zasięgnąć informacji na konkretne tematy. Wszystkie te czynności starała się wykonywać z uprzejmością i uśmiechem, jak każda normalna dziewczyna w jej wieku, doskonale znając swoje możliwości i ograniczenia. Zresztą James Haver – właściciel sklepu – w żaden sposób jej nie faworyzował, pozwalając by uczyła się sama rozwiązywać napotykające ją trudności, pomagając jej jedynie dobrym słowem i radą. Zresztą w jaki sposób mógł jej bardziej pomóc prawie siedemdziesięcioletni staruszek?

            Przez pozostałych współpracowników była traktowana na co dzień dość neutralnie, choć bardzo często zauważała, że daje się od nich wyczuć pewien dystans i niepewność odnośnie tego, jak powinni się do niej odnosić ze względu na jej niepełnosprawność. Widok osoby na wózku dla wielu z nich wciąż nie był czymś, obok czego można było przejść obojętnie.

           Dwójka z nich – Frank i Rebecca – była jej dobrymi znajomymi, sprawiającymi że długie i czasem wyjątkowo nudne godziny spędzane na obsłudze sklepu mijały zdecydowanie szybciej. Nie raz wygłupiali się wspólnie na magazynie, korzystając z chwilowej przerwy w napływie klientów, lub po prostu spędzali czas na wspólnym wykonywaniu obowiązków w sklepie.

            Tak więc gdy Angelina przejeżdżała przez alejkę z artykułami gospodarstwa domowego, przeglądając czy towar jest odpowiednio ułożony na półkach zakładała, że będzie to kolejny, zwykły dzień z jej życia. W sklepie aktualnie panował całkiem spory ruch – pomiędzy regałami co chwilę pojawiali się pojedynczy klienci lub całe rodziny, prowadząc ze sobą rozkrzyczane dzieci.

          – Pani jest z obsługi? – rozległo się nagle za jej plecami. Odwracając swój wózek dookoła dziewczyna stanęła w oko z oko z wyjątkowo naburmuszonym, szczupłym jegomościem w wieku około czterdziestu lat. W ręku trzymał opakowanie kolorowych serwetek, a jego mina nie wróżyła nic dobrego.

          – Zgadza się – odpowiedziała uprzejmie z nieco wymuszonym uśmiechem, pomijając w myślach uwagę, że jej koszula i plakietka firmowa są chyba na dość widoczne. – Czy jest coś, w czym mogę panu pomóc?

          – Patrząc na panią, poważnie bym się zastanowił – rzucił z wyraźną pogardą w głowie. Angie puściła jego słowa mimo uszu – nie pierwszy i nie ostatni raz słyszała złośliwą uwagę rzuconą w swoim kierunku.

          – Jeśli tylko powie mi pan o co chodzi, jestem pewna że znajdę odpowiednie rozwiązanie problemu. – Z trudem utrzymując spokojny wyraz twarzy, spojrzała w oczy klientowi. Mężczyzna prychnął, po czym podsunął jej pod nos trzymane w dłoni opakowanie.

           – Moja żona od lat kupuje u was te serwetki – rzucił. – A ja od lat co pewien czas robię zakupy za nią w waszym sklepie. I oto nagle dziś na półce jest tylko jedna paczka, w dodatku pognieciona, podczas gdy ja potrzebuję dziesięciu paczek. Żądam wyjaśnień od pani, albo od właściciela sklepu.

          Problematyczny klient. W głowie Angeliny niemalże od razu zapaliła się czerwona lampka. –

            Proszę za mną, zaraz zobaczymy, cz coś da się z tym zrobić – powiedziała uprzejmie, kierując się do półki z serwetkami. Jadąc w jej stronę ze zniecierpliwionym, mruczącym coś pod nosem klientem obok, dyskretnie obejrzała się za siebie, ale niestety nikogo z jej kolegów aktualnie nie było w alejce. Docierając na miejsce i oglądając regał stwierdziła, że faktycznie brakuje pokazanych przez klienta serwetek. Odjeżdżając nieco w tył i zadzierając głowę do góry, dziewczyna dostrzegła na szczycie regału kilka nieodpakowanych pudełek, w których zapewne mógł znajdować się brakujący towar.
 
          – Faktycznie, tego wzoru akurat nie ma już na półce – powiedziała. – Ale jeśli poczeka pan chwilę, zawołam jednego z moich kolegów, który pomoże mi przeszukać pudełka na górze regału. Jestem pewna, że…

          – Na co nam inny pracownik? – zapytał opryskliwie klient. – Nie może pani sobie sama poradzić z problemem? – dodał, unosząc jedną z brwi. Angie poczuła, jak robi się jej sucho w gardle.

          – Nie wiem czy pan zauważył, ale siedzę na wózku inwalidzkim – powiedziała cicho. – Raczej nie mam możliwości wstać z niego w każdej chwili i pójść po drabinę.

          – A więc jest pani bezużytecznym pracownikiem, zatrudnionym na nieodpowiednim miejscu – krzyknął gniewnie mężczyzna, jeszcze bardziej mnąc w zaciśniętej dłoni ostatnią paczkę serwetek. – Doprawdy, ten sklep zszedł już całkiem na psy! Zatrudniać niekompetentne kaleki i udawać, że wszystko jest w porządku! Z takim wybuchem skierowanym w siebie Angie nie spotkała się jeszcze nigdy, odkąd zaczęła pracować w sklepie. Jej opanowanie zaczęło momentalnie niknąć w oczach.

           – Pracuję tak, jak tylko pozwala mi moje ciało i umiejętności – rzuciła podniesionym głosem. – Jeśli nie odpowiada panu moja pomoc, zawsze może znaleźć pan innego pracownika lub złożyć skargę…

          – Możesz być pewna, że ją złożę! – przerwał jej klient. – Miejsce dla takich jak ty jest w ośrodku pomocy społecznej, a nie w poważnej i dobrze płatnej pracy! Tacy jak ty są tylko zbędnym balastem dla świata i powinni być eliminowani jako słabsze ogniwo!

           To powiedziawszy cisnął na kolana Angeliny pomiętą paczkę chusteczek i odwracając się na pięcie odszedł szybkim krokiem, pomstując pod nosem.
Minęło niemal pół minuty nim młoda kobieta powoli ruszyła wzdłuż alejki w kierunku magazynu, spuszczając nisko głowę by ukryć łzy płynące jej po policzkach.

             – Wyglądasz tak, jakbyś wyszła z siebie i powędrowała gdzieś dalej. Krzyknąwszy głośno z zaskoczenia, Angie nieomal nie spadła z wózka, odwracając głowę gwałtownie w bok. Tuż obok niej, na jednej z parkowych ławek siedział młody mężczyzna z burzą rudych włosów na głowie, patrząc na nią zza okrągłych okularów wesołymi, brązowymi oczami i szczerząc się niczym szczerbaty do suchara. Na ramiona miał zarzucony długi, granatowy płaszcz.

           – Na litość boską, Brian! – rzuciła gniewnie dziewczyna, podjeżdżając bliżej i z całej siły uderzając przyjaciela w ramię pięścią. – Chyba koniecznie chcesz mnie przyprawić o zawał!

          – Niekoniecznie, ale przynajmniej udało mi się zobaczyć emocje na twojej twarzy – odparł wciąż uśmiechnięty Brian, rozcierając swój bark. – Bardziej mnie zastanawia, co robisz tu późnym jesiennym popołudniem praktycznie sama, patrząc w nieokreśloną dal z tak smutną miną. Bo na pewno nie myślisz teraz o tych wszystkich biednych kaczkach, które zostaną blisko rzeki zimą.

           Angelina rozejrzała się wokół. Słońce już niemal całkowicie schowało się za linią budynków, rzucając ostatnie języki światła na częściowo pozbawione liści drzewa i uwalniając z ziemi szybko narastający chłód. Jak już zdołał zauważyć Brian, była jedną z zaledwie kilku osób przebywających w parku – byli to głównie ludzie wyprowadzający swoje psy na popołudniowy spacer, a także zapaleni biegacze.

          – Ktoś ci dogryzł, mam rację? – zapytał po chwili, patrząc na nią ze zmartwieniem. Angie nie odpowiedziała, ale gdy popatrzyła na przyjaciela, jej twarz pozbawiona uśmiechu powiedziała mu o wiele więcej niż słowa. Westchnąwszy cicho mężczyzna wstał z ławki, po czym przyklęknął przy wózku Angeliny, obejmując jej zziębnięte dłonie swoimi. – Posłuchaj Angie… Cokolwiek usłyszałaś, nie powinnaś brać tego do siebie. Nie każdy potrafi zrozumieć, z czym na co dzień musi mierzy się osoba niepełno…

          – Daruj sobie Brian, znam to już na pamięć – mruknęła dziewczyna, cofając swoje dłonie. – Po prostu mam już po dziurki w nosie samej siebie. Mam dość tego złomu, na którym jeżdżę! – wrzuciła z siebie ze złością, każde słowo wypowiadając coraz głośniej i szybciej. – Mam dość swojej własnej bezsilności i faktu, że nie jestem w stanie nawet sama ściągnąć książki z wyższej półki we własnym mieszkaniu!
Większość ludzi patrzy na mnie z litością, co doprowadza mnie do szewskiej pasji, już nie wspominając o tym, że żaden mężczyzna nie chce zawiesić na mnie dłużej wzroku, po kilku sekundach odwracając głowę w bok! Głos jej zadrżał, po czym zamilkła, ukrywając twarz w dłoniach.

          Brian milczał, patrząc na nią ze smutkiem. – Czy ktoś taki jak ja nie zasługuje na normalne życie? – zapytała po chwili cicho, nie podnosząc głowy. – Czy nie istnieje żadna możliwość, żebym poczuła się jak każda inna dziewczyna?

          – Tak właściwie… To istnieje taka możliwość – powiedział cicho mężczyzna. – Nie chciałem ci o tym wspominać ze względu na mocne utajnienie całego projektu, nad którym pracujemy. Obecnie jednak poszukujemy ludzi chętnych do testów. Szukamy osób, które chcą coś zmienić w swoim życiu i nie boją się wkroczyć w zupełnie nowy świat, niosący ze sobą mnóstwo perspektyw i szans, nieosiągalnych w ich obecnej, szarej rzeczywistości. Angelina podniosła powoli głowę.

          – Brzmisz jak rekruter członków do sekty albo diler narkotyków – mruknęła, ocierając oczy i policzki rękawem kurtki. – Co niby miałoby w tak dużym stopniu zmienić moje życie?

          – Projekt „MIRROW” – odpowiedział Brian z poważnym wyrazem twarzy, który w pełni uświadomił Angie fakt, że jej przyjaciel nie żartuje. – Za pomocą specjalnie przystosowanego środka medycznego umożliwiamy tym, którzy się do nas zwracają, bezproblemowe przejście do nowego świata, którego tak pożądają.

          – Znaczy się podajecie im odpowiednio spreparowane narkotyki, albo po prostu ich zabijacie i odsyłacie do raju? – zapytała dziewczyna, unosząc jedną z brwi. Wciąż widząc powagę młodego mężczyzny Angie parsknęła śmiechem. – Daj spokój Brian, przecież nikt nie uwierzy w podobną bajeczkę. A już tym bardziej nikt nie narazi swojego zdrowia, czy też życia, żeby potwierdzić bądź obalić wasze dość szalone przypuszczenia…

           Brian nie odpowiedział, przez chwilę grzebiąc intensywnie w kieszeni swojego płaszcza. Gdy w końcu coś w niej znalazł, włożył to w dłoń zaskoczonej Angeliny. Przyglądając się uważnie podarunkowi od mężczyzny stwierdziła, że jest to niewielka, zielona tabletka, przypominająca kształtem kieł jakiegoś zwierzęcia, zapakowana w woreczek strunowy.

          – Wielu ochotników udało się nam już przeprowadzić do lepszej rzeczywistości, co potwierdzają nasze raporty i badania – powiedział cicho, patrząc prosto w oczy Angie. – Wiem, że decyzja może nie być dla ciebie prosta, ale czy nie warto zaryzykować tej szarej codzienności, by zyskać coś o wiele piękniejszego niż całe życie spędzone na wózku?

          – Jeśli myślisz, że zażyję tą tabletkę od tak, nie znając jej składu ani skutków ubocznych… – zaczęła mówić podniesionym głosem Angelina, ale Brian uciszył ją szybko, kładąc jej palec na ustach.

          – Ty sama musisz podjąć tą decyzję, Angie – szepnął. – Nie zamierzam cię do niczego zmuszać. Proszę cię jednak, zastanów się – czy jest coś, co tak naprawdę masz do stracenia?

          Wstając, Brian uśmiechnął się ciepło, poklepał lekko jej ramię na pożegnanie i odszedł bez słowa, zostawiając Angelinę samą z narastającą falą chaotycznych myśli.

          Odstawiając na niski stolik pusty kubek po herbacie Angelina westchnęła cicho, wyłączając pilotem telewizor – od dobrej chwili nie skupiała się już na tym, co pojawia się na ekranie. Przecierając zmęczone oczy odchyliła się do tyłu na kanapie w salonie, patrząc w sufit.

           Wnętrze jej mieszkania jeszcze nigdy nie wydawało się tak ciasne i nieprzyjemnie monotonne jak dzisiejszego wieczoru. Kiedy po spotkaniu z Brianem wróciła po zmroku do domu, nie była w stanie zabrać się za nic konkretnego, ciągle myśląc o tym, co dziś spotkało ją w pracy oraz o słowach usłyszanych od przyjaciela. Tabletka, którą wręczył Angie wciąż spoczywała w jej kieszeni, mimo iż początkowo chciała ją wyrzucić do kosza, gdy tylko Brian zniknął z jej pola widzenia w parku.

          Czy było warto ryzykować obecne życie w zamian za coś, czego nawet nie była sobie w stanie wyobrazić, o czym mogłaby gdziekolwiek przeczytać, kogokolwiek zapytać? Brian nie podał jej żadnych szczegółów na temat „MIRROW” – zapewne dlatego, że już od pierwszych słów jawnie go wyśmiała. A jednak ta tabletka…

          Poza tym, czy tak naprawdę miała czego żałować? Życia pełnego ciągle występujących przeciwności, smutku i wściekłości na własną nieporadność? A może krzywych spojrzeń ze strony obcych, albo braku kogoś bliższego niż tylko rodzina czy przyjaciele, których i tak nigdy nie było w pobliżu, kiedy ich naprawdę potrzebowała? Najbliższa przyszłość też nie rysowała się w kolorowych barwach. Praca w sklepie do czterdziestki nie zapowiadała się ciekawie, podobnie jak perspektywa mieszkania w niewielkiej klitce niosącej namiastkę prawdziwego mieszkania.

           Wyciągając z kieszeni „kieł” Angelina wyjęła go z woreczka i zaczęła uważnie oglądać, obracając tabletkę w palcach. Nie miała na sobie żadnych oznaczeń, a jej powierzchnia była gładka i błyszczała lekko w świetle – miało to zapewne pomóc w przełknięciu dość niecodziennego kształtu. Ciekawe, czy byłaby w stanie zażyć ją bez popijania wodą…

          Wciąż walcząc ze sobą, Angie potrząsnęła głową, zaciskając dłoń wokół tabletki z zamiarem rzucenia jej w kąt pokoju. Jej ramię jednak zatrzymało się w połowie drogi. Tacy jak ty są tylko zbędnym balastem dla świata i powinni być eliminowani jako słabsze ogniwo! – usłyszała w myślach pełne wściekłości słowa klienta sklepu, a w jej oczach stanęła nagle żywo jego wykrzywiona grymasem twarz.

          – Nie zamierzam dać się wyeliminować – mruknęła pod nosem, po czym szybko wepchnęła „kieł” do ust i przełknęła go głośno, czując jak jego ostrzejszy koniec nieprzyjemnie drapie gardło. Zamierając w bezruchu, nieco zaskoczona swoją własną decyzją, dziewczyna oczekiwała w napięciu z minuty na minutę jakiejkolwiek reakcji organizmu.

          Gdy Angie zaczęła już myśleć, że Brian prawdopodobnie sobie z niej zażartował, podając jej jakieś pierwsze lepsze placebo, nagle zakręciło się jej w głowie. Stało się to tak nagle, że nie wiedząc do końca co robi, spróbowała podnieść się z sofy z zamiarem złapana się wózka, powstrzymując wymioty wywołane nagłym zawirowaniem świata przed jej oczami. Dłoń Angeliny nie trafiła jednak na poręcz, a ona sama straciła równowagę i z impetem upadła na podłogę, uderzając głową o parkiet i tracąc przytomność.

          – Czy pani mnie słyszy? Proszę powiedzieć, co się stało… Angie jęknęła, czując przejmujący ból w głowie. Nie otwierając oczu, przyłożyła dłoń do głowy i zaczęła rozsmarowywać pulsujące miejsce na czaszce, zastanawiając się, co tak właściwie się stało. Przeklęty Brain, pewne wcisnął jej jakiś narkotyk… I tak właściwie to od kiedy jej palce miały tak delikatne, duże opuszki i tak ostro zakończone paznokcie? Wciąż starając się rozmasować bolące miejsce, jej dłoń przesunęła się w stronę ucha obok miejsca uderzenia i nagle zamarła. Czyżby z tego wszystkiego zaczęła majaczyć? Bo jeśli nie, to jak inaczej mogła sobie wytłumaczyć, że jej uszy nagle stały się zaokrąglone i pokryte futrem?

          – Proszę pani, czy wszystko w porządku? Czy potrzebuje pani lekarza?

          – Nie, nie potrzebuję – mruknęła z lekkim poirytowaniem w głosie, powoli otwierając oczy… I przeżywając niemały szok odkrywając, że leży na środku miejskiego chodnika, otoczona grupką gapiów. Przyglądając się im lekko przymrużonymi oczyma Angie nagle krzyknęła – a krzyk ten, nie wiedzieć czemu, przypominał głośny ptasi pisk – i gwałtownie siadając cofnęła się do tyłu, opierając się plecami o ścianę i patrząc z przerażeniem na otaczających ją przechodniów.

          Anthreni. Nie jakaś tam zgraja przebierańców wciśniętych w pokryte sztucznym futrem kostiumy, ale najprawdziwsi przedstawiciele rasy anthro, przyglądający się jej i szepczący coś między sobą. Wszelkie plotki, jakie kiedykolwiek o nich słyszała traktowała jak bajki, opowiadane wyłącznie pomiędzy „futrzakami”…. A jednak stali teraz przed nią, bardziej prawdziwi niż kiedykolwiek. Jej serce wybijało w piersi szaleńczy rytm, podczas gdy ona sama starała się wmówić sobie, że to tylko zwidy, efekt naćpania się tabletką, którą dostała od Briana.

           Jeden z nich, odpowiednik berneńskiego psa pasterskiego, klęczał obok niej z zaniepokojoną miną… I miał na sobie mundur patrolu policyjnego.

          – Nagle upadła pani na chodnik tracąc przytomność – powiedział spokojnie. – Jest pani w szoku i może nie odczuwać obrażeń wywołanych upadkiem. Wezwanie służb medycznych jest tutaj wysoce zalecane. Proszę pozwolić sobie pomóc – dodał, wyciągając w jej stronę łapę.

          – Zostaw mnie w spokoju! – syknęła w panice Angelina, odtrącając ramię policjanta i nagle zamierając w bezruchu, patrząc szeroko otwartymi oczami na swoją dłoń… A raczej na swoją kocią łapę, zakończoną ostrymi pazurami i ramię, pokryte jasnym futrem z dodatkiem mnóstwa czarnych cętek.

           – No dobrze moi drodzy, wystarczy już tego zbiegowiska, proszę się przesunąć…

          Ktoś przedzierał się przez grupkę gapiów, by po chwili zatrzymać się obok Angeliny i berneńczyka. Był to biały lis, który niemal od razu podszedł do młodej dziewczyny – a raczej gepardzicy, klękając powoli obok niej.

           – Angie, tak się o ciebie martwiliśmy! – powiedział z ciepłym uśmiechem wymalowanym na pysku, patrząc na nią oczami pełnymi wesołego ciepła. Oczami Briana.

          – Pan ją zna? – zapytał policjant, zerkając na lisa z zaskoczeniem.

          -Oczywiście że ją znam, to moja dobra przyjaciółka z czasów studiów – rzucił biały Anthren, chwytając Angelinę pod ramię i pomagając jej wstać. Pomimo szoku, z którego jeszcze nie zdołała ochłonąć, pozwoliła by Brian(nie miała żadnych wątpliwości, że to on) ustawił ją na chwilowo słabych, lecz w pełni sprawnych, mocno zbudowanych nogach, zakończonych kocimi łapami. Nie miała na nich żadnych butów, podobnie jak cała reszta Anthrenów wokół.

            – Jake zaniepokoił się mocno, gdy nie odbierałaś telefonu, więc zadzwonił do mnie i wyciągnął mnie z pracy, żebym pomógł mu cię znaleźć. Twój mąż może i jest twardym kotem, ale jeśli chodzi o ciebie, poruszyłby niebo i piekło, gdyby zaszła taka potrzeba…

          – Jake… Mój mąż? – wyszeptała Angie, zaciskając nieco mocniej łapę na ramieniu Briana.

          – Angie choruje – wytłumaczył policjantowi lis. – Najwidoczniej zapomniała wziąć rano swoich leków i w trakcie biegania dostała słabego ataku, który na całe szczęście już minął. Podczas gdy gepardzica mruczała coś cicho pod nosem na temat biegania, Anthren – policjant popatrzył na nią, a następnie na Briana i westchnął głośno.

          – No dobrze, skoro uważa pan że wszystko jest w porządku i podejmuje się pan opieki nad przyjaciółką, uważam sprawę za zamkniętą. – To powiedziawszy powiedział coś do zamocowanej na ramieniu krótkofalówki, a następnie odwrócił się w stronę gapiów. – Drodzy państwo, dziękuję za wasze zainteresowanie, ale proszę się już rozejść, wszystko mamy pod kontrolą. Proszę się rozejść…

          Grupka Anthrenów zaczęła się powoli rozchodzić, podczas gdy policjant skłonił się lekko w stronę Angie i Briana, ruszając w stronę swojego radiowozu. Biały lis, uprzedzając gwałtowny potok pytań gepardzicy chwycił ją delikatnie za ramię i bez słowa pociągnął za sobą, prowadząc ją wzdłuż ulicy. Angelina, zafascynowana widokiem Anthrenów żyjących w identyczny sposób jak ludzie, nie zauważyła nawet gdy znaleźli się przy stojących na zewnątrz stolikach niewielkiego baru. Brian zdecydowanym ruchem posadził przyjaciółkę na krześle, a następnie usiadł naprzeciw niej, pochylając się ponad stolikiem w przód.

          – Wiem, że masz mnóstwo wyjątkowo pilnych pytań i wciąż jesteś w szoku, ale mój czas w tym miejscu i w tej formie jest mocno ograniczony – mruknął, podczas gdy Angie znalazła w końcu chwilę, by przyjrzeć się swojemu nowemu ciału. Wszystko wskazywało na to, że była gepardem w każdym calu, od wąsów na pysku po długi ogon, wystający przez oparcie krzesła i bujający się na boki, zdradzając jej zdenerwowanie. Krótka, sportowa bluzka zakrywająca jej piersi i spodenki potwierdzały słowa Briana, tłumaczącego policjantowi że wyszła pobiegać.

          – Jakim cudem to wszystko jest prawdziwe? – zapytała, obserwując ruchy końcówki jej własnego ogona. – Ja, ty, wszyscy inni wokół… – jej ciemnozielone oczy przeniosły się na lisa. – I niech mnie diabli… Ja mam męża?!

          – Chciałbym ci to wszystko detalicznie wyjaśnić, ale nie mam na dość czasu – rzucił Brian, uśmiechając się do niej. – Twój umysł, choć w głębokim szoku, powinien w ciągu doby kompletnie przystosować się do obecnego otoczenia, wypierając wspomnienia z przeszłego świata. Ja jestem tu tylko gościem, natomiast ty, podobnie jak inni, stałaś się właśnie stałą częścią tego miejsca.

          – Ale…

          – Jake został już poinformowany przeze mnie, że wszystko z tobą w porządku. – Biały Anthren przerwał jej. – Przekazałem mu, że za niedługo pojawisz się w domu. Wypadałoby się nieco odświeżyć, nim pójdziesz do szkoły prowadzić lekcję wychowania fizycznego, nie uważasz?

          – Szkoła? – wydusiła z siebie Angelina, wytrzeszczając na Briana oczy. – Wychowanie fizyczne? Jak…?

          – Nie myśl o tym Angie, po prostu żyj. – Lis wstał z krzesła, po czym podszedł do Angeliny i uściskał ją. – Więcej się już nie zobaczymy, więc mam nadzieję, że będziesz tu szczęśliwa.

          – Zaczekaj! – krzyknęła za nim, ale ten zdołał się już wmieszać w przechodzących chodnikiem Anthrenów, po czym zniknął bez śladu. Gepardzica stała tak przy stoliku, nie do końca wiedząc, co powinna ze sobą zrobić. Nagle jednak poczuła, jak na jej ramieniu dzwoni zamocowany w futerale telefon. Wkładając do uszu zwisające z jej szyi słuchawki, Angie drżącymi palcami odebrała połączenie od Jake’a.

          – W końcu! – rozległ się pełen niepokoju, męski głos. – Nie wiedziałem co się dzieje! Ktoś zadzwonił do mnie i powiedział, że zasłabłaś na ulicy. Mam do ciebie jechać?

          – N-nie… – wydusiła z trudem gepardzica. – Wszystko w porządku kochanie, za niedługo będę w domu. Nawet nie wiem gdzie mieszkam, przemknęło jej przez głowę w panice. A zaraz po niej pojawiła się inna: nie pleć głupstw, przecież doskonale wiesz jaka to ulica i który dom, mieszkasz tam z mężem od dwóch lat.

          – Jesteś pewna, że nie mam po ciebie przyjechać? – zapytał Jake. – Za dwie godziny powinnaś być w pracy… Dasz radę?

          – Za kogo ty mnie masz, hm? – zapytała z lekkim zirytowaniem w głosie Angelina. – Za pół godziny będę w domu – dodała krótko, po czym się rozłączyła. Kilka sekund później zrozumiała, że powiedziała to wszystko z taką pewnością, jakby była Anthrenką niemalże od zawsze.

          Wychodząc z powrotem na ruchliwy, miejski chodnik młoda gepardzica przeciągnęła się z uśmiechem, rozprostowując i naciągając nogi, szykując się do biegu niczym zawodnik na olimpiadzie. Jeśli miała znaleźć się w domu w pół godziny, musiała dobrze wytężyć swoje mięśnie, choć z drugiej strony była niemal pewna, że będzie tam w piętnaście minut.

          Wózek, do którego była przykuta jako człowiek stał się coraz bardziej zanikającym wspomnieniem. Wszystkie problemy, które wiązały ją z tamtym światem zacierały się z każdą minutą, a jej ciało i umysł wypełniały entuzjazm i radość, jakich nigdy dotąd nie odczuwała. Czuła, że może zrobić wszystko i nie ma nikogo, kto by ją przed tym powstrzymał. A potem, włączając na telefonie odtwarzacz i wypełniając swoje kocie uszy muzyką,pobiegła.
(2018) Damian Superson

O czym przeczytacie Państwo w następnych dniach

Wkrótce Państwo przeczytacie:
 Bieszczadzkie Pogotowie Ratunkowe -podsumowanie
Wojna plemion
Marian Nosal -poeta pojednania
Zasłyszane w Bieszczadach - portal opinii
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redaktor Naczelny - Ewa Sudoł
Liczba odwiedzin: 46512
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem